Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Drugie Lato Miłości, czyli MDMA, rave, policja, mafia i imprezy bez alkoholu w Wiekiej Brytanii

45 161  
121   33  
Już nigdy nie będzie takiego lata... wers Bogusława Lindy z „Filandii” Świetlików każdy może dopasować do własnych miłych wspomnień związanych z najcieplejszymi miesiącami w roku. Przez długi czas wydawało się, że czas hipisowskiej rewolucji, a w szczególności Lata Miłości z 1967 roku (uwieńczonego oryginalnym Woodstockiem odbywającym się dwa lata później) to historia bez precedensu i nikt nawet nie będzie próbował nawiązywać do tej legendy.

Tymczasem końcówka lat osiemdziesiątych udowodniła, że czasami w dość niespodziewanych, spontanicznych okolicznościach, przy dźwiękach muzyki i w nieodłącznym towarzystwie narkotyków, łatwo można obudzić starego ducha i oddać się nieskrępowanemu melanżowi.

Już samo zestawienie stereotypu słonecznych krajobrazów San Francisco z deszczową Wielką Brytanią musi działać na niekorzyść tej drugiej, szczególnie w kontekście beztroskiej letniej zabawy. Tymczasem to właśnie na Wyspach kolejne pokolenie młodych imprezowiczów urządziło sobie rave'ową enklawę wolności, która – podobnie jak w przypadku ich długowłosych, nieco starszych kolegów – dość szybko straciła swoje walory wyjątkowości, zderzając się z brutalną rzeczywistością.


Stroje, ruchy, fryzury - te czasy już nie powtórzą się

Jeśli nie mogę tańczyć, nie chcę być częścią waszej rewolucji” – to cytat z żyjącej w latach 1869-1940 feministyczno-anarchistycznej aktywistki Emmy Goldman, który świetnie obrazuje sens Drugiego Lata Miłości. Mekką nowej rewolucji (która finalnie jednak niestety nie okazała się żadnym wielkim przewrotem, jak i zresztą dwadzieścia lat wcześniej) były londyńskie kluby Future i Shoom, prowadzone odpowiednio przez Paula Oaekenfolda i Danny'ego Ramplinga, jednak szał dość szybko ogarnął cały kraj. Nazwisko tego pierwszego dżentelmena jest doskonale znane nie tylko miłośnikom elektroniki – to gość, który remiksował między innymi The Rolling Stones, Massive Attack, Madonnę czy U2, na Facebooku polubiło go 1,6 miliona użytkowników, a jego przeróbka utworu Hansa Zimmera pojawiła się w „Piratach z Karaibów: Na krańcu świata”. Mówiąc o wpływie angielskiej stolicy na nową modę trzeba jednak pamiętać o (nie tak odległej) historii – początek gatunkowi dały house'owe imprezy organizowane w początkach lat osiemdziesiątych głównie w Chicago i Berlinie, natomiast bezpośrednim bodźcem do zrobienia czegoś nieco bardziej spektakularnego były dwudzieste czwarte urodziny Oakenfolda, które odbyły się w 1987 roku na Ibizie. Właśnie wtedy czterech ziomków z Wielkiej Brytanii, rozdziewiczonych przez tabletkę ecstasy, postanowiło przenieść na swój rodzimy grunt tradycję gorących klubowych odlotów.


Acid house i MDMA były głównymi motorami napędowymi Drugiego Lata Miłości, które tak naprawdę trwało aż 2 sezony, w 1988 i 1989 roku. W porównaniu z artystycznym i gwiazdorskim rozmachem legendarnej imprezy pokolenia hipisów (na pierwszym Woodstocku grali przecież chociażby Carlos Santana, Janis Joplin, The Who, Joe Cocker i Jimi Hendrix), warstwa dźwiękowa rave'owców była znacznie bardziej hermetyczna – i nie jest to zarzut, a jedynie suchy fakt: z okazji trzydziestolecia wybuchu brytyjskiej kultury klubowej portal Defected przygotował listę 34 utworów, które zdefiniowały brzmienie tego okresu. Na próżno szukać w tym zestawieniu doskonale znanych, szczególnie dzisiejszemu pokoleniu, składów czy ksywek. Joe Smooth, Art Of Noise, Steve „Silk” Harley, Pierre's Pfantasy Club lub Jungle Brothers – jeśli nie kojarzycie tych nazw, raczej w niewielu środowiskach zostaniecie posądzeni o muzyczną ignorancję. To, swoją drogą, dość ciekawa odmiana – zamiast wieloosobowych kapel mających status niemalże półbogów, tłumy porywali często praktycznie anonimowi, porównywani z szamanami DJ-e, którzy – dość minimalistycznymi przecież środkami – potrafili wprawić w, nomen omen, ekstazę nakręcone basem i patrzące przez rozszerzone źrenice tłumy.


Braciszkowie z dżungli otwierający klubowe granie, wiele mówiący tytuł „I'll House You”

Uproszczoną wersję genezy acid house'u przedstawił Martin Roach w biografii The Prodigy „Elektroniczny Punk” (tłumaczenie – Katarzyna Malita): Podczas gdy muzyka house łagodziła nieco swą obsesję na punkcie rytmu dodaniem sporej dawki melodii i harmonii, acid house eksploatował rytm do granic możliwości, wykorzystując do tego technikę, która przełamywała bariery osiągane do tej pory przez tradycyjne instrumenty muzyczne.

Nietrudno połączyć kropki i zauważyć, że historia grupy (a w głównej mierze muzycznych doświadczeń jej mózgu, Liama Howletta) odpowiedzialnej za przeboje na miarę „Breathe”, „Firestarter” i „Smack My Bitch Up”, swój początek miała właśnie w trakcie Drugiego Lata Miłości. W 2008 roku, z okazji dwudziestolecia prawdopodobnie najbardziej spektakularnej eksplozji brytyjskiego clubbingu, Luke Bainbridge z The Observer dotarł do głównych architektów tej mody. Mark Moore, założyciel składu S'Express, wspominał wówczas, że wzięcie ecstasy było dla wielu niczym ponowne narodzenie. Bo w porównaniu z pokoleniem Woodstocku nie tylko muzyka była zupełnie inna – także w kwestii narkotyków nieco się pozmieniało. Wszechobecne dwie dekady wcześniej LSD i niezwykle popularna w latach osiemdziesiątych, działająca niczym lek na uspokojenie marihuana ustąpiła miejsca wspomnianej w kontekście imprezy na Ibizie magicznej tabletce, która pozwalała na doznanie jedności z wszystkimi ludźmi w klubie oraz nieprzerwane, wielogodzinne pląsanie przy elektronicznych dźwiękach.


YouTube będący wehikułem czasu przenosi nas na dziką imprezę w Blackburn

Wiadomości o najczęściej nielegalnych imprezach, odbywających się w opuszczonych halach i magazynach, przekazywano sobie pocztą pantoflową - telefonując od organizatora, a potem dzwoniąc po znajomych. Wyjątkowa jak na Wielką Brytanię pogoda, zero deszczu i niekończące się upały wpłynęły na modę - wykręceni tancerze ubierali się w luźne ciuchy, dające nieco wytchnienia w taneczno-używkowym odwodnieniu. Bainbridge z okazji dwudziestopięciolecia ponownie poświęcił acid house'owi kilka słów – tym razem skupiając się głównie na miejscówkach, w którym rozkwitała ta kultura. Autor artykułu dość obrazowo opisał wpływ nowego prądu na dotychczasowe nocne życie: Przed acid housem kluby nocne były głównie depresyjnymi miejscami, dokąd imprezowicze chodzili upić się i być może poznać kogoś odmiennej płci lub pobić się z kimś tej samej płci. Dziennikarz przyznał, że swobodne połączenie tego gatunku z nieodłącznym ecstasy wyzwoliło wśród raczej ospałych do tej pory Brytyjczyków tak dużą chęć do tańca.


House w telewizji, czyli S'Express w programie Top Of The Pops

Urodzony w 1958 roku i doskonale pamiętający Drugie Lato Miłości autor „Trainspotting”, Irvine Welsh, często podejmował temat tej epoki, chociażby w książce „Acid House”, zekranizowanej w 2000 roku. Dużo mówi też inny z tytułów jego książek – „Ecstasy”. W wyreżyserowanym przez Michaela Winterbottoma filmie „24 Hour Party People” przedstawiono historię muzycznej sceny Manchesteru (sprytnie nazywanej Madchesterem, gdzie wśród klubowiczów prym wiódł klub Haçienda), która obok Londynu była jednym z najmocniejszych acid house'owych punktów Wielkiej Brytanii. Popowa grupa Danny Wilson w utworze zatytułowanym dosłownie „The Second Summer of Love” zachęcała natomiast do zrzucenia modnych ciuchów i powtórnego zapuszczenia długich włosów, niczym w czasach hipisowskich.


Kwas w radiu, kwas w mózgu

Dreszczyk emocji podkręcany nielegalem towarzyszącym rave'owej kulturze na każdym kroku musiał doprowadzić do zainteresowania nią środowisk, które raczej nie były wkręcone w klubową muzykę.
Policja zdumiona ilością młodych Brytyjczyków wyjeżdżających do dziwnych miejscówek pod Londynem początkowo po prostu pomagała w organizacji ruchu drogowego. Jednak wszystko zmieniła głośna śmierć dwudziestojednoletniej Janet Mayes, która w klubie zażyła dwie tabletki nieznanego pochodzenia. Medialną histerię rozkręciły media – The Mirror, The Sun czy The Daily Mail podsycały płomień, pisząc o zabójczych białych tabletkach, z jednej strony tworząc wrażenie zakazanego owocu, z drugiej bezlitośnie krytykując tłumy bawiących się przy dragach i acid housie. Rząd Margaret Thatcher mówiąc o nielegalnych imprezach rave zaczął używać określenia wróg publiczny numer jeden, a policja rozpoczęła regularne organizowanie nalotów na pacyfistycznie nastawionych klubowiczów. Organizatorzy imprez zaczęli zabawę w kotka i myszkę, coraz bardziej ukrywające miejsca kolejnych spotkań, informując o nich w ostatniej chwili. Policja rzuciła do szukania "zakazanych" miejscówek swoje helikoptery.


Acid house kontra policja na okładce New Musical Express

O odkrojeniu kawałka tortu dla siebie oczywiście pomyślała też mafia, widząca ogromny zarobek w odurzonych tańcem (i przede wszystkim metylenodioksymetamfetaminą) młodych ludziach. Gangsterzy w swojej pomysłowości poszli nawet o krok dalej, porywając jedną z najbardziej znanych ekip organizujących acid house'owe imprezy – Genesis '88. W zamian za „ochronę” porywacze żądali 25 procent zysku; podobnych kryminalnych historii było zresztą więcej. To zresztą dość ciekawy znak czasów – wymienieni wcześniej londyńscy promotorzy ubierali się w eleganckie garnitury, co miało zmylić policję odnośnie legalności spędów. Pomysłowe!

Znacznie więcej na temat Drugiego Lata Miłości dowiecie się z filmu dokumentalnego BBC „Summer of Rave”


I choć dziś raczej nie mówi się zbyt wiele o rave'owej fali, szczególnie w Polsce, to jednak warto choć na chwilę zagłębić się w tych kolorowych czasach, kiedy to wszechogarniające poczucie jedności łączyło wszystkich zabawowiczów przeżywających podobną fazę.

Wszystko skończyło się jednak równie szybko, jak się zaczęło. Już w 1990 roku mundurowi wjechali na odbywającą się w pobliżu Leeds imprezę, gdzie zatrzymali aż 836 osób, w tym DJ-a Roba Tisserę, który za wzniecanie zamieszek trafił nawet na trzy miesiące za kraty.
W tym samym czasie zaostrzono kary dla organizatorów acid house'owych imprez (rząd Margaret Thatcher nie mógł sobie pozwolić na taką niesubordynację), a The Sun krzyczał z pierwszej strony: Ekstaza! Impreza się skończyła. I tak jak pozorna wolność hipisów dość szybko została zastąpiona przez związane z kryzysem naftowym niepokoje lat siedemdziesiątych, tak uśmiechnięta buźka – symbol acid house'u – błyskawicznie stała się wyłącznie kolejnym z modnych logotypów, wykorzystywanych zresztą do dzisiaj.


6

Oglądany: 45161x | Komentarzy: 33 | Okejek: 121 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

09.12

08.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało