Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Dlaczego lubię od czasu do czasu przespać się 50 m pod ziemią?

41 721  
197   50  
Kawiak Jones pisze kolejny tekst dotyczący penetracji ciemnych i mokrych miejsc, a na końcu zaprosimy Was na zlot Joe Monstera pod ziemią.




Każdy z nas ma swoje ulubione miejsce, gdzie udaje się aby wypocząć i oderwać się na chwilę od życia codziennego. Jedni jeżdżą w góry, inni nad morze, a ja schodzę w czeluści Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Jak dotąd byłem tam kilkadziesiąt razy, a pod ziemią przespałem ponad 50 nocek. W poniższym artykule podzielę się z Wami moimi doświadczeniami z podziemi MRU oraz postaram się wyjaśnić, co do cholery skłoniło mnie do wypoczywania i nocowania w takim miejscu.

Wypadałoby wyjaśnić najpierw czym jest MRU - Międzyrzecki Rejon Umocniony. To system fortyfikacji wybudowany w latach 30. XX wieku przez Niemców na ich ówczesnej wschodniej granicy. Jego zadaniem była obrona najkrótszej drogi do Berlina przed ewentualną polską agresją. Cały gigantyczny projekt oczywiście nie został ukończony (jak większość jemu podobnych), ale udało się zbudować 32 kilometry podziemnych tuneli wraz z 17 podziemnymi dworcami.


Na powierzchni planowano wybudować 330 schronów bojowych (potocznie i błędnie zwanych bunkrami), z których wybudowano ponad 100. Wszystko to wybudowano bez niewolniczej pracy za pomocą lokalnych podwykonawców. Nie będę się tu jednak rozpisywał na tematy historyczno-techniczne, bo ich zgłębieniu i przedstawieniu w formie 45-minutowego filmu poświęciłem prawie rok z życia i nie ma potrzeby tego dublować.
Poniżej linki do 4 części mojej bunkrowej serii dla zainteresowanych.

Część 1, po której traficie na 3 kolejne.

Cały system podziemny podzielony jest na 3 części. Na południu znajduje się otwarta sezonowo trasa turystyczna, która od północy graniczy z Muzeum Fortyfikacji i Nietoperzy w Pniewie. Oba miejsca są jak najbardziej godne polecenia, natomiast z przyczyn oczywistych nie są celami moich „wypoczynkowych” wyjazdów. Na północ od muzeum znajduje się dziki i wilgotny odcinek północny. To właśnie tam kieruję się wraz ze swoimi znajomymi, aby aktywnie wypocząć. W ciągu 6 lat mojej bunkrowej przygody podziemia zwiedzałem sam (tylko raz, ale o tym później) i w mniej lub bardziej kameralnych grupach. Raz nawet udało mi się zorganizować imprezę na 40 osób - 50 metrów pod ziemią. Mieliśmy akumulatory z ciężarówek jako źródło światła, udało nam się również przetransportować butlę z gazem i grzybka grzewczego, bo pod ziemią potrafi być chłodno.




Wszystko to ważyło ponad 400 kg i trzeba to było znieść 30 metrów w dół po schodach i załadować na prowizoryczny wózek. Na szczęście po podzieleniu wszystkiego na 30 osób nie wychodziło wcale tak dużo. Później zostało już tylko dociągnięcie wózka prawie 5 km dalej do niedokończonego bloku wejściowego, który ze względu na swoje majestatyczne rozmiary idealnie nadawał się na imprezę na tyle osób (na mapie trasa PzW 724 - A62). Cały blok wejściowy ma 5 m wysokości, 4,6 m szerokości i - uwaga - prawie pół kilometra długości. Dodam tylko, że z zaplanowanych 5 bloków rozpoczęto budowę trzech, a ukończono tylko jeden.


Najmilej wspominam jednak wyjazdy sam na sam z przedstawicielkami płci przeciwnej. Wbrew temu, co możecie sobie pomyśleć, wizja randki (z happy endem) w totalnej ciemności opuszczonych podziemi kręci o wiele więcej dziewczyn, niż mogłoby się wam wydawać. Co odważniejsze dziewczyny zgodzą się nawet na spędzenie całej nocy sam na sam, co - nie ukrywam - jest ostatnio moim ulubionym sposobem spędzania czasu pod ziemią. Obowiązkowe wyposażenie na taki jednonocny wypad to dmuchany materac oraz koniecznie dwuosobowy śpiwór. Świeczki są jak najmilej widziane i przydatne, nawet jak nie jesteś romantykiem. Nie trzeba też martwić się temperaturą, bo dodatkowe 36,6 zaraz obok ogrzewa wystarczająco jak na podziemne warunki. Jeśli jednak byłoby chwilowo chłodniej, to można bardzo szybko się rozgrzać, a jak się postaracie, to nawet i spocić…:)


Jako że jesteśmy już przy spaniu pod ziemią, to opowiem trochę więcej na ten temat. Po pierwsze - nigdy nie spałem i nie będę tam spał sam. Uważam, że trzeba być przekozakiem, żeby samotnie wybierać się w takie miejsce z zamiarem nocowania. Nie dlatego, że tam straszy, albo że można tam dostać w zęby, ale dlatego, że w takich warunkach umysł zaczyna płatać figle.


Kiedyś spóźniłem się na imprezę i znajomi zeszli beze mnie. Przed wejściem zadzwonili, że będą czekali na dworcu Martha, więc sam do przejścia będę miał tylko 1,5 km (trasa PzW 724 - Dworzec Martha). Z sobie tylko znanych przyczyn nie czekali tam. Nie czekali też na kolejnym dworcu Dora. Miałem wtedy niezłego cykora, bo szedłem sam już ponad 3 km, a po nich ani śladu. Mimo że przechodziłem ten odcinek dziesiątki razy, to za tym razem, samemu, było tak jakby inaczej - ciągle wydawało mi się, że coś słyszę i trochę się cykałem zaglądać w boczne pomieszczenia. Oczywiście nie mogłem do nich zadzwonić, e-mail też nie wchodził w grę. Jedyne co mogłem zrobić to iść dalej i liczyć na to, że nie zmienili planu i udają się w miejsce, gdzie się umówiliśmy, czyli podziemne koszary pod PzW 732. Są tam dwa pomieszczenia, które jeszcze do niedawna można było zamknąć od środka (złomiarze ukradli wajchy i już nie można), a z desek ktoś zbił stół z ławkami.

W okolicy dworca Cezar miałem już gonitwę myśli i niezłego cykora. Szedłem sam od ponad godziny, a kolegów ani widu, ani słychu. Na szczęście tuż przed dworcem Bertha udało mi się ich dogonić. Dochodziłem do siebie parę minut, w końcu mogłem się napić i coś zjeść (z niewiadomych przyczyn nie chciałem się zatrzymywać w trasie, żeby wyciągnąć coś z plecaka). Z perspektywy kogoś, kto siedzi przed kompem i czyta ten tekst, może się to wydawać śmieszne i lamerskie, ale uwierzcie mi, że tam, samemu 50 m pod ziemią, kilka kilometrów od najbliższego wyjścia, wszystko wygląda zupełnie inaczej.


Z tą wyprawą wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. Dochodząc do podziemnych koszar rozmawiałem z kolegami i opowiadałem im o moim znajomym, z którym kiedyś często tu przyjeżdżałem, ale jakieś 2 lata temu straciliśmy kontakt. Wspomniałem go z imienia i nazwiska. I wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po otworzeniu drzwi (tych, z których niedawno złomiarze ukradli wajchy) zobaczyłem tego samego kolegę, o którym rozmawialiśmy 10 min temu. Co ciekawe, on również mnie wspominał godzinę temu. To był jeden z największych zbiegów okoliczności w moim i jego życiu - z 365 dni w roku i setek potencjalnych miejscówek pod ziemią, jakimś cudem wybraliśmy ten sam dzień i to samo miejsce na kolejny podziemny nocleg.


Jakby magii na ten wieczór było mało, to jedna z napotkanych na imprezie osób miała ze sobą stare radio firmy UNITRA, które udało mu się tak skonfigurować, że odbierało Program Pierwszy Polskiego Radia 29 metrów pod ziemią. Na moje pytanie jak to działa odpowiedział: „To proste - tangens cotanges”. Nic nie zrozumiałem, ale nie dopytywałem, bo w ruch poszła gitara i rozpoczęliśmy integrację.


Pod ziemią można również jeździć rowerem. Pomijając wysiłek związany z dostarczeniem roweru na -40 m, jest to najwygodniejszy sposób na penetrację rozległych podziemi. Nagle półtorakilometrowe odcinki prostego tunelu pomiędzy dworcami stają się okazją do rozpędzenia się do 30 km na godzinę w podziemnej rurze. Trzeba tylko uważać na nigdy nie zamknięte studzienki, bo można wylecieć przez kierownicę bez możliwości wylądowanie inaczej niż na twarzy. Poruszając się rowerem, można zjechać wszystkie dostępne miejsca w jeden dzień (ok. 25-30 km jazdy).

Według moich szacunków zobaczenie całego systemu od początku do końca wymagałoby ponad 60-kilometrowej wycieczki. I taki właśnie mam cel na ten rok: zjechać samemu cały system na rowerze. Najtrudniejsze nie będzie zmierzenie się z samym sobą, a dogadanie się z muzeum i trasą turystyczną, ale jestem dobrej myśli… bo w sumie nie mam innego wyjścia.


Poza rowerzystami, w podziemnym systemie spotkać można też nurków. Jest taki jeden zalany odcinek, który przyciąga amatorów podziemnego nurkowania z całej Polski. Można tam też pływać pontonem lub na desce. Oba sposoby wypróbowałem na własnej skórze. Osobiście milej wspominam ponton, ale nie jest to rzetelna ocena, bo na nim spędziłem walentynki 2 lata temu, odkrywając jednocześnie moc podwójnego śpiworu po raz pierwszy.
Deski też były spoko, ale były jednoosobowe. Mimo to mogłem się na nich położyć na brzuchu i wpłynąć o wiele głębiej niż pontonem. Wiem, że po przeczytaniu kolejnego zdania możecie mnie uznać za totalnego świra, ale pływanie w kieszeni powietrza 40 cm pod sufitem, kiedy pode mną są 2 metry wody, a nade mną prawie metr betonu, 40 m piachu i cała wioska (Kęszyca), to jedno z najfajniejszych wspomnień, jakie mam z MRU (no, oczywiście poza tymi randkowymi:)

Im dłużej schodzę pod ziemię, tym bardziej rozumiem, dlaczego oba muzea tak uparcie zamykają wszystkie możliwe „dzikie” wyjścia. Zdecydowana większość odwiedzających traktuje to miejsce jak śmietnik, zostawiając pod ziemią kolejne warstwy śmieci. Dodatkowo nieumiejętność odpowiedniego załatwienia się dyskwalifikuje pewne pomieszczenia do spania i biesiadowania na długie lata. Krótko mówiąc - aż wstyd tam kobietę zabrać. W związku z tym od dłuższego czasu sprzątamy pod ziemią. Zjeżdżamy się w parę osób i wybieramy cel noclegu. Po imprezie biwakujemy pod ziemią i rano wracając zbieramy śmieci. Śmieci jest jednak zawsze więcej niż worków, a posprzątane miejsca niestety bardzo szybko wracają do poprzedniego stanu.

Wiem też, że nadchodzą zmiany. Postępująca dewastacja, wandalizm i zaśmiecanie prędzej czy później skutkować będzie zalaniem betonem ostatnich możliwych wejść. Wtedy albo do systemu nie będzie się można dostać wcale, albo tylko poprzez zjazd na linie. W związku z tym jeśli ktoś planuje zejście do tego podziemnego świata, to radziłbym mu się spieszyć.

„No ale co jest takiego fajnego w spaniu pod ziemią?” może ktoś zapytać. No cóż, jakbym miał wybierać to ten moment, kiedy rano po raz pierwszy otwierasz oczy i widzisz dokładnie to samo, co przed ich otwarciem. Często będąc pod ziemią zastanawiam się, co by to było, jakby na powierzchni wybuchła wojna, a ja nawet bym o tym nie wiedział. Ale to chyba za dużo czytania Metro 2033 itp:) Bardzo cenię sobie również totalne odcięcie od telefonu - myślę, że żyjemy w czasach, kiedy niewyciąganie telefonu z kieszeni przez 16 godzin graniczy niemalże z cudem, a tak właśnie jest pod ziemią - często nie wiemy nawet, którą mamy godzinę.Spanie pod ziemią ma jednak swoje minusy, i nie chciałbym go tylko i wyłącznie zachwalać. Największym problemem jest paradoksalnie... chrapanie. Nie da się spać parę metrów od kogoś, kto leży w środku tej samej rury co my i chrapie. Nawet stopery w uszach nie pomagają, echo zwielokrotnia ten hałas i czasami naprawdę można zwariować. Potrafi być też zimno, ale to działa również na plus, zwłaszcza rano, jak trzeba wstać i maszerować parę km do wyjścia.


Cały ten system umocnień to moja pasja, będę tam jeździł tak długo, jak będę mógł. Pewnie w jeszcze większych odstępach czasu niż teraz, bo jest jeszcze tyle ciekawych podziemi do zobaczenia. Podczas przebywania tam mógłbym godzinami opowiadać o rozmaitych szczegółach technicznych, więc jeśli ktoś interesuje się historią pokazywaną na żywo, a nie z telewizora, to może się ze mną wybrać pod ziemię. Jest taka możliwość i to już w bardzo niedalekiej przyszłości.


Oglądany: 41721x | Komentarzy: 50 | Okejek: 197 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

22.09

21.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało