Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Pomoc przy parkowaniu, walerianowe szaleństwo i inne anonimowe opowieści

49 466  
232   25  
Dziś przeczytacie także o "wyjściu z szafy", wizycie u weterynarza, spotkaniu w windzie i peruwiańskim autobusie.


Dziś nastał dzień, na który szykowałam się przez ostatni rok. Zebrałam całą najbliższą rodzinę w salonie i powiedziałam, że jestem lesbijką. Reakcja moich rodziców była zaskakująco dobra. Mama popłakała się i mocno mnie przytuliła mówiąc, że w pełni akceptuje mnie taką, jaką jestem i że niezależnie od wszystkiego zawsze będę jej kochaną córeczką.
Tata natomiast nastroszył wąs i coś tam poględził o tym, że zawsze marzył, aby zostać dziadkiem, a teraz musi liczyć na to, że jego jedyny syn – zakała rodu, przestanie wreszcie grać w te głupie gry komputerowe i zabierze się za podrywanie dziewczyn.

Tymczasem mój brat stwierdził, że małżeństwo jest przereklamowane oraz bardzo kosztowne i właściwie to nikomu do szczęścia nie potrzebne. Znacznie więcej satysfakcji dają gry komputerowe, zielsko i porno na RedTube. Powiedziawszy to wyszedł tłumacząc, że level sam się nie wbije.
Ojciec westchnął ciężko, a matka uroniła kolejną łzę – nie wiem, czy to ciągle było spowodowane moim wyznaniem, czy też uświadomieniem sobie społecznej dysfunkcjonalności mojego brata.

Na koniec głos zabrała nestorka rodu – siedząca dotąd cicho babcia odchrząknęła, poprawiła sobie okulary i całkiem poważnie powiedziała, że to nic innego, jak taki krótki epizod w moim życiu. Każda brzydula przez to przechodzi. Spowodowane jest to faktem, że wreszcie zdałam sobie sprawę, że jestem szpetna niczym strach na wróble stojący na ziemniaczanym polu i że żaden kawaler mnie nie zechce. Następnie chwyciła mnie za rękę i patrząc głęboko w oczy rzekła: „Ale nie przejmuj się, kochana. Każda potwora znajdzie swego amatora. Zobacz na swoją mamę. Byłam pewna, że trafi do zakonu, a tu proszę – trafił jej się mąż. Może niezbyt bystry ani zamożny, ale zawsze coś. Klopsików zjesz?”.
Podczas gdy my patrzyliśmy po sobie z otwartymi buziami, babcia pokuśtykała do kuchni odgrzewać klopsy.
Nie tak sobie wyobrażałam mój coming out...

* * * * *

To najbardziej żenująca rodzinna sytuacja, o której nigdy nikomu nie mówiłam. No, prawie nikomu. Czas jednak pozbyć się tego balastu.

Miałam wtedy 16 lat. Mama przyszła do mojego pokoju i powiedziała, że Falafel – nasz piesek - źle się czuje i że trzeba z nim jechać do lekarza. Tata jeszcze nie wrócił z pracy, więc moja rodzicielka zapytała, czy nie mogłabym jej potowarzyszyć. Oczywiście zgodziłam się bez namysłu.
Wsadziłyśmy więc osowiałego Falafelka do auta i pojechałyśmy do lecznicy. Po dokładnych oględzinach pieska, pan doktor stwierdził, że nasz pupil musiał połknąć coś, co mu siadło na żołądku i że niezbędny będzie niezwłoczny zabieg. Przez dwie godziny czekałyśmy z mamą na rezultat operacji.

Na szczęście wszystko poszło bez większych komplikacji. Lekarz oddał nam sflaczałego Falafelka (jeszcze pod wpływem narkozy) oraz plastikowy, strunowy woreczek z przedmiotem wyjętym z psiego żołądka. Obcym ciałem, które zaległo w brzuchu naszego czworonoga okazała się silikonowa, wibrująca nakładka przedłużająca penisa. Mama spaliła okrutnego buraka, ja domyśliłam się, że piesek znalazł ten gadżet w sypialni rodziców.

Możecie się śmiać, ale to wydarzenie bardzo odcisnęło się na moim życiu. Na tyle bardzo, że nie mogąc pozbyć się z głowy wyobrażenia mojego taty z bzyczącym, sztucznym kuta*em założonym na swoje przyrodzenie, musiałam parę już lat później pójść do psychologa. W dalszym jednak ciągu bardzo żałuję, że zgodziłam się wtedy pojechać z mamą do weterynarza.

* * * * *

Jestem typowym, piwnicznym przegrywem o nieśmiałości piętnastoletniej dziewicy. Serio – wystarczy, że zobaczę jakąś fajną dziewczynę, a od razu mój polik pokrywa się krasnym rumieńcem, a dłonie zaczynają się pocić. Zagadanie do przedstawicielki płci przeciwnej stanowi dla mnie olbrzymie wyzwanie. Śmiejcie się, jak chcecie – chodzę do psychologa, który ma mi pomoc w pokonaniu mojej nieśmiałości. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w końcu będę musiał się przemóc i nawiązać jakąś interakcję z kobietami. Najlepiej bez czerwienienia się, pocenia i gapienia na czubki własnych palców.

Dziś nadarzyła się ta jedna, jedyna okazja. Byłem w centrum handlowym i chciałem z parteru dostać się na trzeci poziom. W windzie byłem sam, jednak zanim zamknęły się drzwi do środka wbiegła piękna, rudowłosa dziewczyna, która od razu sprawiła, że nogi zrobiły mi się miękkie. Rozmawiała przez telefon z jakąś koleżanką. Kiedy winda ruszyła, piękna nieznajoma powiedziała do słuchawki: „Sorki, Kaśka. Muszę lecieć jestem w windzie z najprzystojniejszym facetem, jakiego widziałam. Nie mogę stracić tej okazji!”.

Mało się nie wywróciłem. Poczułem taką falę euforii, że prawie dostałem ataku epilepsji. Łzy cisnęły mi się do oczu, a uśmiech na mojej twarzy sprawił, że prawie dostałem skurczu szczęki. Radość, wreszcie jest radość! Ruda piękność rozłączyła się i spojrzała na mnie. To jest ta chwila – pomyślałem. Działaj, tygrysie!
Zanim otworzyłem usta, żeby powiedzieć jej, że również uważam ją za piękną i że bardzo bym chciał umówić się na randkę, moja bogini rzekła: „Wybacz, młody. Musiałam skłamać, żeby móc się rozłączyć. Kaśka to taka gaduła...”. W tym momencie drzwi windy otworzyły się i dziewczyna wyszła zostawiając mnie w środku, spoconego, czerwonego jak burak, gapiącego na czubki swych palców i nieszczęśliwego, jak nigdy dotąd. Moje życie ssie...

* * * * *

Od lat jeżdżę do Peru, gdzie mam rodzinkę. Zawsze jest to też dla mnie okazja, aby podszlifować język hiszpański, a przede wszystkim – pojeździć sobie po kraju Inków, pozwiedzać ruiny dawnych miast i obudzić w sobie zew przygody.

Jako że nie stać mnie na przemieszczanie się samolotami, więc zazwyczaj korzystam z transportu ziemnego, czyli autobusów, którymi tłukę się czasem po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin. Autobusy mają na pokładzie kibelek, a co kilka rzędów siedzeń wisi sobie stary, kineskopowy telewizor, na którym to wyświetlane są pirackie filmy. Podczas kupowania biletu warto zadbać o miejscówkę z szybkim dostępem do ubikacji i w miarę bliską odległością do ekranu – oglądanie kiepskich, amerykańskich filmów z hiszpańskim dubbingiem to świetny zabijacz czasu.
Kiedy przyszła moja kolej na zakup biletu, pani w okienku zapytała:
- Señor, mamy jeszcze kilka wolnych miejsc. Które siedzenie życzyłby pan sobie?
- Najlepiej takie przy oknie, blisko ubikacji i przy samym telewizorze. - odparłem.

I faktycznie! Rzadko kiedy zdarza się, aby turysta w Peru dostał to, czego sobie zażyczył, ale tym razem udało się. Przez osiemnaście godzin jazdy siedziałem przed zepsutym, migającym ekranem, przy nieszczelnym oknie, przez które padał na mnie deszcz. Dosłownie dwa metry ode mnie znajdował się niesamowicie śmierdzący szambem przepełniony kibel z otwartymi na oścież, uszkodzonymi drzwiami.

To była najdłuższa podróż w moim życiu. Nikomu nie życzę tak mocnych wrażeń!

* * * * *

Parę lat temu, gdy jeszcze ja i moja obecna żona Kasia byliśmy na studiach, czasem zdarzało mi się wpadać na noc do jej domu. Chata była duża, a rodzice Kasi – wyjątkowo wyluzowani. Nie mieli nic przeciwko, żebym spędzał czas z ich córką pod ich dachem. Szczególnie dobra więź łączyła mnie z jej tatą. Facet okazał się zabawnym luzakiem z dość nieszablonowym poczuciem humoru.
Wcześnie rano rodzice Kasi wychodzili do pracy, więc czasem zdarzało nam się opuścić jakiś wykład czy dwa, aby wykorzystać wolną chatę i bez większego skrępowania oddać się bzykaniu.

To był jeden z tych dni. Obudziliśmy się i od razu przystąpiliśmy do działania, pozbywając się resztek snu za pomocą czynności wiadomej. Kiedy już mieliśmy zacząć, Kasia zapytała: „Masz prezerwatywę?”. Zawsze miałem. Zacząłem macać ręką podłogę, aby zlokalizować spodnie, jednocześnie podśpiewując na całe gardło:
- ♫ Prezerwatywo, kondomku, gumeczko... Gdzie jesteeeeeś!?♫
Wtedy otworzyły się drzwi, do pokoju wparował tata mojej ukochanej, rzucił na łóżko paczkę Durexów i odśpiewał:
- ♫ Tu jestem! Tu jestem! Hop-sasa-sa!♫
I wyszedł.

Kurczę, zapomnieliśmy, że była sobota...

* * * * *

Spędziłem dziś pół dnia składając zeznania w komisariacie policji. A wszystko przez moją chęć pomocy pewnej pani w opałach.
Jechałem sobie do pracy moim małym skrótem, z którego korzystam codziennie. Zamiast tłuc się ruchliwą ulicą, kluczę małymi, osiedlowymi alejkami, omijając wszystkie korki. Na jednej z uliczek musiałem się jednak zatrzymać, bo akurat ktoś usiłował zaparkować równolegle samochód, a nie było miejsca, abym mógł przeszkodę ominąć.
Kierowcą wozu okazała się kobieta. I to akurat taka, która potwierdzała stereotyp „baby za kółkiem”. Mimo że miejsca było dużo, pani robiła jakieś przedziwne manewry, skręcała kierownicą w złą stronę, cofała, podjeżdżała, raz nawet dość mocno zahaczyła zderzakiem o słupek…
Początkowo cierpliwie czekałem, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to spóźnię się do pracy. Ulica jednokierunkowa, więc zawrócić się nie da. Cóż, wyszedłem z mojego auta i zaproponowałem kobiecinie, że zaparkuję pojazd za nią. Babeczka o utlenionych blond-włosach, długich tipsach posypanych brokatem i cycku wypełnionym silikonem wyglądała niczym wyjęta z wiejskiej dyskoteki lambadziara. Nie ocenia się jednak ludzi po wyglądzie! Niewiasta zgodziła się na propozycję pomocy i już 30 sekund później samochód stał gdzie trzeba.

Zanim zdążyłem ruszyć w dalszą podróż, drogę zajechał mi radiowóz. Zostałem wywleczony z wozu, zakuty w kajdanki i zawieziony do komisariatu. Posądzono mnie o próbę kradzieży i uszkodzenie cudzego mienia. Okazało się, że w momencie, gdy zajęty byłem parkowaniem samochodu, blondyna zadzwoniła pod 112 i wypłakała, że padła ofiarą napadu i że złodziej, usiłując uciec jej autkiem, przypierdzielił w słupek…
Genialny plan wymuszenia odszkodowania został jednak pokrzyżowany przez osiedlowy monitoring. Gdy przed godziną wychodziłem z komisariatu, minąłem się z dwoma policjantami prowadzącymi na przesłuchanie skutą i zaryczaną panią. Z tego co wiem, grozi jej parę miesięcy odsiadki w pierdlu.

* * * * *

Wiecie, że koty mają hopla na punkcie waleriany? No, autentycznie im odbija. Wystarczy namoczyć jakąś szmatkę kropelkami z tej rośliny i położyć na ziemi. Już po chwili przypędzi jakiś sierściuch i zacznie się tym inhalować. Po kilku głębszych oddechach kocisko zacznie się tarzać, mruczeć, ślinić, błogo miauczeć, biegać, wywracać i generalnie zachowywać się jak człowiek po wypiciu kilku setek.

Byłem na wakacjach w jednym z ciepłych krajów. W jego stolicy jest taki duży park. Wiele lat temu lokalny proboszcz wypuścił tam swojego kota. Zwierzak szybko polubił to miejsce, a parafianie chętnie przynosili mu żarcie. Wkrótce także i inni mieszkańcy zaczęli tam zwozić swoje czworonogi, a włodarze miasta powołali grupę ludzi odpowiedzialnych za dbanie o koci błogostan. Teraz w parku żyją sobie setki opasłych mruczków. Są dokarmiane, regularnie odwiedzane przez weterynarzy oraz ludzi, którzy lubią uwalić się na trawce i pomiętosić ciepłe futerko.

Kiedy dowiedziałem się o tym miejscu, od razu przyszedł mi do głowy szatański plan. Wiedząc, że nie kupię tam kropli walerianowych, wziąłem je ze sobą z Polski. Na miejscu namoczyłem nimi gazę, ukradkiem położyłem ją w centralnym punkcie parku i rozsiadłem się na ławce.
Wkrótce tematem zainteresował się rudy kocur. Niuchnął parę razy, ziewnął z ukontentowaniem i rozpłaszczył się na ziemi. Po chwili dołączyły do niego inne przechadzające się w pobliżu wąsacze.

Dziesięć minut później pośrodku parku stała efektowna kula złożona z dziesiątek wrzeszczących, szczęśliwych i lekko zanietrzeźwionych sierściuchów.

Sprawa zaczęła wymykać się spod kontroli, bo tabunem kłębiących się zwierząt zainteresowali się ludzie. Jedna pani usiłowała dostać się do źródła kociej ekstazy, ale nie dała rady, bo dywan złożony z watahy porwanych melanżem mruczków skutecznie zagradzał drogę do tego Świętego Graala kocich biesiadników. Zdecydowałem się ewakuować w momencie, kiedy niektóre z kotów zaczęły włazić na drzewa i w zabawie skakać na Bogu ducha winnych ludzi, a jeden z dorodniejszych futrzaków wlazł do wózka jakiejś pani, która przyszła z dzieckiem na spacer i głośno domagał się czochrania po pękatym brzuchu.

Kiedy wychodziłem z parku, minąłem jakąś kobiecinę, która wrzeszcząc, w popłochu usiłowała strząsnąć kurczowo uczepionego jej sukni rozanielonego kocura.
Podobno parę chwil później na miejscu pojawiły się patrole policyjnej drogówki, które wyłączyły z ruchu cztery pobliskie ulice, bo zwierzaki wyłaziły na jezdnię i wygrzewały się na asfalcie, nic sobie nie robiąc z trąbiących na nie samochodów.
Tego dnia koty miały imprezę, jaką zapamiętają do końca życia. Cieszę się, że mogłem im to umożliwić.

<<< W poprzednim odcinku m.in. upiorna sąsiadka oraz igraszki w samochodzie


Oglądany: 49466x | Komentarzy: 25 | Okejek: 232 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało