Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Niesamowite przygody Łowców Balonów, czyli produkt zastępczy do dekoracji sali na studniówkę

55 995  
393   60  
Macie tak, że czasami nachodzi Was wspomnienie jakiejś Waszej spektakularnej wtopy, które powoduje u Was chęć natychmiastowego zapadnięcia się pod ziemię? Ja mam. A moja wtopa była tak katastroficznie zjawiskowa, że postanowiłem się nią z Wami podzielić.


Działo się to dawno temu w jednym z liceów w jednym z ówczesnych miast wojewódzkich. Za tak zwanej komuny. Tak, jestem stary. Wiecie, jak to jest być tym jedynym "plastycznie uzdolnionym" uczniem w szkole? Np. wyrywają Was w połowie lekcji do gabinetu dyrektora, po drodze gorączkowo próbujecie się domyślić za co tym razem będzie opiernicz, a na miejscu okazuje się, że "Raind, ty podobno umiesz malować? To namaluj nam parę obrazków do szkoły, co? Powiesimy je na ścianach, ładnie będzie".

No właśnie. Tak było i tym razem. W połowie którejś z lekcji wpada do klasy jakieś dziewczę i woła od progu: "Raind do dyrektora! Natychmiast!". No to idę, zastanawiając się o co może chodzić tym razem.

- Raind, idzie studniówka, a ty podobno umiesz malować, to i może zaprojektowałbyś wystrój auli, co? - zagaił dyro.

Przeczuwając piętrzące się kłopoty, powiedziałem w duchu do siebie "Nie ma, kurde, mowy!", jednak to, co wyleciało z moich ust ku mojemu zdziwieniu zabrzmiało zupełnie jak "Nie ma sprawy, panie dyrektorze".

- No to pięknie - odparł dyro. - Idź do pani od plastyki, ona da ci potrzebne rekwizyty. Nara.

Rekwizytami tymi były: dwa wiosła, cztery żagle od żaglówek, trzy koła ratunkowe i duża sieć, podobna do rybackiej. No sali balowej w stylu Ludwika XIV to się z tego niewiele dało zrobić. Gwałtownie powstrzymując rozbuchane konie mojej kreatywności uznałem, że wystrój będzie w stylu - za Chiny nie zgadniecie - marynistycznym. Pod sufitem rozwiesi się żagle, pod nimi rozepnie sieć, na sieć wrzuci się pokaźną ilość kolorowych balonów, wiosła i koła ratunkowe pierdyknie na ścianach i będzie git. Łatwizna. Podzieliłem się koncepcją artystyczną z nauczycielką plastyki, dostałem budżet i z kilkoma kumplami ruszyłem na miasto w poszukiwaniu balonów.

I w tym momencie młodszej części Szanownych Czytelników wyjaśnić muszę, że w 1989 roku kupienie czegokolwiek, co nie było paczką zapałek lub butelką octu graniczyło z cudem. A o dobrach tak luksusowych jak kolorowe balony można sobie było jedynie pomarzyć, czego wcześniej w przypływie twórczego szału nie wziąłem pod uwagę. Tak więc dzielna grupa Poszukiwaczy Balonów (wiem, o czym właśnie pomyśleliście, świntuszki!) zeszła pół miasta, empirycznie potwierdzając słuszność powyższej tezy - balonów, tego jakże technologicznie zaawansowanego produktu rodzimego przemysłu gumowego, nie można było dostać za żadne skarby. Dupsko blade.

I w tej właśnie chwili otarłem się o krawędź geniuszu (jak myślałem wtedy), lub skrajnej głupoty (jak sądzę teraz).

- Panowie, jest wyjście! - zakomunikowałem. - Idziemy do apteki i kupujemy od cholery prezerwatyw. Podświetli się to na tej sieci kolorofonami i będzie git.
(Kolejne wyjaśnienie dla Młodszych Czytelników: Kolorofon to taki dyngs, co mrygał trzema różnokolorowymi światełkami w rytm muzyki. Z niewiadomych mi bliżej powodów, w przeciwieństwie do balonów i mięsa bez kości, można je było wtedy kupić w każdym sklepie z kolorofonami. Dobra, kłamię, nie było sklepów z kolorofonami).

Tak, dobrze przeczytaliście - miałem na myśli prezerwatywy. Reakcja kumpli na ten błyskotliwy pomysł była mieszana.

- Porąbało cię? - powiedzieliby, gdyby już wtedy wiedzieli, że cała ta historia będzie kiedyś spisana na szacownych łamach Joe Monstera. W rzeczywistości użyli nieco innego słowa. - Przecież nikt nie pozwoli nam na udekorowanie sali balowej kondonami.

To nie błąd. Tak się wtedy mówiło. Przez "n".

- Chłopaki - perorowałem - przecież nikt nie zauważy. Studniówka w sobotę, w piątek wieczorem się je nadmucha, wrzuci na siatkę, podświetli światełkami, będzie git.

Nie wiem, czy ujął ich mój twórczy zapał, czy, tak jak ja, mieli chwilowe zaćmienie umysłowe - w każdym razie zgodzili się. Udaliśmy się więc do najbliższej apteki celem nabycia drogą kupna większej ilości prezerwatyw marki Stomil. Innego wyboru nie mieliśmy, to był jedyny rodzaj prezerwatyw dostępny wtedy na rynku. Stanęliśmy w kolejce, zawzięcie dyskutując o tym, jaka ilość gumek będzie wystarczająca. Treść tej ożywionej rozmowy musiała dotrzeć do uszu pewnej starszej pani stojącej za nami. Można to było wywnioskować po jej wytrzeszczonych oczach i opadniętej szczęce. Kolega, który stał przed nią, pochylił się i wyszeptał konfidencjonalnie:

- Bo wie pani, to na studniówkę.

Informacja ta, skądinąd prawdziwa, dziwnym trafem nie uspokoiła staruszki, która nadal wyglądała, jakby zaraz miała dostać wylewu, choć teraz zdecydowanie bardziej.

- Słucham panów - głos aptekarki przerwał zawisłą nagle w powietrzu ciszę.

- Bo my, yyy... chcieliśmy kupić yyy... to, no... kon... prezerwatywy chcieliśmy kupić - wydukał kumpel, który okazał się nie takim chojrakiem, za jakiego go wszyscy mieli.

- Tak? A ile? - aptekarka uśmiechnęła się pod nosem

- Yyy... wsz... wszystkie - wysapał Niechojrak.

- Ale jak to wszystkie? - oczy aptekarki nagle zrobiły się okrągłe.

- No tyle, ile pani ma.

Aptekarka pokręciła z niedowierzaniem głową, sięgnęła pod pulpit i wyciągnęła pokaźne kartonowe pudło wypełnione w połowie wiadomym wyrobem. I zaczęła liczyć.

- ...124, 125, 126. To wszystkie.

Niechojrak spojrzał na mnie pytająco.

- Będzie git - odparłem, bo lubiłem zwrot "będzie git".

Opuściliśmy aptekę odprowadzani pełnymi niedowierzania spojrzeniami ludności, która podczas liczenia gumek zdążyła już utworzyć za nami niemałą kolejkę.

Nadszedł piątek. Po lekcjach cała IV A udała się do auli celem zmaterializowania mojej artystycznej wizji. Gwoździem programu była oczywiście masowa hiperwentylacja spowodowana dmuchaniem "balonów". Trochę to trwało, jednak po jakimś czasie wszystkie nadmuchane gumki zostały wrzucone na siatkę. Podświetlone kolorowymi światełkami wyglądały naprawdę nieźle. Prawie jak nie prezerwatywy podświetlone kolorowymi światełkami.

Sobota. Dzień 0. Jak wiadomo, każda studniówka zaczyna się od uroczystego poloneza. W pierwszej parze dyrektor z małżonką, dalej reszta nauczycieli, a za nimi plebs, czyli przejęci wyjątkowością chwili uczniowie. Orkiestra zagrała tusz, korowód ruszył...

BUM!

Mam tę scenę przed oczami. Widzę ją dokładnie. W zwolnionym tempie. Z sufitu spada coś o bliżej nieokreślonym kształcie. Leci... leci... leci...

...i ląduje na ramieniu dyrektora.

KURTYNA.

Oglądany: 55995x | Komentarzy: 60 | Okejek: 393 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.10

19.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało