Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zdobywanie praktyki w zawodzie – droga przez mękę

39 534  
155   18  
Zrobiła się z tego jakaś dziwna trylogia prac wakacyjnych, ale jak już wróciłam myślami do czasów studenckich, to słowa same przyszły.



Było sprzątanie po maturze, były zabawy w kryminalistyce, a dziś opowiem o męczeńskiej drodze po wyższe wykształcenie, w mroku i z nadzieją w sercu, ku odległemu światłu sukcesu, o chemiczce zmagającej się z demonami przeszłości, które nawiedzają ją na jawie, szepcząc cynicznym głosem: było to studiować? Dobra, po prostu opowiem o moich doświadczeniach w poszukiwaniu praktyk wakacyjnych. Może ktoś coś z tego tekstu wyniesie albo po prostu powspomina swoje pierwsze kroki i westchnie: „skąd ja to znam...”.

To będzie ostatnia część tego spontanicznego pseudocyklu, jako że, zaspojleruję, skończyłam w końcu te studia. I siłą rzeczy zniknęły wakacje. Ciężko jest mi podzielić ten tekst w którymś miejscu, więc będzie on trochę dłuższy. Sądzę, że lepiej czytać go jednym tchem, aby poczuć tę drogę.

Zbliżałam się do końca trzeciego roku studiów licencjackich. Wkrótce miałam stać się absolwentem chemii, być kimś! Typowe myślenie młodego chemika żyjącego dotąd w kokonie studiów. Ponieważ zaliczyłam praktykę tylko w technice kryminalistyki, która miała mało wspólnego z kierunkiem moich studiów, czułam, że potrzebowałam jakiejś kolejnej. Ale żadnej apteki czy piwnicznego laboratorium. Coś porządnego, co można wpisać, i to wpisać z dumą, w CV.

Mój cel: płatna praktyka w jakimś dobrym, dużym laboratorium chemicznym, najlepiej zakładzie produkcyjnym.

Podstawowa zasada przy poszukiwaniu praktyki albo stażu: szukać dostatecznie wcześnie! Przyznam, że zawaliłam już na samym początku. Po prostu za dużo innych rzeczy miałam na głowie. Dla tych, którzy studiów nie traktują jak jednej wielkiej imprezy i uda im się dotrwać do ostatniego roku, zbliżanie się do mety to trochę bolączka. Kończą się siły, a nie ma czasu na wytchnienie, gdyż zazwyczaj profesorowie lub dziekanat rzucają kolejne kłody pod nogi. Obudziłam się w okolicy maja, w trakcie kucia do ostatnich zaliczeń i w piku zapotrzebowania na korepetycje z chemii i matmy, których radośnie udzielałam, skutecznie zabijając swój czas wolny. Dotarło do mnie, że po tym wszystkim trzeba przecież wymyślić co dalej i najwyższy czas zrobić to teraz.

Zaraz się zreflektowałam i powysyłałam maile do różnych firm, którymi byłam zainteresowana. Nic to nie dało. Nikt mi nie odpowiadał. Gdy dzwoniłam, słyszałam, że mają już studentów pracujących w wakacje albo nie potrzebują ich. OK, nie było jeszcze powodu do zmartwień. Po prostu trzeba było działać szybciej. Zbliżały się wakacje. Potrzebna była tylko dodatkowa kasa. Trudno, znowu przyszło mi sprzątać, aby zebrać jakieś fundusze na wakacyjne przyjemności. A potem znalazłam się na pierwszym roku kolejnych studiów chemicznych, już magisterskich.

Temat praktyk i pracy powrócił po pierwszym półroczu, kiedy mój plan zajęć się trochę rozluźnił. Nauczona doświadczeniem zaczęłam szybciej się rozglądać, znów wypisywać do firm i wydzwaniać. Wszędzie tylko "wyślij CV tu i tam i czekaj". Czekanie męczyło. Nic się nie działo. Wybrałam sobie katedrę i promotora i zaczęłam robić badania do mojej pracy magisterskiej.

Poza spamowaniem firm w związku z praktykami, przeglądałam też ogłoszenia o pracę i próbowałam załapać się gdziekolwiek jako laborant (gdzie właściwie nie są wymagane studia), ale gdzie nie pisałam, to nikt nie był zainteresowany. Zaczęłam rozumieć, że byłam raptem nowicjuszem chemikiem, jednym z setek, jeśli nie tysięcy. Wszystkie laborki, które przeżyłam w czasie studiów, nagle stały się żadnym doświadczeniem. Musiałam się czymś wyróżniać, aby mnie zauważono.

Dosłownie nagle udało mi się zostać nauczycielem wieczornego przygotowania maturalnego z chemii. Szczęśliwie pewna firma potrzebowała kogoś tu teraz zaraz, jako że poprzednia nauczycielka musiała zrezygnować. W końcu będę miała co wpisać w CV, gdyż w przeciwieństwie do prywatnych korepetycji, tutaj dostałam umowę (o dzieło). Młode licealistki były zaangażowane i zainteresowane moją wiedzą, wspaniale! Ale szybko mój entuzjazm ostygł. Tak byłam podekscytowana nowym zajęciem, że nie przeanalizowałam zbyt dokładnie tak fundamentalnej sprawy, jaką jest czas, który muszę na to wszystko poświęcić. W porównaniu z prywatnymi korepetycjami to było znacznie więcej roboty. To nie przyjście do ucznia i pomoc w pracy domowej z chemii czy matmy. To przygotowanie do matury w stylu szkolno-uniwersyteckim. Robienie prezentacji, ustalanie ćwiczeń, sprawdzanie prac domowych, mini-testów...

Po podliczeniu wszystkich godzin wychodziło, że zarabiałam mniej, niż gdybym sprzątała. Zaczynałam domyślać się, dlaczego poprzednia nauczycielka odpadła. Podjęłam rozmowę z szefem firmy z pytaniem, jak to oni sobie wyliczyli. To był „start-up” wieczornych kursów maturalnych i chcieli po prostu wziąć tanio jakąś studentkę do nauki, aby się wyrobić z budżetem. Stawka nie do podwyższenia. Jedyny kompromis, to że pomogą mi wrzucić prezentację na tę ich przeklętą stronę, na czym bym oszczędzała pół godziny (tak, tyle to zajmowało). Co ja w ogóle robiłam z moim życiem? Po co brałam na barki ten kurs maturalny? Dla CV? Przecież nawet nie chciałam zostać nauczycielem, ale potrzebowałam niewolniczego pracodawcy, aby to sobie uświadomić. Jednak wzbraniałam się dzielnie przed ucieczką z pola bitwy. Nie chciałam zostawiać tych biednych licealnych duszyczek, kiedy zostało im mniej niż dwa miesiące do matury. Może powinnam była to po prostu olać, ale ostatecznie uległam i dotrwałam do końca kursu, bez chęci kontynuacji przy braku podwyżki. I tak skończyły się moje przygody z korepetycjami na umowę. Chciałam do przemysłu.

Mijały ciche dni, aż nagle mój promotor, słysząc, że szukam płatnej praktyki wakacyjnej, zasugerował:
– A może staż w zagranicznym ośrodku badawczym?
Znałam angielski, ale sama wizja, że miałabym z kimś rozmawiać, i to formalnie o pracy, mnie przerażała. Mój promotor współpracował kiedyś z babką, która teraz pracowała w siedzibie pewnego koncernu chemicznego w Brukseli. Dobry Boże, Bruksela… Ja w Brukseli jako chemik? Czy to w ogóle realne? Przecież ja sobie nie poradzę.
– Pani KeepPassingTheOpenWindows, w życiu trzeba mierzyć wysoko – motywował mnie promotor.
Ten dobry człowiek napisał do swojej dawnej współpracownicy, dostałam jego polecenie i ośrodek badawczy w Brukseli się odezwał. Całe moje województwo miało mnie gdzieś, a Bruksela się zainteresowała. Ale nie za prędko, mówimy o koncernie, który miał oddziały prawie we wszystkich krajach europejskich. Trzeba było przejść przez całą procedurę rekrutacyjną.

Rekrutacja dzieliła się na trzy etapy: test pisemny w Warszawie, rozmowa kwalifikacyjna na Skype oraz rozmowa kwalifikacyjna w siedzibie w Brukseli. W normalnym przypadku, to znaczy kiedy po prostu aplikowałoby się o praktyki na stronie koncernu, to na drugim etapie wasze CV powędrowałoby do różnych grup badawczych w kilku krajach i jeśli podpasowalibyście którejś, to by się do was odezwała. Tutaj po prostu znałam zainteresowaną grupę.
Mail już poszedł, to trzeba było brnąć w to dalej.

W drodze do Brukseli… Etap 1.

Na stronie firmy był przykład egzaminu kwalifikacyjnego. Był to taki łatwiejszy test na inteligencję, typu co nie pasuje w zbiorze, na podstawie diagramu stwierdź co jest nieprawdziwe, jaka liczba jest kolejna w tym ciągu, wybierz A, B lub C… Zadania nie były trudne, gdzie haczyk? Czy może niepotrzebnie doszukiwałam się tam za wiele? Po zrobieniu testu w domu znalazłam go. To wcale nie chodziło o trudność zadań. Było za mało czasu. Trzeba było obrać dobrą strategię rozwiązywania, aby zdążyć wszystko zrobić. Opanować stres i być skupionym. Poczułam ulgę, że chociaż zrozumiałam co chcą sprawdzić przez ten test.

Pojechałam do oddziału w Warszawie na wyznaczoną przez koncern godzinę. Wylądowałam w jakimś pokoju konferencyjnym przy okrągłym stole, jakbym miała podejmować tam jakieś ważne decyzje. Szybko przywrócono mnie do poziomu aplikanta, dając mi test do pisania. Oprócz mnie było 30 innych młodych ludzi. Wpierw się przestraszyłam, że z całą tą bandą będę konkurować. Ale oni startowali na zupełnie inne pozycje, po prostu każdy, kto chciał robić w tej firmie, musiał przejść ten test.

Po niecałej godzinie zabrali nam kartki. Sprawdzili wszystko od razu, jak przy maturach wrzucili karty odpowiedzi do jakieś maszyny sprawdzającej. Gdy wrócili, to odczytali wyrok, połowę nazwisk obecnych. Niewyczytanym kazali wyjść. Reszcie, w tym mnie, w sumie też kazali wyjść, tyle że mieliśmy czekać w domu na odzew zainteresowanego działu.

Etap 2.

Podobnie jak w etapie pierwszym, tutaj również mniej więcej wiedziałam, czego oczekiwać. Na stronie koncernu była lista pytań, jakie mogą zadać na rozmowie kwalifikacyjnej, zatem można było się przygotować w domu na większość dziwactw. Pytania sprowadzały się do opisania różnych sytuacji z życia, pracy, studiów itp. Np:
– czy potrafisz pracować w grupie? Podaj przykład ostatniej współpracy.
– czy masz cechy lidera? Opisz projekt, w którym byłeś/byłaś liderem.
– jakie jest twoje ostatnie największe osiągnięcie? Dlaczego akurat to?
Przykładowych pytań było mnóstwo. Przejrzałam wszystkie i na wszystkie nauczyłam się jakoś odpowiadać. Najpierw po polsku, a potem także po angielsku.

Bardzo się denerwowałam tą rozmową, po części dlatego, że właściwie bałam się przejść dalej. Wiedziałam, że jeśli mi się uda, będę musiała lecieć do Brukseli. Problemem nie była cała fatyga, ale jej koszt. Dla mnie, biednego studenta, nagły wyskok do Brukseli na jeden dzień to była kupa pieniędzy. Wtedy nie istniało tyle tanich połączeń lotniczych, a złotówka była i mniej warta. A przecież nie jechałabym nocnym autobusem, na rozmowie powinnam być wypoczęta. Właściwie musiałabym najpewniej pojawić się dzień wcześniej, zatem jeszcze dochodził nocleg. I mówimy tu o Brukseli, siedzibie większości instytucji Unii Europejskiej. A ze strony koncernu wiedziałam, że jeśli nie wezmą mnie na etapie trzecim, to nikt mi tych pieniędzy nie odda. Taka była ich polityka. Wykładasz kasę z własnej kieszeni. Uda się – oddają ci twój wkład. Nie uda się – jesteś bez praktyki i bez pieniędzy. Ryzyko, które trzeba podjąć.

Rozmowę przez Skype miałam w domu. Pojawiło się na niej pełno osób. Mój przyszły szef, dawna współpracownica mojego promotora i co najmniej dwójka innych ludzi poza kadrem. I się zaczęło, pytanie za pytaniem, jak strzelanie z karabinu. Im dalej, tym coraz trudniej. W takiej formalnej i obcojęzycznej dyskusji mój mózg był raptem krótkodystansowcem. Matura ustna z angielskiego to przy tym bajka. Pożerał mnie stres. Gubiłam słowa i plątałam się w gramatyce. Wciąż musiałam „chodzić” naokoło, żeby się wysłowić. Część specjalistycznych wyrazów, na wypadek czarnej dziury w głowie, spisałam sobie na stole, ale im rozmowa dalej szła, tym coraz częściej się zawieszałam, a nie mogłam przecież ciągle gapić się na blat. Powinnam była wykuć wszystko na blachę. Ale ciężko nauczyć się odpowiedzi na pytania uzupełniające, które zawsze padały po opowiedzeniu przeze mnie jakiejś sytuacji. „Could you elaborate on this?” nawiedzało mnie później w snach.

Etap 3?

Odezwali się do mnie po weekendzie, chyba nie chcieli mi go zepsuć. Standardowa odpowiedź: Podziękowali za czas i życzyli powodzenia. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony byłam zawiedziona, że się nie udało. Z drugiej wciąż byłam w szoku, że jednak dotarłam do tej rozmowy i ją przeżyłam, pomimo że wrażenie zrobiłam marne. A z trzeciej czułam ulgę, że nie muszę podejmować ryzyka latania do tej Brukseli. Z perspektywy czasu człowiek jednak sobie myśli, czy rzeczywiście byłoby tak strasznie, jakbym tam poleciała? Trzeba było zdobyć pieniądze, oczywiście, ale byłoby się tam, w siedzibie koncernu chemicznego w Brukseli. To były tylko pieniądze. Gdybym się tak nimi nie spinała, może poszłoby mi lepiej. Tak, tak, zawsze się tak myśli. „Mogłam mu tak powiedzieć” i tym podobne. Ale w chwili wydarzenia boi się bardziej i nadaje się priorytet innym rzeczom. No chyba że żyje się według YOLO.

Myślałam o słowach promotora. Mierzyć wysoko. Jednak było mi coraz trudniej. Przestało mi zależeć, żeby znaleźć płatną praktykę wakacyjną. Chciałam znaleźć jakąkolwiek praktykę. Ale nigdzie nie chcieli mnie nawet za darmo. Nie rozumiałam tego. Co znów zrobiłam źle? Przecież przygotowałam ładne CV i list motywacyjny i zaczęłam zgłaszać się do firm tyle miesięcy wcześniej, a one milczały, a gdy do nich dzwoniłam, to mówili mi, że mają już obsadzone miejsca. Był już maj i znalazłam się w tej samej sytuacji, co przed rokiem. Zaczęłam tracić pewność siebie. Pojawiała się na zmianę chandra i frustracja.

Sytuacja wyjaśniła się przy telefonie do kolejnej firmy. Kierownik laboratorium w pewnym zakładzie produkcyjnym standardowo powiedziała mi, że nie mają wolnych miejsc, ale jako pierwsza wyjaśniła dlaczego. Firma miała umowę z politechniką i każdego roku zabierała do siebie ustaloną liczbę studentów i nikogo więcej.

Mój kaprys przy składaniu papierów na uczelnię uderzył mnie wtedy w twarz. Byłam zgubiona, bo nie poszłam studiować chemii na politechnice. Nowy, ładny uniwersytet przegrywał ze starą politechniką, która miała kontakty z firmami w moim województwie. I nie dawał tytułu inżyniera, który okazało się, że wszyscy chcą. Co teraz? Zęby w ścianę? Pozostało mi w najlepszym wypadku wykładanie chemii na uniwersytecie, w szkole albo w sklepie? Do końca życia będę się męczyć z powodu mojego wyboru pod koniec liceum, kiedy właściwie gówno wiedziałam o świecie i o tym, czego chcę? Czy jeśli chcę polepszyć moje poważanie wśród firm, to muszę przechodzić przez to wszystko jeszcze raz, tyle że na politechnice? Potem odkryłam, że niektórzy na roku już tak robili. Drugi kierunek, na politechnice, na tyle podobny, aby większość starych zaliczeń się liczyła, a na tyle inny, żeby na CV nie wyglądało, że studiowali dwa razy to samo. To było jeszcze zanim wprowadzono opłaty za studiowanie dodatkowego kierunku. Traciłam siły na myśl, że mam jeszcze ryć kolejne trzy lata, aby coś znaczyć na rynku.

Kobieta z laboratorium, która cały czas była na linii, musiała usłyszeć nerwowość zmieszaną z rozpaczą w moim głosie, gdyż w końcu powiedziała, że mogę przyjść, jeśli chcę, ale najprawdopodobniej będę się nudzić z powodu obecności praktykantki z politechniki. Nieważne. Byłam tak zdesperowana, że w reakcji na jej zaproszenie wpadłam w jakąś szaloną euforię. Czekał mnie miesiąc darmorobienia nie wiadomo czego w fabryce chemikaliów oddalonej o prawie 2 godziny jazdy dwoma autobusami i pociągiem ode mnie! Ale wyszłam na tym na pewno lepiej niż Zabłocki na mydle. Jest praktyka i chociaż za nią nie płacę! OK, pomijając dojazdy…

Zakład produkował głównie różne środki czystości dla gospodarstwa domowego oraz środki pielęgnacji ciała. Mieli małe laboratorium mikrobiologiczne, chemiczne laboratorium innowacji i rozwoju, dział kontroli jakości i produkcję. Skoro już tam byłam, tym bardziej że za darmo i jako dodatkowa osoba, chciałam wyciągnąć z tej praktyki ile się dało. Przepracowałam wszędzie, na każdym dziale, z każdą osobą, która mogła mnie czegokolwiek nauczyć. Był to bardzo intensywny miesiąc. Miałam nawet okazję być świadkiem wstrzymania produkcji z powodu obecności bakterii na szalce Petriego z próbką z tubki kremu do twarzy, czegoś, co nie miało tam miejsca od lat (ale to nie była moja wina!). Moja motywacja odniosła swój skutek. Ostatecznie to studentka z politechniki się nudziła, bo kierownik z laboratorium większość zlecała mi do robienia. O ile na praktyce było to jak najbardziej pożądane, o tyle w prawdziwej pracy przestrzegam przed takim zaangażowaniem. Łatwo zostać człowiekiem od wszystkiego dla wszystkich i siłą rzeczy pracować za wszystkich. Ale na początku jest to dobre podejście.

Na koniec kierownik laboratorium połechtała moje ego, mówiąc, że przywróciłam jej wiarę w ludzi z uniwersytetu. Rozpierała mnie duma, ale zaraz zeszło ze mnie powietrze. Oznaczało to przecież, że uważała absolwentów uniwerka za gorszych. Powiedziała mi, że ileś lat wcześniej mieli jakąś uniwersytecką studentkę chemii, która nic nie ogarniała i ostatecznie pełniła funkcję sekretarki. Dlatego więcej nie chcieli mieć u siebie studentów z uniwersytetu. Jakie to smutne, że takie osoby robią złą famę dla całej reszty i ci, którzy mają jakieś pojęcie o chemii, nie mogą zdobyć doświadczenia. Wszyscy studenci lądują w tym samym worze.

Czy po tej praktyce otworzyły się wierzeje możliwości i rozpoczęła się moja zawrotna kariera chemika w przemyśle? Nie bardzo, ale na pewno było mi łatwiej. I to nie tyle z powodu owej praktyki, ile z samego dążenia do niej. Może polecę tu banalnym wnioskiem, ale teraz, po latach, wiem, że wszystkie trudności, które stanęły mi na drodze, były mi potrzebne, aby trafić tam, gdzie jestem teraz i doceniać to. Łatwo jest być sfrustrowanym i w wielu sytuacjach załamywać ręce. Ja też tak robiłam. Ale jest to czasem droga, którą trzeba przejść, aby znaleźć się w przyszłości na lepszej pozycji i móc zacząć żądać zamiast prosić. Doświadczenie pomaga zyskać pewność siebie i tak ostatecznie było i w moim przypadku.

Każda kolejna rozmowa kwalifikacyjna była dla mnie małym stresem w porównaniu do tamtej, którą przeżyłam na Skype z Brukselą. Zmotywowała mnie ona do zapisania się na kurs angielskiego, aby nauczyć się wysławiać lepiej niż nastolatek. Zobaczyłam, jak ważne jest czyjeś polecenie i starałam się obracać wśród osób, które współpracują z jakimiś firmami. Zadbałam o moją dalszą edukację, ale nie wbrew mojej woli, lecz zgodną z moimi chęciami. Poszłam na weekendowe studia podyplomowe, aby się wyspecjalizować, zauważając z mojej praktyki, jak przydatna może być ta wiedza w mojej przyszłej pracy. Nie chciałam zaczynać od nowa kolejnych studiów, tyle że na politechnice i nigdy tego nie zrobiłam. Poszłam dalej, licząc na to, że jakoś to się ułoży i w końcu trafię tam gdzie chcę i gdzie będę doceniana, nawet jeśli będzie to długa i okrężna droga. I była. Ale pewnego dnia odniosłam moje małe życiowe zwycięstwo i zaproponowano mi, temu tworowi uniwerka, pozycję inżyniera chemicznego. Tak właśnie odkryłam, że często nie tyle chodzi o wykształcenie, ile o upór tego, kto je zdobył. Albo o plecy, które ma się lub nie, demotywująco kończąc.

Żeby tak nie demonizować uniwersytetu: Wydział chemiczny widząc, jakie problemy miało wielu studentów w znalezieniu praktyk, rozpoczął współpracę z paroma firmami. W międzyczasie ruszyły też jakieś programy pośrednictwa dla studentów, które miały pomóc złapać kontakt z przyszłym pracodawcą. Było to co prawda wtedy, kiedy mój czas studiów zbliżał się ku końcowi, ale miło było widzieć jakieś zaangażowanie władz. Jak to działało, tego już nie wiem. Nie można też odmówić wielu katedrom dobrych kontaktów z zagranicznymi grupami badawczymi. Wszystko kwestia tego, czego się szuka, tylko niestety często człowiek tego nie wie, dopóki w to nie wejdzie.

Oglądany: 39534x | Komentarzy: 18 | Okejek: 155 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało