Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Dzieci znanych muzyków, które odziedziczyły po nich niewątpliwy talent

54 706  
105   42  
Bycie dzieckiem gwiazdy muzyki to z pewnością niełatwe zadanie. Zewsząd pojawiają się sugestie odnośnie kariery zrobionej głównie dzięki nepotyzmowi: „Panie, ojciec go po znajomości do telewizji wepchnął” – to jeden ze stereotypów umniejszających artystyczny „wkład własny” takich pociech.


Niełatwe jest też konkurowanie z osiągnięciami rodzica z niewątpliwym dorobkiem, co z pewnością może doprowadzić do frustracji. Synowie Michaela Jordana nawet nie zbliżyli się do debiutu w NBA, Agata Passent – córka Agnieszki Osieckiej – pomimo regularnego wydawania książek i pracy dziennikarskiej nigdy nie doświadczy popularności swojej matki, a Rafał O. – potomek jednego z najbardziej znanych polskich aktorów (odtwórcy ról Kmicica i Gerwazego) – ostatnio trafił na pierwsze strony gazet w związku z... grożeniem siekierą monterowi.

Ale każdy kij ma dwa końce. Wychowywanie się w artystycznym otoczeniu i życie niejako w cieniu legendy ojca w przypadku wymienionych poniżej córek i synów gwiazd muzyki wpłynęło niezwykle pozytywnie na jakość ich sztuki. Piosenki Patrycji Markowskiej (Więc bądź silny, marzenia twe czekając na spełnienie do lotu porwą cię) czy braci Cugowskich (Oto nowy ja na straży twoich łez, schowam ciebie w dłoni, by świat nie skrzywdził cię) nierzadko sprawiają, że można mieć wrażenie, jakoby ich kariery były podparte głównie rozpoznawalnym nazwiskiem, dlatego warto zatrzymać się na chwilę przy tych, którzy talent – niezależnie od rozpoznawalności tatusia – odziedziczyli w genach.

Sean Lennon

Gdy jest się muzykiem mającym na nazwisko Lennon (z tych Lennonów), nie da się traktować tego inaczej niż jako ogromnego wyzwania. Sean już będąc dzieciakiem zagrał w „Moonwalkerze” Michaela Jacksona, w którym Król Popu coverował „Come Together” – jeden z największych hitów Johna. Jedyny syn Beatlesa i Yoko Ono na początku tego wieku zyskał rozgłos także wśród fanów metalu: na wydanej w 2000 roku płycie „Primitive” grupy Soulfly Sean gościnnie pojawił się w utworze „Son Song”, w którym złożył hołd swojemu staruszkowi (jakkolwiek to dziwnie brzmi, w tym momencie Sean jest starszy niż jego ojciec kiedykolwiek był). Aktualnie razem z basistą i wokalistą grupy Primus (jeśli ktoś nie kojarzy – to ci, którzy zrobili czołówkę „South Parku”), Lesem Claypoolem, rozkręca psychodeliczny projekt Claypool Lennon Delirium. Starszy (przyrodni) brat Seana, Julian, również okazjonalnie para się muzyką, jednak ze znacznie mniejszymi sukcesami.

Zak Starkey

Na chwilę pozostańmy jeszcze w klimacie The Beatles. Urodzony w 1965 roku Zak, pierworodny syn Ringo Starra – perkusisty Czwórki z Liverpoolu – od dzieciństwa skazany był na instrument kojarzony z jego ojcem. Już jako ośmiolatek dostał pierwsze gary od samego Keitha Moona, legendarnego bębniarza The Who, do którego mały Zak mówił pieszczotliwie „wujek Keith”. Sławny tatuś nie miał jednak parcia, żeby syn poszedł w jego ślady – udzielił mu zaledwie jednej lekcji grania, chcąc bardziej, by junior został prawnikiem lub lekarzem. Genów jednak nie da się oszukać – młody Starkey wsiąkł w perkusję tak bardzo, że w 1996 roku został członkiem... The Who, zastępując zmarłego prawie dwie dekady wcześniej Moona. To niejedyny słynny zespół, w którym bębnił Zak – w latach 2004-2008 występował równolegle także w grupie Oasis. W ramach ciekawostki należy przytoczyć też fakt, że jego (przypadające na okres największej Beatlemanii) narodziny były bardzo mocno omawiane przez media – odbyła się nawet sesja zdjęciowa w szpitalu, gdzie Ringo, tuż obok łóżka swojej żony (świeżo upieczonej mamy), palił papierosa – dziś pewnie byłby za to epatowanie nałogiem zjedzony w komentarzach.

Fisz i Emade

Bartosz i Piotr Waglewski od dwóch dekad udowadniają, że wcale nie trzeba odcinać kuponów od sławy i nazwiska ojca. Bracia, będący zarazem najlepszymi kumplami, pomimo młodego wieku współpracują ze sobą jeszcze od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to bawili się w metal i jego pochodne; kilka lat później chłopaki odkryły jednak rapowe powołanie. Fisz w 2000 roku wydał debiutanckie „Polepione dźwięki”, w tym czasie Emade ze swoimi skreczami gościnnie pojawił się na wrocławskim koncercie Nicka Cave'a and The Bad Seeds, po winylach drapał też na „Melassie” Kazika – był to początek istnienia młodych Waglewskich (choć przecież zupełnie nieepatujących tym nazwiskiem) w mainstreamie. Z biegiem lat Bartek i Piotrek coraz bardziej eksperymentowali (choćby w rockowym Kim Nowak) i odnajdywali swoją muzyczną tożsamość. Zaowocowało to w naturalny sposób interesującym projektem z Waglewskim seniorem, założycielem zespołu Voo Voo, który w wywiadzie dla Onetu zresztą skomplementował muzyczne umiejętności synów: Fiszu i Emade to świetni muzykanci – to więc olbrzymia stymulacja, ale i konkurencja. Dlatego ich zdanie jest dla mnie zawsze ważne.

Hank Williams III

Country w Polsce uważane jest za dość wieśniacki gatunek, jednak saga rodziny Williamsów to ciekawa historia nawet dla tych, którzy nie przepadają za muzyką kowbojów. Najstarszy z Hanków, nazywany „Królem muzyki country”, nie stronił od alkoholu oraz cięższych używek i zmarł na serce w 1953 roku, na kilka miesięcy przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Jego syn, i zarazem ojciec naszego bohatera, Hank Williams Jr., znany pod pseudonimem „Bocephus”, od młodości również eksperymentował z chlaniem i dragami, a ciągłe porównywania do legendarnego ojca doprowadziły go do załamania i (na szczęście nieudanej) próby samobójczej. Trzeci Hank – będący bardzo podobny fizycznie do swojego dziadka – to typowy buntownik łączący spuściznę przodków ze współczesnością: jego ręce pokrywają liczne dziary, a na kowbojskiej kamizelce nosi naszywki z liściem marihuany i logo Motörhead, w tekstach często podejmuje temat używek, a oprócz country realizuje się także w znacznie mocniejszych kapelach, gdzie nie ogranicza się do jednego instrumentu: był basistą grupy Superjoint Ritual, grał na bębnach w Arson Anthem (w obu tych projektach współpracował ze słynnym Philem Anselmo – wokalistą Pantery) oraz założył punkowo-metalowy zespół Assjack.

Damian Marley

Wybór jednego z muzykalnych synów Boba Marleya nie był prosty – w końcu największa legenda muzyki reggae znana jest z imponującej ilości dzieci zajmujących się graniem. Ziggy, Stephen, Julian, Ky-Mani – ci wszyscy potomkowie autora „Redemption Song” to znane (nie tylko ze względu na ciężar nazwiska) postaci w światku grania często kojarzonego z jaraniem zielska. Najbardziej wyrazisty, i to nie tylko nie tylko w estetyce reggae, jest jednak najmłodszy z nich – Damian, który w momencie śmierci najsłynniejszego rastamana w dziejach miał zaledwie trzy lata. „Jr. Gong” pierwszy zespół założył jako trzynastolatek, a płytowego debiutu – nazwanego po prostu „Mr. Marley” (okładka albumu przedstawia zdjęcie Boba trzymającego na rękach małego Damiana) doczekał się tuż po osiemnastce. Lista jego muzycznych współpracowników jest imponująca, a zaliczają się do niej chociażby Mick Jagger, Bruno Mars, Skrillex, Nas, Gwen Stefani, Jay-Z, Sean Paul czy Cypress Hill. Gdyby Bob żył, z pewnością byłby dumny z noszącego dredy sięgające ziemi syna.

Norah Jones

Ravi Shankhar, wirtuoz sitaru (to taka dziwna indyjska gitara), miał 59 lat, gdy urodziła się jego córka Norah (co ciekawe, najstarszy syn bengalskiego muzyka, Shubhendra, był wtedy... trzydziestosiedomiolatkiem). I choć jej rodzice dość szybko się rozstali, to odziedziczony w genach talent sprawił, że zdolna dziewczynka już w dzieciństwie zaczęła śpiewać w kościele. Norah, już gdy odniosła spektakularny sukces, deklarowała miłość do swojego staruszka, jednocześnie dość mocno dystansując się od jego postaci – w 2004 roku powiedziała nawet magazynowi Rolling Stone: Nie lubię o nim mówić, ponieważ nie ma nic wspólnego ze mną i z moją muzyką. Wokalistka, która w przemowie po otrzymaniu nagrody Grammy za album „Come Away With Me” nie podziękowała Raviemu, niedługo później przyznała Oprah Winfrey, że nie miała na celu wbić mu w ten sposób szpilki. Dodała też, że rozmawia z Shankharem co pięć miesięcy. Gdy słynny sitarzysta zmarł w 2012 roku w wieku 92 lat, Norah wydała krótkie oświadczenie: Muzyka mojego taty wzruszyła miliony ludzi. Będzie go niezwykle brakowało zarówno mi, jak i miłośnikom muzyki na całym świecie. Przyrodnia siostra Jones, młodsza o dwa lata Anoushka (obie panie zresztą współpracują), poszła znacznie bardziej artystycznie w stronę klimatów ojca i również gra na sitarze.

Nancy Sinatra

Na pewno kojarzycie utwory „Bang Bang (My Baby Shot Me Down)” (co ciekawe, ten numer w oryginale wykonywała Cher, jednak już kilka miesięcy później Nancy zaprezentowała swoją wersję, która często błędnie uważana jest za oryginalną), „These Boots Are Made For Walkin'” (nagrana w 1966 roku piosenka pojawiła się ostatnio nawet w reklamie butów), „Summer Wine” (kolaboracja z Lee Hazelwoodem odświeżona między innymi przez Bono, Lanę Del Rey oraz Ville Valo i Natalię Avelon) czy wreszcie „Somethin' Stupid” – duet z ojcem odkurzony w 2001 roku dzięki coverowi Robbiego Williamsa i Nicole Kidman. Nancy przez całą, trwającą już bez mała sześćdziesiąt lat karierę, musiała jednak zmagać się z jednym określeniem – „córka Franka Sinatry”. Zbliżająca się powoli do osiemdziesiątki wokalistka – najstarsze dziecko artysty – w rozmowie z Louise Gannon przyznała, że nazwisko było dla niej zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, wspomniała też przestrogę daną jej w dzieciństwie przez ojca: Nancy, trzymaj się z dala od tego co robię, a wszystko będzie dobrze.

Jeff Buckley

Urodzony w 1966 roku wokalista i gitarzysta dość niechętnie nawiązywał do postaci swojego szybko zmarłego ojca Tima, którego widział zaledwie kilka razy w życiu i do którego nie przyznawał się nawet przed znajomymi. Buckley senior (niezwykle płodny muzycznie songwriter, autor „Song To The Siren”, znanej w dużej mierze z wykonania This Mortal Coil; to ten kawałek leciał na napisach „Ostatniej Rodziny”), zakończył wędrówkę po tym łez padole w wyniku przedawkowania heroiny w 1975 roku, w wieku zaledwie 28 lat. Jeff, niestety, w kwestii szybkiej śmierci podzielił los swojego ojczulka – mając zaledwie trzy dychy na karku pożegnał się z tym światem w 1997 roku w wyniku kuriozalnego utonięcia, kiedy to (o ironio, całkowicie trzeźwy) wszedł w pełnym ubraniu popływać w rzece Mississipi. Niestety Jeff, znany głównie ze świetnej interpretacji Cohenowskiego „Hallelujah” (trafił nawet z tą wersją na listę 500 najlepszych utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone), zdążył wydać zaledwie jedną płytę – „Grace”, dlatego śmiało możemy uznać go za najbardziej niespełnionego artystę w tym zestawieniu.

Na horyzoncie pojawia się wielu młodych artystów udowadniających, że jabłko pada niedaleko od jabłoni. Synowie Coreya Taylora (Slipknot, Stone Sour) i Tomasza Budzyńskiego (Armia) wspomagają swoich ojców na koncertach, a wyglądający niczym klon wokalisty Acid Drinkers potomek Titusa przejął jego basowe obowiązki w grupie Anti Tank Nun, natomiast Tye Trujillo (syn Roberta, aktualnego basisty Metalliki) w wieku dwunastu lat zaliczył pierwszą trasę koncertową z KoRnem! I choć trudno będzie im ścigać się z dorobkiem słynnych tatusiów, to z ciekawością należy patrzeć na ich muzyczne dokonania.

Oglądany: 54706x | Komentarzy: 42 | Okejek: 105 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało