Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Gdyby Rambo żył naprawdę, to nazywałby się Roy Benavidez!

51 808  
361   29  
Uzbrojony po zęby zabijaka z nigdy nie kończącą się amunicją w magazynku swojego karabinu, ląduje w samym środku wojennego piekła. Kule w prawdzie szybko robią z niego sito, ale to przecież tylko niegroźne draśnięcia! Wkrótce wszyscy wokół zamienieni zostają w mięso mielone, a nasz pokryty juchą bohater biegnie skopać tyłki kolejnym wrogom. Mimo że brzmi to jak fabuła jakiegoś kiepskiego akcyjniaka klasy B, to właśnie tak mniej więcej wyglądała służba wojskowa niejakiego Roya Benavideza.


Roy był urodzonym w Teksasie synem meksykańskiego farmera i Indianki z plemienia Yaqui. Szybko został osierocony – oboje rodziców zmarli na gruźlicę i dzieciak wychowywany był przez swoich dziadków. Skromny, rodzinny budżet wspomagał groszami zarobionymi podczas pastowania butów na stacji kolejowej. Z edukacją był na bakier. Sytuacja w domu była dość kiepska, więc Roy poświęcił naukę na rzecz pełnoetatowej pracy w sklepie.
Z czasem znalazł powołanie. W 1952 roku, jako siedemnastolatek, rozpoczął służbę wojskową, a parę lat później skończył szkolenie i wstąpił do 82 Powietrznej Dywizji w Północnej Karolinie. Niedługo potem Benavidez był już prawdziwym komandosem należącym do elitarnej jednostki specjalnej.



W 1965 roku trafił do oddziału piechoty, z którym to wysłany został do Wietnamu. Niedługo po przylocie, podczas odbywania rutynowego patrolu, Roy wszedł na minę lądową. Eksplozja wprawdzie nie zabiła go, ani nie urwała mu nóg, ale sprawiła, że żołnierz stracił władzę w dolnych kończynach i z praktycznego punktu widzenia – skazany został na straty. Ranny Benavidez wrócił do ojczyzny. Trafił do bazy wojskowej w Teksasie, gdzie lekarze stwierdzili, że już nigdy nie będzie chodził. Przygotowali dokumenty zwalniające pacjenta z dalszej służby woskowej.

Nie wiedzieli jednak, że ten ma inne plany. W nocy, pod nieobecność personelu szpitala, Roy wyczołgiwał się z łóżka i podpełzał do ściany, gdzie z ogromnym wysiłkiem podnosił się na nogi i stał na baczność oparty o nią plecami. W ciągu kolejnych tygodni Benavidez poruszył jednym palcem, w ciągu następnych udało mu się zgiąć drugi... Im więcej ofiar krwawej wojny trafiało do szpitala, tym bardziej Roy chciał wrócić do Wietnamu.



„Widziałem tych wszystkich rozczłonkowanych żołnierzy. Po prostu musiałem tam wrócić. Takiej postawy nauczono mnie na szkoleniach woskowych. Sierżant zawsze mnie pytał: Benavidez, ci co rezygnują nigdy nie wygrywają, a ci co wygrywają, nigdy nie rezygnują! Kim chcesz być?”

Czasem podczas nocnych „treningów” pielęgniarki łapały Roya i zmuszały go do połykania tabletek nasennych. Jednak następnej nocy zdeterminowany żołnierz znowu „podpierał ścianę”.

Dziewięć miesięcy później w sali, gdzie leżał Benavidez pojawił się sierżant z dokumentami zwalniającymi Roya z dalszej służby. Ten, na jego widok wyskoczył z łóżka i stanął przed nim na baczność. „Przykro mi, chłopcze. Nawet jeśli potrafisz stać, to nigdy nie będziesz w stanie chodzić.” - rzekł przełożony. Żołnierz z wielkim wysiłkiem zrobił jeden mały krok. „Benavidez, jeśli wyjdziesz teraz z tego pokoju to podrę te dokumenty!” - nie wiadomo czy była to groźba, czy obietnica, ale już po chwili płaczący z bólu Roy kuśtykał szpitalnym korytarzem.



Niedługo potem trafił do fortu Bragg w Północnej Karolinie, gdzie kontynuował swoją terapię. Wkrótce częścią jego codziennych ćwiczeń stały się biegi na 16 kilometrów, 100 pompek i minimum trzy skoki spadochronowe. Trzy lata po wypadku, Benavidez fizycznie i psychicznie gotowy był na kolejną podróż do Wietnamu.

Niedługo po jego powrocie, złożony z tuzina żołnierzy oddział oraz grupa członków wietnamskiego frontu wyzwoleńczego zostały otoczone przez liczący sobie ok. tysiąc osób batalion Wietkongu. Roy odebrał komunikat radiowy z prośbą o jak najszybszą pomoc. Szybko zorganizował helikopter. Kiedy ten znalazł się w pobliżu uwięzionego patrolu, Benavidez w akcie szalonej odwagi, wyskoczył z maszyny zaopatrzony jedynie w nóż i tyle apteczek, ile był w stanie unieść. Dotarł do oddziału podziurawiony przez kule. Zupełnie nie przejmując się poważnymi ranami oraz odłamkiem wbitym w twarz, rozpoczął akcję szybkiej pomocy pokiereszowanym żołnierzom.

Roy zaczął od morfiny, którą podał każdemu z cierpiących towarzyszy, następnie założył im prowizoryczne opatrunki i przystąpił do organizowania drogi ucieczki. Podczas gdy kompani osłaniali mu plecy, Benavidez, zabrawszy martwemu żołnierzowi Wietkongu AK47, rzucił się na samotną misję wyrżnięcia ścieżki ewakuacyjnej dla poszkodowanego oddziału.



Trup ścielił się gęsto, a Roy obrywał kolejnymi pociskami. W toku wymiany ognia nie zauważył wroga, który zakradł się do niego i dźgnął go bagnetem. Oczywiście ta rana nie zrobiła na dzielnym Teksańczyku większego wrażenia. Szybko odpłacił się agresorowi pięknym za nadobne zabijając go nożem.

W końcu udało mu się zlokalizować dobre miejsce do ewakuacji. Helikopter już czekał. Roy wrócił więc po pierwszy transport członków feralnego patrolu. Wśród świstu kul Benavidez wykonał sześć takich kursów. Kiedy transportował ostatnią grupę swoich kolegów, rzucony przez Wietnamczyków granat upadł dosłownie parę metrów od niego. Potężna eksplozja zdmuchnęła go z ziemi. Żeby tego było mało w plecach Roya utkwił kolejny odłamek, a jedna z kul trafiła go prosto w brzuch. Stracił przytomność tylko na chwilę. „Kiedy wsiadałem do helikoptera trzymałem w dłoniach swoje wnętrzności.” - wspominał później.

Szalona, samowolna misja nazwana później „sześcioma godzinami piekła" została zakończona. W drodze do bazy okazało się, że Benavidez zabrał też z pola bitwy ciała trzech Wietnamczyków. Na miejscu przystąpiono do ratowania żywych jeszcze żołnierzy i pakowania martwych do worków. Jako że Roy znowu stracił przytomność, w zamieszaniu uznano go za jednego z martwych wrogów. Indiańska uroda żołnierza faktycznie mogła trochę zmylić.

„Pamiętam, że ktoś podniósł moje nogi wsunął mnie do worka. Słyszałem dźwięk zamka błyskawicznego. „O, Boże. Nie, nie nie…” - pomyślałem. Moje oczy były zalepione przez zakrzepłą krew na twarzy. Nie mogłem nic powiedzieć, bo miałem uszkodzoną szczękę. Pozostało mi tylko słuchać jak zamek błyskawiczny powolutku sunie do góry.”.



Jeden z kumpli Roya zorientował się, że to on i szybko poinformował o tym lekarza. „Przykro mi. Nie mogę już nic dla niego zrobić.” - odrzekł doktor. Kiedy Benavidez usiłował zmobilizować wszystkie siły, aby otworzyć usta, lekarz nachylił się nad nim, aby jeszcze raz sprawdzić jego tętno. W tym momencie ranny zamaszyście splunął mu krwią prosto w twarz.
„Będzie żył...” - powiedział doktorek ścierając szmatką juchę z policzka.

Ciało Roya miało w sobie siedem dziur po kulach, 28 ran od granatów, oba ramiona Benavideza były pocięte przez bagnety, a w jego twarzy, na głowie, w jednym ramieniu, w pośladkach, nogach i stopach tkwiły odłamki. Miał też zupełnie zniszczone płuco, uszkodzoną szczękę i rozbitą przez kolbę karabinu czaszkę. Jedna z kul wystrzelonych z AK47 trafiła go w plecy i przeszła na wylot przez klatkę piersiową mijając serce i najważniejsze naczynia krwionośne o milimetry. Poza tymi drobnymi kontuzjami, z Royem wszystko było OK…



Ranny trafił do teksańskiego fortu San Atnonio, gdzie spędził rok pod czujnym okiem lekarzy, którzy usiłowali poskładać go do kupy. Udało się – Benavidez wrócił do zdrowia, a w 1981 roku odznaczony został najwyższym, amerykańskim odznaczeniem wojskowym, czyli Medalem Honoru. Prezydent Ronald Reagan, który wręczał go Royowi bardzo dobrze tę historie podsumował:

„Jeśli akt tego heroizmu byłby tylko elementem filmowego scenariusza, nikt by w to nie uwierzył!”.

Roy Benavidez zmarł w 1998 roku w wieku 63 lat.



Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 51808x | Komentarzy: 29 | Okejek: 361 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało