Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Filmy fabularne o życiu muzyków, które trzeba znać

62 110  
128   58  
Kilka miesięcy temu w sieci pojawiły się zdjęcia z planu długo oczekiwanego filmu „Bohemian Rhapsody”, w związku z czym wywiązała się dyskusja, czy grający lidera Queen Rami Malek wygląda jak Freddie Mercury. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Sasha Baron Cohen – który przecież śpiewająco zagrał w „Demonicznym golibrodzie z Fleet Street” – pasowałby do tej roli znacznie lepiej.

Nie da się jednak ukryć, że tak zasłużony zespół jak autorzy „We are the Champions” zasługuje na film oparty na swoich dziejach. W oczekiwaniu na produkcję, której premiera będzie miała miejsce pod koniec 2018 roku, postanowiliśmy przypomnieć najbardziej interesujące filmy fabularne opowiadające o życiu słynnych muzyków. Co ciekawe, w ogromnej większości przypadków nicią łączącą te wszystkie historie jest przedwczesna i tragiczna śmierć głównego bohatera.

„Control” [2007], reżyseria Anton Corbijn

Ian Curtis, wokalista Joy Division, to jedna z najważniejszych i najtragiczniejszych postaci post punka – choć takie gatunkowe zawężenie jest dla niego nieco krzywdzące. Chory na epilepsję i zmagający się z depresją muzyk popełnił samobójstwo 18 maja 1980, mając zaledwie 23 lata. O (dramatyczna) ironio, stało się to w noc poprzedzającą wylot swojej grupy na pierwszą trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych. Sam Riley (który prywatnie związał się z Alexandrą Marią Larą, odtwórczynią roli Annik Honoré, muzy artysty) zagrał Curtisa niezwykle czujnie, opanowując charakterystyczny konwulsyjny taniec do perfekcji.

Scena, w której Samantha Morton wcielająca się w żonę głównego bohatera – Deborah – przerażająco krzyczy po znalezieniu powieszonego Iana w mieszkaniu za każdym razem wywołuje gęsią skórkę – podobnie jak zaczynający się w tym samym momencie utwór „Atmosphere”. Reżyser „Control”, Anton Corbijn, doskonale potrafił odnaleźć się w muzycznym klimacie – w końcu jest autorem wielu znanych teledysków, między innymi „Enjoy the Silence” Depeche Mode, „Heart-shaped Box” Nirvany czy „Mama Said” Metalliki.


„Jesteś Bogiem” [2012], reżyseria Leszek Dawid

Nie oszukujmy się – nie jest to najlepszy film świata. Ale pomimo jego minusów, wielu kalek i scenariuszowych uproszczeń, trzeba docenić sam fakt podjęcia tematu polskiego hip-hopu na dużym ekranie. Historia Paktofoniki, naznaczona samobójczą śmiercią Magika (dwudziestodwuletni Piotr Łuszcz wyskoczył z dziewiątego piętra 26 grudnia 2000 roku, kilka dni po premierze „Kinematografii” – jedynego albumu w historii grupy), w przypadku „Jesteś Bogiem” została przedstawiona jednak bardziej jako punkt wyjścia i furtka do dalszych przemyśleń, niż dokładne oddanie dziejów autorów „Chwil ulotnych”.

Z jednej strony trzeba pochwalić twórców filmu za wierne oddanie klaustrofobicznego, górnośląskiego klimatu, z drugiej mocno przerysowane sceny (występ na otwarciu marketu, zakupy zostawione przez Magika na parkingu) sprawiają, że film Leszka Dawida należy wziąć w odpowiedni nawias. Także Dawid Ogrodnik, jeden z najciekawszych polskich aktorów z pokolenia gimnazjalnego, nie przekonuje jako Rahim – zresztą podobieństwo odtwórców głównych ról do ich pierwowzorów nie jest zbyt duże. Mimo wszystko, jeśli ktoś jeszcze nie widział „Jesteś Bogiem”, powinien nadrobić ten brak. Choćby dla dobrego rapowego przygotowania Tomasza Schuchardta, który miał niełatwe zadanie imitowania flow Fokusa, czy Marcina Kowalczyka przekonująco nawijającego najbardziej znany numer Magika.


„Sid and Nancy” [1986], reżyseria Alex Cox

O życiu i śmierci Sida Viciousa, basisty Sex Pistols, pisaliśmy TUTAJ. Jego historia opowiedziana została też w filmie z 1986 roku. Gary Oldman, który w trakcie kręcenia tej produkcji miał 28 lat (był zatem już sporo starszy od Viciousa) i, jak sam przyznawał, nigdy nie przepadał za punk rockiem, idealnie oddał neurotyczne rozchwianie ikony tego gatunku, choć sam był niezadowolony z roli, do której schudł tak mocno, że aż przypłacił to wizytą w szpitalu. Interesującą kreację stworzył też Andrew Schofield, wcielający się we frontmana skandalistów od „God Save the Queen” – Johnny'ego Rottena, któremu bardzo nie spodobało się filmowe przedstawienie jego kapeli bez konsultacji z nim samym. Kiedy pierwszy raz spotkałem Alexa Coxa, powiedziałem mu, że powinien zostać zastrzelony – napisał w swojej autobiografii wokalista ze zgniłymi ząbkami.

Na uwagę zasługuje z pewnością warstwa dźwiękowa filmu – współtwórcą muzyki do filmu był Joe Strummer z The Clash, co również bardzo nie spodobało się Rottenowi. Niezależnie jednak od jego personalnych antypatii i subiektywnych ocen, „Sid and Nancy” to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto wie, co to „Never Mind The Bollocks”.


„Skazany na bluesa” [2005], reżyseria Jan Kidawa-Błoński

Jeśli chodzi o polskie realia, telewizja nieznośnie atakuje powtórkami „Skazanego na bluesa” – Kino Polska ponownie przypomni ten obraz w lutym. Historia Ryśka Riedla z Dżemu została nieco podkoloryzowana (jak chociażby w udramatyzowanej scenie, w której syn znajduje zaćpanego wokalistę w kiblu), jednak przetarła szlaki dla rodzimej kinematografii opartej na biografiach muzyków. Niezwykle chwalony za odwagę wejścia w buty legendy polskiej muzyki był młody – bo w momencie kręcenia filmu mający zaledwie 27 lat (co za symboliczny zbieg okoliczności!) – Tomasz Kot, który na przestrzeni kilkudziesięciu minut pokazał ewolucję osoby Riedla – od obiecującego, grającego na szkolnej zabawie bluesmana, po zniszczonego heroinowym nałogiem upadłego gwiazdora rzygającego na publiczność w pierwszych rzędach.

Syn muzyka – Sebastian – mówiąc o filmie przyznawał co prawda, że całość jest zbyt mroczna, choć jednocześnie komplementował odtwórcę roli jego ojca: Świetnie to zagrał[1]. Legitymizacją dla filmu był udział prawdziwych muzyków Dżemu – w tym następcy Ryśka – Macieja Balcara oraz Pawła Bergera, który tragicznie zginął w wypadku busa swojej kapeli jeszcze przed premierą „Skazanego na bluesa”.


„Spacer po linie” („Walk the line”) [2005], reżyseria James Mangold

Perypetie Johnny'ego Casha to materiał na niezły film. Nic zatem dziwnego, że już dwa lata po śmierci największego buntownika w historii muzyki country, w kinach premierę miała produkcja opowiadająca o jego trudnym charakterze, walce z przeciwnościami losu (głównie chodzi tu o alkohol i narkotyki) i poszukiwaniu szczęścia. Grający Faceta w Czerni Joaquin Phoenix i wcielająca się w jego żonę – June Carter – Reese Whiterspoon (która za tę kreację dostała Oscara), stworzyli niezwykle zgraną i dobrze rozumiejącą się parę.

Jamesowi Mangoldowi niezwykle plastycznie udało się też oddać również klimat epoki, w której działy się wydarzenia przedstawione w filmie. Aż chciałoby się zobaczyć drugą część „Spaceru po linie”, opowiadającą o późniejszych latach Casha – przecież jeszcze pod sam koniec życia artysta potrafił zaskakiwać słuchaczy własnymi interpretacjami piosenek Nine Inch Nails czy Depeche Mode. Jeśli ktoś twierdzi, że muzyka country to bezguście dla kowbojów, czym prędzej powinien nadrobić swoje braki.


„Straight outta Compton” [2015], reżyseria F. Gary Gray

Co zrobić, żeby filmowy Ice Cube wyglądał jak Ice Cube? Zatrudnić do tej roli... syna Ice Cube'a. Patrząc na podobieństwo obu panów, od razu widać, że producenci postarali się o wiarygodne oddanie losów legend hip-hopu. Dzieje N.W.A. zostały przeniesione na kinowe ekrany w 2015 roku – „Straight outta Compton” (w tworzenie którego zaangażowali się sami jego bohaterowie – obok autora „Smoke Some Weed” producentem filmu został Dr. Dre). zainteresowało nie tylko gości w szerokich spodniach. Produkcja okazała się kasowym przebojem – zarobiła 200 milionów baksów przy jednoczesnej aprobacie widzów i krytyków, zdobywając nominację do Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny.

Co ciekawe, do czasu premiery „Straight outta Compton” przynoszącą największe dochody produkcją opowiadającą o życiu muzyków był... „Spacer po linie”. Podczas, gdy polscy raperzy przekonują, że „pościgi, strzelaniny, skurwysyny, to nie film”, to właśnie dzięki filmowi Graya możemy bezpiecznie spoglądać w stronę narkotykowych transakcji, walki na śmierć i życie przy jednoczesnym rapowym akompaniamencie Niggaz Wit Attitudes – składu, którego logo na czapeczce nosił nawet posądzany o rasizm Axl Rose.


„The Doors” [1991], reżyseria Olivier Stone

No dobra, dziś filmowa historia The Doors może wydawać się nieco naiwna, nie wywołuje też takich ciarek emocji jak w czasach nastoletnich. Ale to naprawdę solidnie podana, odpowiednio podkoloryzowana, opowieść o jednym z najważniejszych zespołów wszech czasów. Patrząc na Vala Kilmera (który w filmie dzielnie mierzył się z partiami wokalnymi) sprzed choroby nowotworowej, która zabrała mu głos, aż trudno uwierzyć, że ten okrągły pan w średnim wieku zagrał Jima Morrisona – symbol seksu przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Jak przystało na Oliviera Stone'a, jego produkcja jest zrobiona z rozmachem, jednak niekoniecznie w zgodzie z faktami, co szczególnie nie spodobało się pozostałym muzykom The Doors (którzy w napisach wymienieni zostali zresztą jako konsultanci) – perkusista John Densmore w biografii napisał, że 1/3 filmu oparta jest na fikcji. To nic, że duża część scen dość wiernie oddawała prawdziwe wydarzenia, skoro przedstawienie Morrisona jako socjopatycznego, agresywnego dupka z góry nakreśliło niezbyt pozytywny odbiór tej postaci. Ale jeśli ktoś nie wkręcał się nigdy w dyskografię zespołu dowodzonego przez Króla Jaszczura, śmiało może zacząć od soundtracku do tego filmu, na którym znajdziemy takie klasyki, jak chociażby „Riders on the Storm”, „Light My Fire” i „The End”.


Oglądany: 62110x | Komentarzy: 58 | Okejek: 128 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało