Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wielka księga zabaw traumatycznych VI

23 801  
5   6  
Zobacz o czym on myśli...Jesteście wspaniali! Apel o podsyłanie traum spotkał się z szalonym odzewem, czego najlepszym dowodem jest obecny numer. A będzie się w nim sporo działo. Między innymi poznamy pirotechniczne zapędy Jegra a wraz z Nim przeniesiemy się w szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku...

Po przeczytaniu tekstu najlepiej o nim zapomnij i niczego nie próbuj jeszcze raz...


Ja pamiętam jak mając 10-11 lat zbudowałem razem  z kumplem dość duże igloo. Kosztowało to nas trochę pracy ale efekt był niezły. Ale jak to bywa po jakimś czasie znudziło się nam siedzenie w nim. Znaleźliśmy za to naiwnego 6-latka którego wepchaliśmy siła do środka , a potem zamknęliśmy wejście kulą śniegową. Postanowiliśmy go wypuścić widząc jego matkę jak nerwowo latała szukając go (mijając miejsce uwięzienia syna z 3 razy). Ale bez wpierdolu nie obeszło się.

by Frutti

* * * * * 

Dawno, dawno temu dowiedziałem się że benzyna się nie pali, a że palą się jej opary. Więc wpadł mi do głowy pomysł, że jakby zrobić to bardzo szybko, to można by zgasić zapaloną zapałkę w benzynie. Co najciekawsze do tej próby udało mi się zaangażować własnego ojca.

Tak więc przynieśliśmy słoik benzyny do kuchni, nalaliśmy na spodek odrobinę i staraliśmy się przeprowadzić eksperyment. Z powodu, że głębokość spodka była za mała, a średnica za duża jak łatwo się domyślić, benzyna zaczęła się gwałtownie utleniać. Żeby było mało zajął się także słoik z właściwa dawka benzyny. W tym napływie emocji któryś z nas trącił słoik. Co było dalej łatwo się domyślić. Cala kuchnia stanęła w płomieniach. W tym momencie do akcji wkroczyła moja mama będąca w 9 miesiącu ciąży. Wparowała do kuchni z balią pełną wody. Było jeszcze gorzej. W końcu ogień samoczynnie wygasł, ja zabrałem się za wietrzenie i sprzątanie, a ojciec zawiózł matkę na porodówkę. Od tej nocy mam siostrę.

by Fisher_

* * * * * 

Mając lat 11 chciałem pomóc mamie w kuchni.
Kiedy gotowała wiśnie w słoikach w wielkim garnku. Mamie się troszkę przysnęło, a ja widząc, że garnek zaczyna się za mocno nagrzewać postanowiłem go ochłodzić. Wlałem do środka trochę zimnej wody. Niestety szklane słoiki wybuchły. Cała kuchnia z białej stała się wiśniowa, niektóre kawałki szkła do tej pory nie da się wyciągnąć ze ściany. Ja skończyłem z paroma bliznami na rękach.

by Tscheslav

* * * * * 

A do końca numeru będzie Was bawił jeden bojownik. Grzechem byłoby pocięcie tak rewelacyjnego materiału...

Te moje "opowiastki traumatyczne" dotyczą zamierzchłych czasów: lata 60-te ubiegłego wieku i są związane z moim "studiowaniem" w szkole im. T. Reytana w Warszawie. Wspominam czas tych wydarzeń po to, by zwrócić uwagę na inne uwarunkowania tego okresu: chyba większa dyscyplina w szkole, lęk przed nauczycielem, wszechogarniające wpływy totalitarno-komunistycznej władzy. Oznacza to tyle, że podjęcie się podobnych działań wymagało większej determinacji, odwagi i przedsiębiorczości (bo skąd bez Internetu wsiąść przepisy na materiały wybuchowe i gdzie kupić składniki do tych materiałów?).


W pewnym okresie zrobiła się w szkole mania piromańsko-pirotechniczna. Uczniowie dość masowo produkowali różne środki wybuchowe. Przerwom lekcyjnym towarzyszyły detonacje wybuchów z petard odpalanych w i wokół szkoły. Dużym osiągnięciem jakiegoś pirotechnika było wysadzenie w powietrze ławki w szatni. Z ławki poleciały drzazgi. Cud, że nikogo wtedy nie poraniło. Jedynie "pani woźna" histerycznie wykrzykiwała swoją dezaprobatę i przerażenie.


Pamiętam jak jeden z moich szkolnych kolegów wykorzystywał wagę laboratoryjną w pracowni fizyki do odważania składników prochu strzelniczego (chodzi o ten historyczny skład wynaleziony jeszcze przez Chińczyków). Koleś, zapytany przez prowadzącego lekcję nauczyciela fizyki, który zauważył dość luźny związek tematu lekcji z odważaniem siarki, węgla drzewnego i saletry, odpowiedział: "Nic ważnego, panie psorze, już kończę". Po czym rzeczywiście dokończył produkcję sporej ilości prochu, która spokojnie wystarczyłaby do zdemolowania pracowni fizycznej wraz z przyległym magazynkiem.


Przy produkcji tych materiałów trzeba było pokonać trudności techniczne i ekonomiczne. Jako zapalnik do różnego rodzaju bomb i petard dobrze nadawały się zapałki t.zw. sztormowe (zapałka z długą główką, która mogła po zapaleniu pełnić rolę opóźniacza zapłonu). Taka zapałka sztormowa była wsadzana w korek butelki zawierającej materiał wybuchowy lub napalm (napalm = proszek aluminiowy + utleniacz). Po potarciu główki zapałki rzucał się bombę odpowiednio daleko mając na ucieczkę kilka sekund dobrze zagwarantowanego czasu. Taki zapalnik był pewny, ale kosztowny i trudno dostępny, bo zapałki sztormowe nie były łatwe do kupienia, w każdym razie nie w Warszawie. Dlatego eksperymentowano też z innymi zapalnikami, np. chemicznymi. O trudnościach z zapalnikami tego typu mogli się dowiedzieć choćby ci, którzy oglądali na Discovery historię zamachu na Hitlera. Miały one tę wadę, że czas opóźnienia detonacji wywołanej takim zapalnikiem był trudny do określenia i w naszym przypadku wahał się od ułamków sekundy do kilkudziesięciu minut. Eksperyment z tym drugim rodzajem zapalnika przeprowadzone w moim mieszkaniu doprowadził do opróżnienia zawartości pieca (popiół) i komina (sadze) do wnętrza naszego mieszkania, a w konsekwencji - do załamania nerwowego u mojej matki.


Drugi raz udało mi się doprowadzić moją matkę do szału przy wytwarzaniu węgla drzewnego, niezbędnego do produkcji prochu. Takiego węgla nie można było za cholerę kupić. Nie było wtedy  w sklepach węgla do grilowania. Można było w aptece kupić węgiel drzewny w tabletkach, ale to byłoby zbyt kosztowne przy tak dużym zapotrzebowaniu. Wobec tego przystąpiłem do produkcji węgla drzewnego od podstaw czyli od drewna. Za zaplecze technologiczne posłużył mi wspomniany już piec kaflowy i zwykłe drewno na opał. Pod nieobecność rodziców spaliłem drewno ograniczając dostęp powietrza i miałem w ten sposób węgiel drzewny w dużych kawałkach. Nie zawracałem sobie głowy takimi drobiazgami, że przy tej technologii z pieca wydobywa się czad czyli trujący tlenek węgla. W drugim kroku trzeba było te kawałki węgla drzewnego zamienić na proszek. Użyłem do tego moździerza do przypraw. Skutki tego mielenia w moździeżu nie były zadawalające, za dużo grubych kawałków. Nie miałem cierpliwości mielić tego za długo. Wyciągnąłem więc z kuchni zapomniane sitko do przesiewania mąki. Nikt nie przesiewał u nas mąki, sitko chyba nigdy nie było przedtem używane, ale nadawało się wspaniale od oddzielenia grubszych frakcji węgla drzewnego od tych właściwych czyli drobno zmielonych. Przesiałem w pokoju ten wstępnie zmielony węgiel i miałem sporo proszku węglowego. Powstał jednak pewien problem: Przy tym przesiewaniu dużo tego najlepszego proszku szło na rozkurz czyli w powietrze. Oznaczało to nie tylko straty materiału, ale także pokrycie wnętrza mieszkania drobnym pyłem węgielnym, który po pewnym czasie opadł i osiadł na meblach, ścianach, podłodze, firankach i innych takich. Firanki, zasłony, narzuta na tapczan - wszystko zmieniło kolor na czarny. Nie chodziło tu przecież o laboratoryjną ale przemysłową produkcję sproszkowanego węgla drzewnego. Gdy matka wróciła do domu... Nie rozwijajmy tego wątku! Powiem tylko tyle, że mając 87 lat do dziś moja matka wspomina traumę tego przeżycia, gdy zobaczyła zadbane mieszkanie pokryte warstwą czarnego pyłu. Uważa, że to było gorsze jak odpalenie zawartości komina na środek mieszkania!


W szkole Reytana była w tym czasie na korytarzu makieta kominka. (Może i teraz jest?) Takiego do ogrzewania. Ale była to tylko makieta z dykty i papieru, ładnie pomalowana, w skali 1:1. Miała pełnić funkcję ozdoby, a nie grzewczą. Ktoś jednak postanowił rozszerzyć pierwotną funkcję kominka-makiety, nakładł do niego papierów i podpalił. Zaczęło się buzować, zbiegli się uczniowie, przyleciała pani woźna. Pani woźna zrzędząc zabrała się za gaszenie i za pomocą jakiegoś pogrzebacza czy drutu rozgarniała płonące papiery, bo chyba sam kominek jeszcze się nie zaczął palić. Szło jej to gaszenie całkiem nieźle ku rozczarowaniu jakiegoś facia, który już zdążył rozbić szybę i ciągnął przez korytarz rurę sikawy hydrantu przeciwpożarowego. Może udałoby się kolesiowi zrealizować jego cel i podtopić szkołę, ale pojawił się dyrektor i pohamował strażackie zapędy. Dyrektor, zdrowo wkurzony sytuacją, zapytał delikwenta: "Czy wiesz kto to zrobi?". Niedoszły strażak odpowiedział: "Ja nie wiem na pewno, ale to chyba pani woźna" odpowiedział "strażak" wskazując na zdenerwowaną kobietę krzątającą się przy płonących papierach. Dyrektor chyba uwierzył w to wyjaśnienie.


Cała ta piromania skończyła się dość gwałtownie prostym wypadkiem z pogotowiem i szpitalem. Kolesiowi wybuchł w końcu ładunek, chyba nadchloran potasu, który trzymał w szklanej fiolce w kieszeni koszuli. Skończyło się na poparzeniach i poranieniu klatki piersiowej i szyi odłamkami szkła. Krótki pobyt w szpitalu załatwił sprawę, ale po tym wypadku już nie było chętnych do eksperymentowania z petardami. Naprawdę nie było!


by Jegr


Oglądany: 23801x | Komentarzy: 6 | Okejek: 5 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.08

02.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało