Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Nielogiczności i bezczelne fabularne luki w uwielbianych przez wszystkich filmach

114 050  
371   175  
Kino zawsze umiało skutecznie oszukać widza. Zapatrzony w ekran i napchany popcornem odbiorca łyka przecież wszystko jak pelikan. Czasem tylko obudzi się z tego otumanienia i zda sobie sprawę, że coś tu nie gra. Niestety, nawet największe dzieła kinematografii nie są bowiem wolne od fabularnych wtop powstałych już na etapie scenariusza.


E.T.

Za gówniaka widziałem ten film dziesiątki razy. I to w kinie! Spielberg stworzył historię, która trochę przerażała, trochę bawiła i bardzo wzruszała.
Nikt by nie chciał być w skórze pociesznego kosmity, któremu podczas wizyty badawczej na obcej planecie ucieka transport do chaty. Statek kosmiczny odlatuje, przerażony ufoludek zostaje sam. Co mógłby, biedak, zrobić w tej sytuacji?
Hmmm… Zastanówmy się – mógłby na przykład, mając w pogardzie święte prawo grawitacji, wznieść się nad ziemię i gonić pojazd niczym cholerny Superman! Przecież w drugiej połowie filmu nasz pokraczny bohater bez większego trudu doprowadza do lewitacji BMX-a z dwoma pasażerami na pokładzie (i tym samym do stworzenia logo założonej przez Spielberga w 1984 roku wytwórni Amblin)!



Matrix

Ten film jest dla wielu (w tym i dla mnie) niczym relikwia – dzieło idealne pod każdym względem, rzecz święta, której nie wolno bezcześcić. A jednak nawet i w tak doskonałej produkcji znalazł się mały bubel.
Aby bohaterowie filmu mogli przenieść się do fałszywego, wykreowanego w głowach śpiących ludzi świata, potrzebne są dwie osoby – śmiałek, który chce odbyć taką podróż oraz operator – członek załogi odpowiedzialny za cały proces „łączenia się” z Matriksem, a także za asystowanie podczas misji.
Kto zatem pomógł mu w podróży i w spotkaniu się z agentem Smithem? Sami twórcy (obecnie – twórczynie) „Matrixa”, pod naciskiem fanów, oficjalnie stwierdzili, że Cypher skorzystał z automatycznego „operatora”, którego to osobiście miał zaprogramować tuż przed podróżą.



Efekt motyla

Niech krytycy gadają sobie co chcą. Ten film jest zaprawdę zacny - świetna fabuła oparta na oryginalnym pomyśle, nie najgorsza realizacja i parę naprawdę fajnych zwrotów akcji. To chyba jedna z niewielu produkcji, gdzie podróż w czasie potraktowana została w tak ciekawy sposób – bohater posiada bowiem zdolność do przenoszenia się w przeszłość, ale tylko w sposób „umysłowy” - w każdej chwili może cofnąć się do wybranego momentu ze swego życia i za pomocą odpowiednich decyzji dowolnie modyfikować własną historię. Wnikliwy widz może jednak czepić się pewnej nielogiczności.
W jednej ze scen protagonista trafia do więzienia, gdzie postanawia w dość oryginalny sposób zdobyć zaufanie swojego latynoskiego, gorliwie wierzącego towarzysza z celi.



Bohater cofa się do przeszłości i przebija sobie dłonie za pomocą dwóch szpikulców. Stygmaty, które nagle pojawiają się na jego ciele utwierdzają bogobojnego więźnia, że ten ma do czynienia z drugim Jezusem! Tyle że… No, cóż – znamiona na rękach nie mogłyby ot tak nagle zmaterializować się. Bohater musiałby mieć te rany na skórze od momentu, kiedy je sobie zadał. Wiadomo - „cudowny” wykwit jezusowych śladów na dłoniach na pewno robi wrażenie, ale z punktu widzenia ciągłości czasu – nie ma to za bardzo sensu.

Powrót do przyszłości

Wybaczcie – ale musimy też wytknąć pewien drobiazg jednemu z najlepszych filmowych dzieł SF, jakie kiedykolwiek powstały.
Uwięziony w 1955 roku Marty ma tylko jedną możliwość, żeby wrócić do swojej „epoki” - musi wykorzystać moc błyskawicy. W ten sposób może dać swemu wehikułowi odpowiednią ilość energii potrzebnej do wykonania takiego skoku w czasie. A tak się akurat składa, że potężne wyładowanie elektryczne ma walnąć w zegar ratusza dokładnie 12 listopada 1955 roku o godzinie 10:04.
Biorąc pod uwagę fakt, że moment uderzenia pioruna trwa ułamek sekundy, a pomiędzy 10:04 a 10:05 jest aż 59 ciągnących się w nieskończoność sekund, to raczej byłoby trudno, aby rozpędzony DeLorean dał radę zetknąć się z podłączonym do ratuszowego zegara drutem akurat dokładnie w tym jednym, jedynym, odpowiednim momencie.



Imperium kontratakuje

Dla wielu ta część gwiezdnej sagi bije na głowę wszystkie inne filmy z gwiezdnowojennego uniwersum. To tu bowiem Luke przestaje być marzącym o kazirodczych uciechach waflem i zyskuje twarde cojones, które pomogą mu stawić czoła ciemnej stronie mocy. Aby ta zmiana zaszła, młody Jedi musi odbyć długi trening pod okiem starego mistrza – Yody. I tak też, po wielu miesiącach katorżniczych lekcji, blondwłosy uczeń, który na początku filmu z wielkim trudem potrafił siłą swej woli wyciągnąć lekki miecz świetlny ze śnieżnej zaspy, teraz stojąc na jednej ręce (ze swoim nauczycielem siedzącym na podeszwie jego buta) umie już wydobyć z grząskiego mokradła wielotonowy, galaktyczny myśliwiec!



Z jakiegoś jednak powodu dla reszty bohaterów filmu czas płynął znacznie szybciej niż dla Luke’a. Podczas gdy bohater w pocie czoła trenował, Han i Lea przelecieli się przez pas asteroidów i wpadli na chwilę do Bespin, aby spotkać się z Lando. Ile czasu mogło im to zająć? Parę godzin, no góra – dwa dni. Wytłumaczenia są dwa – albo Yoda jest kurewsko dobrym nauczycielem, albo Luke jest prawdziwym prymusem, który przyswaja wiedzę szybciej niż student farmacji na amfie…

Skazani na Shawshank

Jedna z najlepszych scen tego znakomitego filmu opartego na opowiadaniu Stephena Kinga to moment, w którym do celi głównego bohatera wchodzą strażnicy i naczelnik więzienia. Pomieszczenie jest puste i wygląda na to, że niesłusznie skazany mężczyzna po prostu wyparował. Prawda jest jednak taka, że przez wiele miesięcy facet dłubał szpikulcem w ścianie, aby dostać się do szybu poza celą i dać dyla rurą od ścieków. Prawda wychodzi na jaw dopiero gdy zerwany zostanie ze ściany duży plakat, który dotąd skutecznie zasłaniał jebutną dziurę… Pytanie brzmi jakim cudem będącemu już w tunelu bohaterowi udało się go tak zgrabnie przymocować do ściany?



Terminator 2

Zgodnie z tym, co dowiedzieliśmy się od Kyle’a Reese’a – podróż w czasie odbyć mogą tylko obiekty pokryte żywą tkanką. Dlatego też zarówno ludzie, jak i grany przez Arniego T-800 wybierają się w taką wojaż zupełnie bez ubrań. Tymczasem w drugiej części „Terminatora” Skynet wysyła do 1995 roku maszynę, która w całości zbudowana jest z płynnego metalu!
Zwykłe czepialstwo - powiecie - może w międzyczasie udało się udoskonalić technologię czasowych skoków i teraz korzystać z niej mogą także i inne, niebiologiczne przedmioty! No, dobra – przyjmijmy, że właśnie tak było. W takim razie po kiego grzyba T-1000 odbył tę podróż na golasa?


Oglądany: 114050x | Komentarzy: 175 | Okejek: 371 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało