Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Cała ta chemia, czyli dlaczego od grania w gry można dostać raka i co to ma wspólnego z grillowanymi potrawami?

36 318  
173   39  
Raka można dostać od wielu rzeczy: od palenia, od słońca, od picia, od jedzenia czy od głupich komentarzy. Za wszystkim stoi „cała ta chemia”. Producenci trują nas przeróżnymi konserwantami, które potrafią zmienić nasz smażący się tatar w kawałek różowej opony (co za pomysł, aby smażyć tatar?), więc pewnie i raka dają.



Poza tym mamy promieniowanie, azbest i różne inne mniej lub bardziej znane specyfiki, które skutecznie zapędzą nas na onkologię. I o jednych z nich dzisiaj opowiem, o związkach zwanych PAH, na które nieświadomie możemy być narażeni, na przykład w trakcie odprężającej nocy sylwestrowej z Tomb Raiderem. W przypadku zainteresowania tematem mogę porwać się na opisanie innych związków występujących w produktach codziennego użytku.

Parę słów o mnie. Wykonuję jedną z nudniejszych prac dzisiejszych czasów: pracuję w biurze w korporacji. Pomyślałam jednak, że mimo braku szalonych przygód, może kogoś zaciekawi mój świat. Mam swoje miejsce w dziale kontroli jakości. Jeśli przy używaniu pewnych produktów (choć nie zdradzę jakich) bywa, że krew wam pulsuje w żyłach i zastanawiacie się „kto to testował?!”, mogę wam odpowiedzieć: ja. No dobra, nie do końca. Jak już wspomniałam, nie brudzę sobie rąk. Nie zajmuję się sprawdzaniem funkcji czy wytrzymałości towaru. To nie moja wina, że coś czasem nie działa. Z mojej winy możecie ewentualnie dostać tego raka. Odpowiadam za bezpieczeństwo produktu ze względu na jego zawartość chemiczną. Siedzę w aktach prawnych po uszy, więc jestem niemal radcą prawnym mojego działu. Tyle że nie skończyłam prawa i nie pijam sojowego latte. Oceniam ryzyko danego produktu dla użytkownika i gdy trzeba, to zlecam laboratorium chemicznemu oznaczenie odpowiednich związków chemicznych, zależnych od typu materiału i zastosowania. Brzmi nudnie? Po części jest. Zwyczajna praca biurowa. Nie ma tu dzikich klientów czy absurdalnych wydarzeń, o których można wypisywać pasty. Chociaż zdarzają się rzeczy wyprowadzające z równowagi: nieogarniający rozporządzeń europejskich dostawcy lub, co gorsza, inspektorzy, nielogiczne akty prawne czy też sytuacja wzbudzająca najwięcej emocji: kiedy odkryjemy, że wprowadziliśmy na rynek produkt, którego zdecydowanie nie powinniśmy sprzedawać.

Trochę o drodze do ograniczeń prawnych UE

O dyrektywach i rozporządzeniach UE można by napisać epopeję. Słysząc o zapisach pokroju ślimaka będącego rybą czy odpowiedniej krzywiźnie banana można być zdumionym kreatywnością urzędników Komisji Europejskiej i zastanawiać się, ile mają czasu wolnego. A jak to jest z ustawami dotyczącymi substancji i wyrobów chemicznych oraz chemikaliów w produktach? Czasem podobnie, ale w sumie nie o tym chciałam pisać. Patrząc na historię widać, że osiągnęliśmy etap lewackiego Sokratesa: przezorni zawsze ubezpieczeni wiemy, że nic nie wiemy. Odkrycia takie jak promieniowanie i związane z nimi ludzkie tragedie doprowadziły do tego, że o ile nie znaleźliśmy jakiejś luki prawnej, to umieszczenie czegokolwiek nowego na rynku trwa długie lata. Wszystko co nieznane jest potencjalnie niebezpieczne i trzeba to przetestować. Badania kosztują tyle pieniędzy, że pomysły na innowacyjne produkty mogą zostać zrealizowane właściwie tylko przez wielkie koncerny. Mowa tu o producentach. Mamy jeszcze importerów i dystrybutorów, którzy umieszczają na rynku produkty przecież wcale nie nowe, ale gdzieś już istniejące, więc powinny być bezpieczne. Nie wszystko jednak, co jest w sprzedaży, zostało przetestowane. Poza tym środowiska naukowe odkrywają coraz to nowe rzeczy. Jakiekolwiek podejrzenie o toksyczności jakiegoś związku prowadzi do restrykcji w prawie. Firmy muszą wciąż szukać alternatywnych rozwiązań, używać związków lepiej zbadanych i mniej toksycznych. Jako że czasy badań toksykologicznych na ludziach dawno za nami (nie liczę badań klinicznych leków), pozostało testowanie na zwierzętach, komórkach czy komputerach. To że dany związek w jakimś stopniu jest toksyczny w tych testach niekoniecznie oznacza, że jest toksyczny dla organizmu ludzkiego. Ale tego nie wiemy. Przewidujemy, jaki będzie efekt na ludziach. Zbieramy wszystkie możliwe dane, uwzględniamy różnice międzygatunkowe, wielkość populacji i szereg innych czynników i wyliczamy tak jak najlepiej umiemy dawkę danego związku chemicznego wpływającą negatywnie na nasze zdrowie i jeśli ona jest wystarczająco niska (mniejsza niż narażenie środowiskowe – z powietrza, wody, jedzenia, produktów konsumenckich itp.), to wprowadzamy ograniczenia na przedsiębiorców w produkcji, stosowaniu i sprzedaży tegoż to związku, aby zmniejszyć narażenie, mając nadzieję, że coś to da. I tak powstaje chocapic.

A jak to było z PAH?

W 2015 r. Komisja Europejska wprowadziła ograniczenia zawartość PAH we wszystkich plastikowych i gumowych częściach składowych produktów, jeśli wchodzą one w bezpośredni i przedłużony albo krótkotrwały i powtarzający się kontakt ze skórą lub jamą ustną. Na tę chwilę zabronione jest umieszczanie na rynku rzeczy, które zawierają którykolwiek z ośmiu związków z rodzaju PAH w sumie powyżej 1 mg/kg, punkt 50 w załączniku XVIII rozporządzenia REACH. Czyli w jednym kilogramie produktu nie może być więcej niż 0,0001% PAH. O takich ilościach niemających potencjalnie negatywnego wpływu na zdrowie tutaj mówimy.

Samo rakotwórcze działanie PAH nie jest niczym nowym. Zaobserwowano je już lata temu u pewnych grup zawodowych. W XVIII wieku kominiarze „cieszyli się” rakiem jąder. Sto lat później rozpowszechnił się rak skóry wśród pracujących w przemyśle węglowym. Ale dopiero na początku XX wieku ktoś przeprowadził badania w warunkach laboratoryjnych. Naukowcom udało się dać raka królikom poprzez smarowanie ich uszu smołą. Kolejne lata przyniosły już odnalezienie odpowiedzialnych struktur. Zatem w przypadku PAH mieliśmy całkiem sporo danych o rakotwórczym wpływie nie tylko na zwierzęta, ale i ludzi.

Czym jest PAH i z czym to się je?

PAH jak najbardziej się je, czy się tego chce czy nie. PAH jako produkty spalania niecałkowitego wesoło latają sobie w powietrzu (smog, papierosy i te sprawy) i przyklejają się do wszystkiego po drodze, do gleby, roślin uprawnych, zwierząt, nas. Jeśli chodzi o pokarm, to największe zanieczyszczenie PAH jest w przetworzonej żywności przygotowywanej w wysokich temperaturach (zwłaszcza grillowanej i wędzonej). Mniejsze ilości znajdują się w produktach zbożowych, ale ponieważ spożywamy je częściej niż grillowane jadło, jest to główne źródło dostarczania PAH do organizmu drogą pokarmową. Jako że PAH lubią tłuszcze, dużo z nich kryje się też w olejach roślinnych. Dlaczego akurat tłuszcze? Ma to związek z budową PAH.

PAH, z angielskiego polycyclic aromatic hydrocarbons, to wielopierścieniowe związki aromatyczne. Zbudowane są najprościej mówiąc z wielu benzenów. Może ktoś ze szkoły pamięta, że takie struktury charakteryzują się silnymi właściwościami hydrofobowymi, czyli odpychają od siebie wodę (i tym samym słabo się w niej rozpuszczają). Tu posłużę się strasznym uproszczeniem: jeśli słabo rozpuszczają się w wodzie, to dobrze rozpuszczają się w tłuszczach, a jeśli dobrze rozpuszczają się w tłuszczach, to dobrze rozpuszczają się w nas. Substancje dobrze rozpuszczalne w wodzie są wymywane z organizmu, te słabo wymagają większej obróbki metabolicznej i mogą być magazynowane w tkance tłuszczowej. Dzięki temu np. mamy zapasy witamin A, D, E i K, ale też składujemy w sobie cały szereg innych chemikaliów, na które jesteśmy narażeni. To dlatego m.in. nagły duży spadek wagi albo stres może nas zabić – jeśli nagromadziliśmy w tłuszczu toksyny, zostaną one uwolnione do krwi. Taka ciekawostka: THC z konopi też odkłada się w tłuszczu. Przy dużym wysiłku fizycznym lub stresie (np. gdy macie wypadek samochodowy) badanie krwi może wyjść fałszywie pozytywne, nawet jeśli ostatni raz jaraliście parę tygodni wcześniej w Amsterdamie.

W przypadku wielu chemikaliów ich „życie” wśród nas rozpoczyna się wraz z odkryciem ich wspaniałych właściwości oraz rozpoczęciem wydobycia albo powszechnej syntezy. Rozwija się szalona produkcja i chemikalia są wszędzie. Ale to nie było do końca tak, że PAH nagle przyszło z człowiekiem (choć człowiek niewątpliwie się do tego przyczynił). PAH występują naturalnie dosłownie wszędzie, na całym globie, we wszechświecie (znaleziono je nawet na kometach). Istnieje teoria, jakoby PAH były odpowiedzialne za powstanie życia, a dokładniej, że miały swój udział w syntezie molekuł RNA (kwasy rybonukleinowe przekazujące informację genetyczną z DNA na białko podczas biosyntezy białka).

Wracając do tematu, PAH są wszędzie, azbestu też jest sporo, ale różnica między jednym a drugim jest taka, że producenci chcieli azbest mieć i stosować ze względu na swoje chociażby izolacyjne właściwości, a PAH nikt nigdy nie chciał. W produktach konsumenckich są to związki uboczne pochodzące z sadzy, która jest źródłem amorficznego węgla często używanego przy barwieniu plastiku i gumy na ciemne kolory. Zatem miejcie się na baczności przy kupowaniu czarnego towaru. PAH można i wywąchać. Czujecie czasem, że niektóre produkty „zalatują” gumą, a wręcz mieszanką gumy i petów? To nie jest wcale takie normalne, że guma musi śmierdzieć. Najprawdopodobniej oznacza to obecność PAH. A np. taka opona, jeśli jest naprawdę stara (znaczy sprzed ponad 8 lat), to zawiera znacznie więcej PAH niż dzisiaj z racji używania w owym czasie przy produkcji ropopochodnych olejów-zmiękczaczy bogatych w PAH. Warto o tym pamiętać, kiedy się wpadnie na pomysł robienia huśtawki dla dziecka ze starej opony.

To co ma wspólnego PAH z graniem w gry?

Zróbmy mini ocenę ryzyka stanowiska komputerowego, żeby jakkolwiek uzasadnić tezę w tytule. Mamy: fotel, biurko, klawiaturę, myszkę i oczywiście komputer. Do tego dochodzą drobiazgi typu żelowa podkładka pod rękę, słuchawki nauszne. W najgorszym przypadku, czyli gdy wszystko jest czarne i został użyty węgiel z sadzy przy barwieniu, możemy być wyeksponowani na działanie PAH przez wszystko powyżej. Zwłaszcza słuchawki, fotel i podkładka pod rękę są przedmiotami największego ryzyka – rzeczy te dotykamy bardzo długo i bardzo pocimy. Tak PAH mogą dostać się do naszego organizmu i narobić rabanu w komórkach. Dodajcie do tego codzienne jadanie przy kompie karkówki/bakłażana z grilla, himilsbachowo popalając między kęsami, to przyszłość z rakiem murowana.

Znana marka versus nie wiadomo kto

Większe firmy tym się różnią od tych mniejszych, że mogą pozwolić sobie na dział kontroli jakości. Płacąc więcej za produkt płacimy nie tylko za to, że będzie wystarczająco długo dobrze działać, ale i za to, że został dobrze przetestowany w kwestii zawartości chemicznej i nie zawiera substancji o wątpliwym wpływie na zdrowie. Oczywiście różnie z tym bywa, i znane firmy zaliczają wtopy, więc bardziej prawdziwe jest, że płacimy więcej za większe prawdopodobieństwo, że produkt nie jest szkodliwy dla zdrowia. Nie chcę zniechęcać do zakupów na AliExpress i tym podobnych, ale wielu chińskich producentów nie zna limitów zawartości chemikaliów w Europie, co nie znaczy, że w ogóle nie testują własnego towaru, ale że może on nie spełniać norm europejskich. Jest całe spektrum chińskich producentów: od takich, co nie mają pojęcia, co sprzedają, po takich, co testują produkty lepiej niż Europejczycy. Na tę chwilę nie istnieje dobry system kontroli produktów z Chin kupowanych bezpośrednio od producentów przez Internet.

Czy jesteśmy bezpieczni?

Szacuje się, że większość narażenia na PAH odbywa się drogą pokarmową i inhalacyjnie. Czy w takim razie oznacza to, że zmarnowaliście parę minut życia, czytając o narażeniu, które i tak jest znikome przy reszcie dróg zanieczyszczeń? Nie do końca. Nie możemy powiedzieć, że dotykanie produktów, które zawierają w sobie PAH jest bez znaczenia (zwłaszcza jeśli jesteśmy małym Chińczykiem pracującym w fabryce na taśmie). I trzeba pamiętać, że wiemy, że nic nie wiemy. Przezorny zawsze ubezpieczony. Wszystko zależy od trybu życia, rodzaju organizmu i zwyczajnie szczęścia.

Lekcja z tego artykułu? Chcecie się uratować przed PAH przy zakupach klawiatury, fotela do grania i innych produktów, które będziecie regularnie dotykać? Kupujcie białe! Przynajmniej dopóki nie przeczytacie artykułu o jakichś innych nieciekawych substancjach występujących jak najbardziej w białych produktach i stwierdzicie, że to bez znaczenia. I tak umrzemy.

Źródła: 1, praca i szkoła.

Oglądany: 36318x | Komentarzy: 39 | Okejek: 173 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało