Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

7 zespołów, których muzycy nigdy nie pokazują twarzy

70 200  
99   88  
Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że rozpoznawalność jest dla artysty niezwykle istotna w kontekście zdobywania sławy – i, co za tym idzie, pieniędzy. Podejrzewam też, że większość trzeźwo spoglądających na świat bez wahania zdeklaruje swoją niechęć do bezrefleksyjnie uśmiechniętych twarzy gwiazd (lub, jak kto woli, celebrytów) spoglądających z okładek kolorowych czasopism i portali plotkarskich.



Tymczasem można wygładzonym PR-owo-marketingowym zasadom pokazać środkowy palec i przebić się do masowej świadomości grając na całkowicie swoich zasadach.

Anonimowość od zawsze fascynuje. Frapuje ta nuta tajemniczości, do tego podszyta odrobiną grozy – paradoksalnie, nieepatowanie twarzą może podkręcać zainteresowanie muzyką takiego twórcy. Poniżej prezentujemy kilku wykonawców, którzy na scenie (choć czasami nie tylko) postanowili schować się za maską. Wśród tajemniczych artystów postanowiliśmy nie wymieniać chociażby KaeNa, który na początku kariery rzeczywiście dość mocno się kamuflował, jednak w najnowszym etapie swojej twórczości pozbył się elementu garderoby zakrywającego twarz, nawiązując nawet do tego zabiegu w teledysku do numeru „Flashback”.



Daft Punk, czyli powstały w 1993 roku słynny francuski elektroniczny duet, autorzy hitów takich jak „Around The World”, „Harder, Better, Faster, Stronger” czy „Get Lucky”, konsekwentnie stawia na anonimowość. Trudno wyobrazić sobie jakiegokolwiek fana muzyki, który nie kojarzyłby ich charakterystycznych, futurystycznych masek. A kto tak naprawdę się pod nimi kryje? Pomimo ogromnej rozpoznawalności, nazwiska muzyków Daft Punk niewiele mówią – Guy-Manuel de Homem-Christo i Thomas Bangalter nigdy nie chcieli być gwiazdami i nie robili większego szumu wokół swojej tożsamości. Granica między człowiekiem a maszyną została w przypadku paryżan zatarta, a w jednym z wywiadów w islandzkiej telewizji muzycy wystąpili nawet w czarnych workach na głowach. Bangalter w 2006 roku decyzję o ukrywaniu się tłumaczył w rozmowie z magazynem Mixmag dwoistością natury: To pomysł bycia zwyczajnym gościem z pewnego rodzaju supermocami. Nawet w oficjalnych publicznych wystąpieniach Daft Punk nie pokazują swoich twarzy, a prawdziwym rarytasem jest wywiad z 1995 roku, kiedy to jeszcze ich image był całkowicie zwyczajny.



Na przełomie mileniów Slipknot zaszokował publiczność swoim radykalnym imidżem (dziewięciu ponumerowanych psychopatów robiących na scenie prawdziwy kocioł), a do piosenek takich jak „Spit It Out”, „Wait And Bleed” i „Left Behind” machali dynią fani mocnych brzmień na całym świecie. Przez te wszystkie lata styl autorów płyt „Iowa”, „All Hope Is Gone” czy „Vol. 3: (The Subliminal Verses)” ewoluował – zarówno muzycznie, jak i w kwestii wyglądu. Zmieniały się ich maski (których pomysłodawcą był założyciel Slipknota, perkusjonista Shawn „Clown” Crahan) i jednolite uniformy, jednak charakterystyczny styl pozostał – zestawienia ewolucji wizerunku można zresztą łatwo znaleźć w necie. Dziś grupa z Des Moines to gwiazdy światowego metalu – ich twarze są powszechnie znane, w końcu przy takiej sławie trudno byłoby uniknąć im całkowitej anonimowości. Pamiętam jednak, gdy pod koniec epoki dyskietkowej wśród małoletnich fanów metalu krążyły sklejki zdjęć (najczęściej koszmarnej jakości) prezentujące muzyków Slipknota bez maski. Także inne projekty sprawiły, że członkowie grupy nie mogli uciec od pokazania swojego prawdziwego oblicza – wokalista Corey Taylor od 1992 roku stoi też na czele grupy Stone Sour (przez kilkanaście lat grał w niej też gitarzysta Jim Root), a aktualny perkusista Jay Weinberg grał między innymi w punkowym Against Me! oraz koncertował z Bruce'em Springsteenem. Co więcej, nawet w teledysku do Slipknotowego utworu „Snuff” Taylor pokazał się bez maski.



The Residents to najdłużej działający zespół spośród wszystkich przedstawianych w tym zestawieniu – początki grupy datowane są na 1969 rok. Nie da się przejść obojętnie obok ogromnego oka z kapeluszem, które stało się znakiem rozpoznawczym kapeli zgromadzonej wokół organizacji The Cryptic Corporation, która zapewnia skupionej wyłącznie na dźwiękach grupie opiekę menadżerską i w pewnym sensie stanowi jej uczłowieczenie. Jednak odbieranie tych frapujących anonimów tylko przez pryzmat intrygującego wizerunku jest niesprawiedliwe – ich awangardowa, pozwalająca na czerpanie garściami przez kolejne pokolenia eksperymentujących (również z dragami) muzyków twórczość jest równie interesująca, co nietypowy wygląd. A kim są tak naprawdę członkowie The Residents? Tego nie wie (prawie) nikt, choć różne były podejrzenia. Z racji, że jedna z najbardziej znanych płyt grupy – „Meet The Residents” kojarzy się (zarówno w kwestii tytułu, jak i okładki) z albumem „Meet The Beatles”, dość oczywistym tropem w poszukiwaniu tożsamości Rezydentów była Czwórka z Liverpoolu – a w szczególności George Harrison. Innym z typów był frontman zespołu Primus – Les Claypool. To dość uzasadnione podejrzenie, ponieważ jeden z najbardziej inspirujących basistów świata grał ze swoją kapelą cover numeru „Hello Skinny”. Trzeba jednak przyznać, że aura tajemniczości jest na tyle intrygująca, że nie warto zbyt długo zastanawiać się nad konkretnymi personaliami. Wyglądających niczym uciekinierzy z upiornego cyrku The Residents można było zobaczyć również w Polsce – ostatni raz wystąpili na festiwalu Soundedit w Łodzi w październiku 2017 roku.



Polski metal najczęściej kojarzony jest z kapelami eksportowymi, takimi jak Behemoth czy Vader. Mniej wkręceni w temat, zapytani o najbardziej charakterystycznych przedstawicieli gatunku, mogą wymienić Acid Drinkers czy Huntera. Tymczasem jednym z najciekawszych projektów po tej mroczniejszej stronie jest blackmetalowa Mgła, obecna na scenie od 2000 roku, jednak szerzej znana dopiero w ostatnich kilku latach. W dużej mierze stało się to dzięki koncertom, które ten zespół zaczął grać dopiero w 2012 roku – po premierze albumu „With Hearts Toward None”. Równie istotny dla popularności grupy był świetny materiał z płyty „Excercises In Futility”, po wydaniu którego krakowscy metalowcy wystąpili między innymi na festiwalu Brutal Assault. Choć oficjalnie w skład Mgły wchodzi tylko dwóch muzyków – M. i Darkside, to na koncertach grupa występuje jako mroczny kwartet bez twarzy. Tożsamość spiritus movens kapeli – M. – jest jednak znana. Tajemniczy, występujący pod minimalistycznym akronimem muzyk to Mikołaj Żentara – syn słynnego, zmarłego w 2011 roku, aktora Edwarda Żentary, który wystąpił między innymi w „Karate po polsku”, „13 Posterunku”, „Wiedźminie”, a nawet „Pierwszej miłości”.



Buckethead, czyli urodzony w 1969 roku Brian Carroll, to prawdziwy kosmita. Gitarzysta jest totalnym rekordzistą, jeśli chodzi o tempo wydawania płyt – do tej pory nagrał ponad 300 studyjnych albumów, choć ta liczba zmienia się praktycznie z dnia na dzień. Dziwna, kojarząca się z Michaelem Myersem z Halloween maska i założony na głowę kubełek z KFC, spod którego wystają długie, kręcone włosy, do tego całkowicie odrealnione zachowanie oparte na stuprocentowym zaangażowaniu w swoją anonimową, niemą kreację – to dość nietypowy wizerunek jak na gwiazdę rocka. Bo Buckethead, oprócz skrajnie bezkompromisowego podejścia (wywiady, a nawet rozmowy z przedstawicielami branży prowadzi za pomocą Herbiego – nakładanej na dłoń pacynki), miał też wart odnotowania romans z mainstreamem – w 2000 roku ogłoszony został nowym gitarzystą Guns N' Roses, grając z grupą przez 4 lata i występując między innymi na festiwalu Rock In Rio. Buckethead współpracował też z takimi gwiazdami rocka, jak chociażby Iggy Pop, Mike Patton czy Serj Tankian. Na koncertach ten gitarzysta, do którego określenie „creepy” pasuje jak ulał, również nie zachowuje się przewidywalnie – prezentuje dziwaczny taniec robota, a także swoje umiejętności władania nunczaku. Buckethead tylko raz pokazał swoje „ludzkie” oblicze – na okładce albumu „Pike 13” zamieścił swoje zdjęcie z dzieciństwa, na którym widać fragment jego twarzy (choć ważniejszym elementem tej grafiki jest ojciec, do którego przytula się artysta). Oprócz tego, fani muzyka z kubełkiem na głowie na własną rękę szukają i dzielą się w necie jego starymi fotografiami – jeszcze bez charakterystycznej maski.



Eurowizja zazwyczaj kojarzy się z przesłodzonymi popowymi pioseneczkami śpiewanymi przez modnie wystylizowanych, młodych wykonawców. Tymczasem Finowie z Lordi podeszli do tematu całkowicie inaczej, prezentując w 2006 roku szokujący utwór „Hard Rock Hallelujah”. I choć ich muzyka to w gruncie rzeczy nic odkrywczego ani rewolucyjnego, to jednak robiące wrażenie stroje (wyglądające trochę niczym kostiumy orków z „Władcy Pierścieni” słuchających KISS) i groźne maski na twarzach muzyków w połączeniu z energetycznymi riffami na tyle zaintrygowały publiczność, że pozwoliły pochodzącej z dalekiego Rovaniemi grupie w cuglach wygrać festiwal. Na czele grupy od 1992 roku stoi Mr Lordi, czyli Tomi Petteri Putaansuu, który niestrudzenie unika pokazywania swojej twarzy, co oczywiście stało się pożywką dla tabloidów. Dwa fińskie brukowce, tuż po zwycięstwie swoich rodaków na Eurowizji, zamieściły stare fotografie muzyków grupy bez masek, co jednak mocno nie spodobało się czytelnikom. Jeszcze większą wtopę zanotował Daily Mail, który wrzucając zdjęcie grupy Lordi bez masek tak naprawdę opublikował jedno ze dawnych ujęć kapeli Children Of Bodom.



Muzyka Szwedów z Ghost właściwie trudna jest do sklasyfikowania. Niby to metal, ale jakiś taki... dziwny, nieco psychodeliczny. Jednak to ich wizerunek już na pierwszy rzut oka przeraża i przykuwa uwagę. Złowieszczy kardynał, umalowany niczym postać z horroru wokalista Papa Emeritus i dyrygowana przez niego grupa Bezimiennych Ghouli (Nameless Ghouls), wprowadzając atmosferę grozy i tajemniczości, wyglądają jak prawdziwi słudzy diabła. Ghost to jednak nietypowy zespół – to grupa zgromadzona wokół swojego lidera, który zresztą, dość ironicznie (i numerycznie) sugerował zmianę swojej tożsamości – od zwyczajnego Papy Emeritusa, przez Papę Emeritusa II i III, aż po Papę Emeritusa Zero. W 2014 roku personalia Emeritusa zostały jednak ujawnione. Stał za tym nie kto inny jak... Nergal, który na swoim Instagramie umieścił fotografię z Tobiasem Forge, wokalistą grup Repugnant i Subvision, podpisując ją „If you have ghosts... U have everything”, tym samym zdradzając skrzętnie ukrywaną tajemnicę. Sytuacja jeszcze bardziej stała się przyziemna, kiedy to pięciu Bezimiennych Ghouli wytoczyło proces dawnemu liderowi, czym jednocześnie zdradziło swoje dane i potwierdziło personalia wokalisty. Ale nawet ta afera nie przeszkodziła w dalszych planach wydawniczych – już po całym zamieszaniu premierę miała koncertówka „Ceremony And Devotion”. A o tym, jak Ghost lubiany jest przez gwiazdy metalu niech świadczy fakt, że James Hetfield – wokalista Metalliki – pojawiał się w koszulce z logo zespołu, był też widziany na jednym z koncertów, gdzie śpiewał ich piosenki symulując jednocześnie grę na perkusji.



Death In June to prawdziwa klasyka neofolku. Zespół, od 1981 roku dowodzony przez charyzmatycznego Douglasa P. (którego twarz można jednak bezproblemowo znaleźć w sieci), swoją działalność zakończył w 2017 roku. Przez skład przewinęło się mnóstwo muzyków, jednak rzeczą łączącą ideę towarzyszącą ich działalności była sceniczna anonimowość. Zarówno na okładkach płyt, jak i na koncertach, grupa skrywała się za demonicznymi maskami. Grupa wywoływała ogromne kontrowersje – w dużej mierze wizerunkowymi nawiązaniami do nazistowskiej stylistyki, także przez używanie oryginalnego kamuflażu z czasów II Wojny Światowej. Również tytuły utworów – takie jak „All Pigs Must Die”, „Rose Clouds Of Holocaust” czy „God's Golden Sperm” raczej nie kojarzą się zbyt pozytywnie. Podobnie jak nie dla wszystkich pozytywnie kojarzy się hasło „sex, drugs and rock'n'roll”. Douglas P., chcąc odciąć się od oklepanych schematów i szydząc z rockowego etosu, postanowił ukryć się za maską przypominającą nieco te z antycznych tragedii: Nie chcieliśmy zostać częścią zwyczajnego rock'n'rolla. Przystojni chłopcy gapiący się w kamerę, z wielkimi fiutami i IQ na poziomie miliona... To tak nie działa – tłumaczył w jednym z wywiadów. W 2006 roku premierę miał opowiadający o Death In June dokument „Behind The Mask”, którego obejrzenie może wywołać zarówno ciarki na plecach, jak i nocne koszmary.


Oglądany: 70200x | Komentarzy: 88 | Okejek: 99 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało