Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Zwykły przypadek, który zaprowadził nas w bardzo dziwne miejsca...

50 800  
265   39  
Czasem bywa tak, że przez jeden mały błąd zaczynają dziać się rzeczy niezwykłe, zaskakujące i w dodatku ciekawe. Właśnie tak było tym razem.

To była noc z 30 na 31 sierpnia 2017 roku. Redagowałem sobie spokojnie poranne wydanie Joe Monstera, kiedy trafiłem na jeden ciekawy artykuł, który został wysłany do nas anonimowo. Gość pisał o eksplorowaniu opuszczonych kopalń. Dość ciekawy i nieco ekstremalny temat. W tekście znalazłem na szczęście ślad, po którym udało mi się namierzyć autora. Kilka kliknięć dalej miałem już jego profil na Facebooku. Zegar zbierał się do wybicia trzeciej nad ranem, kiedy kliknąłem w okienko "napisz wiadomość".

- Hej! Tu Iskier z Joe Monstera. Ogarniam właśnie Twój tekst. Powiedz mi proszę, czy masz konto na Joe i jaki masz nick. Chcę odpowiednio podpisać artykuł.
- No hej! Mam konto. Przez przypadek byłem wylogowany i nie zauważyłem. Mój nick to KawiakJones.
- OK. Wszystko jasne. Publikacja w niedzielę, dzięki.
- Świetnie! To siadam do pisania drugiej części. Dzięki również.

Krótko i konkretnie, tak jak lubię. Praca niniejszym została ukończona, więc gdyby to był dobry kryminał, to zapaliłbym właśnie Marlboro, popił łykiem Ballantinesa i stojąc przed oknem patrzył w mrok Bermount City rozświetlanego pojedynczymi parami reflektorów Fordów i Chryslerów oraz coraz częstszymi błyskami zbliżającego się huraganu Dalila... ale to nie kryminał. Stanąłem więc przy oknie i ogarnąłem wzrokiem pogrążoną w śnie, całkowicie nieruchomą wioskę na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wspomniana wcześniej sytuacja wpłynie na moje życie. Tym bardziej, że była dziełem absolutnego przypadku.


Dokładnie siedem miesięcy później staliśmy z Kawiakiem na pomoście niewielkiego jeziora na Pojezierzu Lubuskim. W pobliżu czekała ekipa bojowników Joe Monstera, którzy postanowili się wspólnie spotkać w tym malowniczym miejscu.

- To co, jedziemy?
- Wołam resztę i ruszamy.

Wzięliśmy sprzęt, wsiedliśmy w samochody i ruszyliśmy. Kiedy dotarliśmy na miejsce mogliśmy śmiało odtworzyć scenę z Nic Śmiesznego, bo oczom naszym ukazał się las.

- To ten.
- Jak to „to ten”?! Chcesz powiedzieć, że ten obiekt znajduje się w zasięgu mojego wzroku? Pokaż go, to palcem, bo chciałbym uwierzyć, że śnię.
- No to.
- To?! Co to jest?!
- No jak to co? Las.
- Możesz mi powiedzieć: po chuj mi las?

Kawiak w roli przewodnika ruszył przodem i przeciągał nas przez kolejne krzaki.

- Jesteś pewny, że to tu?
- Stary, to musi być tu, ale nie byłem tu od lat.
- ...
- Jest! Mam!
- Co?
- Wy jeszcze tego nie widzicie, ale ja już wiem, że właśnie weszliśmy na działkę forteczną.


Przyśpieszył kroku i po paru minutach wszystko stało się jasne. Staliśmy na poniemieckim bunkrze. W kilkominutowej opowieści zakreślił nam historię tego miejsca, kiedy zrobił przerwę na oddech, ktoś spytał:

- Wchodzimy?
- Nie! Jeszcze nie. Te obiekty zostały stworzone po to, żeby nie dało się do nich wejść. Muszę wam wyjaśnić jakie niespodzianki czekają na nas w środku...

Miał rację. Kiedy zobaczyłem pierwszą zapadnię z kilkumetrową dziurą na niepożądanych gości w pełni zrozumiałem, dlaczego wybrał sobie nick Kawiak Jones. Zasieki, ukryte obiekty, tunele, tajemnice, zapadające się podłogi, pułapki... W trakcie balansowania na cienkiej desce nad jedną z zapadni zacząłem zadawać sobie egzystencjalne pytania z rodzaju "gdzie ja urrwał jestem i co ja urrrwał robię ze swoim życiem", jednak widok wnętrza obiektu zupełnie uciszył te głosy w mojej głowie.


Nie można powiedzieć, że wyglądało to pięknie. Wręcz przeciwnie, wyglądało to okrutnie. Obiekt pod koniec wojny został wysadzony i właśnie siła eksplozji ukazała całą jego potęgę. Gęste zbrojenie wystawało z grubych na parędziesiąt centymetrów ścian, rozerwane stropy ukazywały całą siłę tej konstrukcji, a zmyślnie zaprojektowana przestrzeń nie pozostawiała złudzeń. To miejsce zostało zaprojektowane, nie po to, by chronić ludzi, ale by zabijać. "Zapach" historii tej wojny można było wciągać z każdym haustem powietrza, a Jones odkrywał przed nami kolejne zagadki i tajemnice tego miejsca.


Przeważnie czytam o takich rzeczach w internecie, albo odwiedzam je z typowymi "szkolnymi" wycieczkami, czy według wyznaczonych turystycznych tras, a tym razem, pierwszy raz w życiu, miałem okazję znaleźć się w miejscu, które od 70 lat pozostało ruszone jedynie zębem czasu i zamroziło w sobie nieco tamtej chwili z końca wojny.

Niższy poziom był zalany, więc pomimo prób z woderami - naciąganymi na buty wodoszczelnymi "nogawkami" - nie udało nam się spenetrować tego miejsca w stu procentach.

- To nic. Szkoda czasu, jedziemy dalej, mam wam jeszcze sporo rzeczy do pokazania. - skwitował Kawiak i ruszyliśmy do wyjścia. Znów przez te cholerne zapadnie.


Tego wieczoru zwiedziliśmy jeszcze kilka naziemnych obiektów i wróciliśmy nad nasze jezioro. Przy ognisku czekaliśmy na pozostałych Bojowników, którzy zmierzali do nas z Krakowa, Głogowa i Wałbrzycha.

Następnego dnia z przeraźliwym łoskotem zaczęły budzić nas budziki. Walka ze snem, ze sobą i z kacem nie była wyrównana.

- Ktoś widział moje okulary? Nie mogę ich znaleźć!
- Czego tak nerwowo szukasz?
- Komórki... ktoś widział moją komórkę?
- To ta, co miała budzik nastawiony na szóstą i dzwoniła w kiblu od świtu?
- Jak to w kiblu?
- Musiała ci wypaść przy dwójce. Leży tam na podłodze...

Po zebraniu do kupy swoich gratów i siebie, zeszliśmy na śniadanie, w trakcie którego padło kilka pytań z rodzaju "a nie zgubiłeś czegoś drogi kolego?" i kilka żartów z rodzaju "chyba zgubiłem coś tam". Najciekawsze jednak miało dopiero nastąpić.

- Wiecie co? To nie jest żart. Zgubiłem kluczyki od samochodu.
- Jasne...
- Ej, serio.

Nasz harmonogram był prosty, więc zaraz po badaniu alkomatem, śniadaniu i kolejnym badaniu alkomatem mieliśmy ruszyć do dalszych obiektów. Samochodów mieliśmy wystarczająco, więc nawet jeśli kluczyki do jednego by się nie znalazły, to nie byłoby problemu. Problem był natomiast taki, że akurat ten samochód był zaparkowany przy samej bramie i blokował wszystkie inne. Kolejną godzinę spędziliśmy więc na przeszukiwaniu wszystkich pokojów, torb, plecaków, kieszeni, łóżek, zakamarków, okolic ogniska no i kibla. Bezowocnie.

- Gdzie są klucze?

Następną godzinę spędziliśmy na próbie włamania się do samochodu. Niestety okazał się niezwykle odporny na wszelkie nasze próby. Moglibyśmy go przepchać, gdyby nie wrzucony bieg i zaciągnięty ręczny, ale na szczęście na horyzoncie całkiem nagle pojawiło się wybawienie w postaci ciągnika rolniczego MTZ 82, który z lekkością poradził sobie z naszym problemem i wystawił samochód za bramę.

Kluczy do tego momentu nie znaleziono.


Uradowani niczym małe dzieci mogliśmy kierować się dalej. Kawiak ruszył swoim Golfem Trójką GT jak poparzony i już po kilkunastu minutach i korekcie planów byliśmy przy kolejnym obiekcie. Zaraz brzy bramie widniał znak z nazwą "OBIEKT 694" i dopiskiem "Jeżeli kochasz swoje życie tak jak ja swój bunkier to sam lepiej tu nie wchodź". Tak... znaleźliśmy się u człowieka, który kupił sobie odpowiednią działkę i jest prawdopodobnie jedynym w Polsce posiadaczem prywatnego bunkra. Właściwie to nawet panzerwerka.


Po wysłuchaniu wstępu do historii tego obiektu zostaliśmy zaproszeni do środka. Okazało się, że jedyny w Polsce właściciel prywatnego panzerwerka posiada nie tylko obiekt, ale też całą masę wyposażenia. W środku znajdują się setki przedmiotów z epoki i niemal o każdym z nich można usłyszeć jakąś historię. Jest tu naprawdę wszystko to, czego można się w takim miejscu spodziewać i jeszcze więcej tego, czego nawet nie można się było spodziewać. Broń, amunicja, oryginalny bunkrowy sedes, telefony, prycze, zastawa stołowa, pudełka na przyprawy czy nawet pojemniki na prezerwatywy sygnowane symbolami trzeciej rzeszy.


Cała ta kolekcja jest efektem wielkiego zapału jednego człowieka, który przez lata odszukuje, skupuje i restauruje coraz to nowe elementy wyposażenia, a kluczy jak do tej pory nadal nie znaleziono.


Co najciekawsze nie jest to typowo turystyczne miejsce z kasą biletową i konkretnymi godzinami otwarcia. Żeby się tu dostać, trzeba podjechać pod bramę, znaleźć numer telefonu na drzewie i umówić się z właścicielem. Naprawdę warto, bo spędziliśmy tu parę godzin, w trakcie których nie nudziliśmy się ani przez chwilę, tu już nawet nie chodzi o samo miejsce, tylko pasję w słowach niezwykle zapalonego i rozgadanego właściciela.


Z panzerwerka 694 ruszyliśmy dalej, w kierunku kolejnych naziemnych obiektów Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Co ciekawe, widzieliśmy tutaj bunkry, które były pozorowane na zwykłe wiejskie stodoły, strategiczną zaporę, która udawała młyn, czy kilka składanych, a właściwie chowanych mostów, które zawieszone są nad bardzo głębokim kanałem, ciężkim do pokonania nawet przez czołgi. Kanał ten został przez Niemców stworzony zaraz po pierwszej wojnie światowej. Co ciekawe takich budowli nie obejmowały regulacje Traktatu Wersalskiego, bo oficjalnie była to... trasa do spływów kajakowych.


Całą magią tego terenu jest właśnie to, że ufortyfikowania były bardzo często pozorowane na zupełnie zwyczajne elementy krajobrazu, czy obiekty cywilne, a wiele strategicznych rozwiązań było zaprojektowanych tak, by nie można było odgadnąć, że właściwie są rozwiązaniami związanymi z wojskiem i wojną. Jak choćby zmyślne blokady torów kolejowych, które polegały jedynie na włożeniu na sztorc zwykłej szyny w przygotowaną między podkładami łuzę. Wiele obiektów jest za to tak dobrze ukrytych, że nieuważny przyjezdny grzybiarz mógłby w nie wpaść z całym koszykiem, rodziną i Fiatem 126p, ale bez kluczyków, bo kluczy jak dotąd nie znaleziono.


Poza obiektami naziemnymi znajduje się tu też ogromny system podziemny, do którego mamy nadzieję wybrać się przy najbliższej okazji. Musimy jednak lepiej się do tego przygotować, bo żeby móc oficjalnie go zwiedzić i zdać pełną relację na łamach Joe Monster, potrzebujemy kilku specjalnych zezwoleń.

Dnia trzeciego odjechaliśmy każdy w swoją stronę...


Ta historia mogłaby się tutaj kończyć, ale nabraliśmy ochoty na więcej, więc tak naprawdę wszystko się tu dopiero zaczyna...

---

Miesiąc później siedzimy z Kawiakiem Jonesem na Wzgórzach Golan nad (nie tak bardzo) malowniczym jeziorem utworzonym w kraterze wulkanu. Powoli sączymy piwo i przysłuchujemy się jak ludzie przy stole rozmawiają ze sobą po arabsku. Noc spędzimy dokładnie kilometr od granicy z Syrią i nawet nie spodziewamy się tego, czego doświadczymy przez kolejne dni...


Specjalne podziękowania i pozdrowienia dla bojowników: Dogowan, Karol_w, Otojestem, Ougaa, Qgielskas. Jesteście świetni! :)

Klucze do samochodu znalazły się po kilku dniach od naszego powrotu. Leżały na wierzchu, na słupku poręczy na tarasie.

Oglądany: 50800x | Komentarzy: 39 | Okejek: 265 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało