Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tym, jak raz sobie umarłem, ale po drodze coś poszło nie tak

81 508  
791   134  
To był wrzesień, a może nawet październik 2004, wróciłem do mojej chatki na kurzej łapce i wykonałem wieczorną rutynę...


Umyłem się, ogarnąłem. Dorzuciłem opału do nowego pieca i w przyjemnym ciepełku poszedłem spać. Nad ranem obudził mnie pies.

"Aza... przecież ty nie wychodzisz tak rano..." - pomyślałem.

To prawda, moja dobermanka potrafiła spać do południa, ale akurat tego dnia postanowiła mnie obudzić z samego rana. Zrzuciłem z siebie kołdrę i wstałem z łóżka. Od dziecka miałem problemy ze wstawaniem i zdarzały mi się poranne omdlenia. Tym razem rozciągnąłem się i upadłem na łóżko. Robiłem tak właściwie co rano, a lekkie omdlenia o poranku nie wprawiały mnie w zdumienie, w końcu odkąd pamiętam miałem problem ze wstawaniem.

Zwlekłem się drugi raz, stanąłem na prostych nogach i znów zwaliłem się ciężko na łóżko. No cóż, zdarza się, to normalne, nic dziwnego. Usiadłem na brzegu i zacząłem się ubierać. Przy zakładaniu spodni upadłem na twarz, tym razem na podłogę. Normalka, przecież zdarzają mi się te omdlenia. Luz. Jeszcze tylko druga nogawka i idziemy, świeże powietrze na pewno mnie orzeźwi.

Psina biegała po pokoju i skakała na drzwi wyjściowe, potem podbiegała do mnie, trącała mnie ciałem i znów biegła do drzwi. Jak nigdy, ale pewnie się opiła wody z miski, kochany mój piesek słodziutki. Całkiem ubrany wstałem i ruszyłem w kierunku drzwi. Walnąłem o podłogę, ale to przecież normalne, spoko. Wstałem, otworzyłem drzwi, wyszedłem do ganku, zatoczyłem się i otworzyłem drzwi wyjściowe z domu. Pies wybiegł.

Sam, trzymając się barierki, zszedłem w tej porannej malignie na chodnik, zboczyłem na trawnik i poszedłem wysikać się pod krzaczkiem, a co. To przecież całkiem niegłupi pomysł, ssaki tak robią, że po przebudzeniu oddają mocz, w końcu dlaczego psy rano budzą właścicieli.

Doszedłem do granicy działki, przyjemnie zawirowało mi w głowie, oparłem się o siatkę i sięgnąłem do rozporka. Moją twarz przywitał trawnik, ale wstałem z uśmiechem, poranne omdlenia przecież się zdarzają, to normalne. Oparłem się na siatce i wreszcie się wysikałem. Odwróciłem się na pięcie i miałem wracać do domu, ale po drodze miękki trawnik znów przywitał moją gębę i tym razem postanowiłem sobie nieco dłużej poleżeć w trawie. Słońce już wzeszło, było miło i przyjemnie, miękka trawa mnie tuliła, ciepłe promyki muskały moją skórę, a ja sam czułem przyjemne ciepełko, które rozchodziło się teraz po moich nogawkach.

- He, he, he, ciekawe, gdzie jest pies, jakoś nie wraca, he, he, he, pewnie się bawi, o jejku, jak mi przyjemnie - krążyło mi po głowie.

Leżałem w krótko skoszonej trawie i cieszyłem się budzącym się nowym dniem. Sielanka, piękno, cudowne uczucie. Podniosłem głowę. Suka waliła łapami w drzwi w domu obok.

- Ojej! Przecież ona ich obudzi! To nieładnie! - zdążyłem pomyśleć, ale miłe emocje zawładnęły znów moim umysłem, w tej chwili było tak idealnie. Nie przejmowałem się niczym.

Zerknąłem jeszcze raz na dom obok, pies walił w drzwi i rzeczywiście ktoś się obudził, bo zobaczyłem, że ktoś rozsuwa firanki i po chwili w oknie pojawiła się przerażona twarz. Dziwne, ale w tym momencie było tak pięknie, że wcale mi to nie przeszkadzało, bo przecież słonko było takie cudowne i ciepełko takie miłe.

Kilka sekund później usłyszałem krzyk z wnętrza domu "dzwoń po karetkę", po chwili drzwi się otworzyły, pies ucichł i podbiegł do mnie mój ojciec.

He, he, ciekawe, po co tak biegnie, przecież jest tak fajnie, co on taki zdenerwowany? Mógłby cieszyć się tym dniem, jest tak cudownie...

- Synek, wstawaj, pomoc już jedzie, chodź.

He, he, ciekawe, jaka pomoc, przecież jest tak super fajnie, że nie trzeba się tym z nikim dzielić, sami sobie poradzimy z tym szczęściem.

- Chodź - wycharczał w napięciu.

Podniósł mnie z trawy i zaczął mnie prowadzić. Zupełnie nie wiem po co, bo przecież na zewnątrz było naprawdę przyjemnie i słonko i ciepło w nogawki. Zaprowadził mnie do siebie do domu i usadził w fotelu. Pomógł mi zdjąć spodnie.

- Zawsze sikasz przez zapięty rozporek? - mógł tak spytać, ale akurat nie spytał, bo chyba był czymś wystraszony. Zabrał więc moje zasikane spodnie i dał mi swoje własne. Powiedział tylko, żebym siedział w fotelu i że karetka już jedzie.

Tylko że po co mi karetka, jak tak zajebiście się czuję? Hy, hy... Było świetnie, świat nawet troszeczkę sobie wirował, fotel był miękki i ciepły, nowe spodnie takie świeże i pachnące, żyrandol tak bardzo nie świecił, a w ogóle to dywan jaki we wzorki!

Cyk! Nagle w pokoju pojawili się ratownicy.
Cyk! Nagle byłem w karetce.
Cyk! Nagle wjeżdżałem na SOR1.
Cyk! Nagle było bada... nie. Nie, nie wiem, czy było badanie, coś chyba było.
Cyk! Nagle odzyskałem przytomność i poczułem skurwysyńsko wielki ból w głowie. Tak wielki, że z miejsca machinalnie i bez kontroli zacząłem krzyczeć i w trakcie tego krzyku otworzyłem oczy. Byłem na szpitalnej sali. Krzyczałem bez pamięci, ból rozrywał czaszkę, czułem, że zaraz eksplodują mi gałki oczne, bo oczy wychodziły z orbit, a ja krzyczałem najmocniej jak mogłem i kiedy od tego wszystkiego ból zaczął narastać, to znów straciłem przytomność i odpłynąłem w nicość.

Kolejny raz się wybudziłem i znów zacząłem drzeć się z bólu - coś się stało, ktoś wymiotował, kogoś reanimowano - znów zniknąłem. Potem znów wróciłem, znów krzyczałem - kogoś wywieziono z prześcieradłem na twarzy - znów gasnąłem i tak w kółko.

Po jakimś czasie ból był na tyle znośny, że byłem w stanie otworzyć oczy bez krzyku. Uniosłem się lekko na łóżku. W ręce wenflon, w nosie tlen, na łóżkach obok dwóch mężczyzn ze trzy razy starszych ode mnie.

- Przepraszam...
- Cześć, młody. Za co przepraszasz?
- No że tak się darłem.
- Co?
- No że krzyczałem.
- Nic nie krzyczałeś.
- Nie krzyczałem?
- Nie, ja tu jestem od wczoraj. Podobno przywieźli cię dwa czy trzy dni temu i leżałeś tylko. Czasem otwierałeś oczy i znowu zasypiałeś, nie krzyczałeś nic.

Wtedy zrozumiałem, że ból był tak skurwysyńsko silny, że ja tak naprawdę byłem nim do reszty sparaliżowany, a cały krzyk odbywał się tylko w mojej głowie, bo w rzeczywistości nie byłem w stanie nawet pisnąć. Po tym odkryciu zrobiło mi się zimno i nieprzyjemnie. Od intensywnego procesu myślowego ból znów uderzył w tył głowy. To było dla mnie za dużo. Zaciskając z całych sił szczęki chciałem się położyć, ale przytomność straciłem chyba zanim zdążyłem dotknąć poduszki.

Obudziłem się kolejnego dnia, kiedy jakieś panie podawały jedzenie. Czekałem na swoją porcję, ale nie dostałem nic. Wyszły.

- Halo... przepraszam...

Chciałem je zawołać, ale były już za drzwiami... ból z kurewsko wielkiego znów wrócił na poziom "absolutne skurwysyństwo", zgasnąłem.
Konkretniej obudziłem się kolejnego dnia, kiedy podawano jedzenie.

- Ja też... - wykrztusiłem.
- Ale pan ma ścisłą, nie mogę nic dać.
- Ale ja... nic nie jadłem.
- No ale ścisła, pewnie do badań jakichś trzymają, to nie może pan jeść.
- Aha...

Ból wrócił. Zniknąłem. Obudziłem się niedługo później, spróbowałem wstać z łóżka. Na salę weszła pielęgniarka.

- O, pan wstał, to dobrze, na badanie zapraszam.
- Ale ja... - wskazałem na podłączoną kroplówkę i tlen.
- A to nic - odłączyła mnie w dwóch sprawnych ruchach.

Poszliśmy.

- Będziemy pobierać krew.
- A to ja tutaj, he, he, wenflon już mam, to proszę - poczułem przypływ dobrego humoru, bo wreszcie wstałem z łózka.
- Ale to nic nie szkodzi, bo z drugiej ręki weźmiemy.
- Aha...

Rzeczywiście, wpięła się w drugą rękę. Pobrała krew. Popatrzyłem sobie na fiolkę i trochę zakręciło mi się w głowie - sporo tej krwi. Wróciłem na salę, a następnego dnia obudziła mnie pielęgniarka.

- Zapraszam na pobranie krwi.

Poszedłem.

- No ja tu miałem wczoraj wenflon w prawej, ale braliście z lewej, a teraz mam wenflon w lewej...
- Nie szkodzi, weźmiemy z prawej.
- Aha...

To było dość wrażeń jak na jeden dzień, wróciłem do łózka i odpłynąłem. Kolejnego dnia obudziła mnie pielęgniarka

- No zapraszam na krew.

W gabinecie:
- He, he, miałem już wenflon tu i tu, pobranko stąd i stąd, to ja nie wiem jak... - tak sobie gadałem i machałem rękami i... - Aj! - W tej chwili zostałem ugodzony taką małą metalową płytką w opuszek palca.
- Dzisiaj z palca pobieramy.
- Aha...

Po tych wszystkich badaniach moje ręce wyglądały jakbym był bohaterem Requiem dla snu. Wróciłem na salę, wziąłem swoją kartę pacjenta z łóżka i zacząłem studiować. Ból w czaszce zszedł już do poziomu "kurewsko mocny" i byłem już do niego przyzwyczajony. Mimo to pokleiłem fakty z datami i przyswoiłem informacje z karty. Niedługo później pojawił się ordynator z obchodem. Popatrzył, coś tam powiedział studentom i wyszedł.
Wziąłem swoją kartę pacjenta i też wyszedłem. Na korytarzu stanąłem przed ordynatorem, postukałem palcem w kartę przypiętą do drewnianej deski i zacząłem gadkę:

- Może mi pan to wyjaśnić?
- Nooo... - wziął kartę i przez kilka sekund ją studiował - nie wiem, co mam wyjaśniać?
- No to, tutaj - znów stuknąłem palcem w kartę. - 80% karboksyhemoglobiny* we krwi po dobie od przyjęcia. Nawet nie miałem świadomości, że ktoś mnie wtedy badał, byłem nieprzytomny.
- Tak... i co by pan chciał wiedzieć?
- Dlaczego żyję.
- Hmm... - spojrzał jeszcze raz w kartę, po czym wyjrzał przez okno i zadumał się na chwilę. - Nie wiem.
- ...
- Nie wiem... hmm... dlaczego żyjesz... hmm... czasem są takie dziwne, śmiertelne przypadki, że ludzie z nich wychodzą, bo mają jakąś wielką wolę przeżycia czy coś, nie miałeś prawa przeżyć, tego się nie da wytłumaczyć. Żyjesz, bo chcesz żyć, chyba tyle.
- Serio...
- Coś jeszcze?
- Tak.
- No słucham.
- Mogę dostać coś do jedzenia?
- O kurwa, to nie dali ci jeść od tygodnia!?
- No nie.
- I wydobrzałeś? Ja pierd..., odkąd odzyskałeś przytomność, to powinieneś jeść, żeby wrócić do siebie, a wcześniej nie miałeś diety, bo nikt nie myślał, że przeżyjesz. Już ci tu skreślam ścisłą i wpisuję normalną.
- Aha... dzięki.

Jedzenie dostałem dopiero kolejnego dnia. W sumie ciekawa jest świadomość tego, że nie dostawało się pieprzonej połówki parówki i dwóch połówek kromki chleba, bo przy swoim nazwisku miało się już postawiony ołówkiem krzyżyk z rokiem i miesiącem, tylko jeszcze bez wpisanego dnia zgonu.

W ciągu dwóch tygodni w szpitalu byłem kilka razy na badaniach, dwa razy zafundowano mi ekskluzywny przejazd karetką do Tworek (najbardziej znany i anegdotyczny szpital psychiatryczny na Mazowszu), z mojej sali szpitalnej wywieziono kilka rozdętych trupów, a ja rozwiązałem 100 panoramicznych. Ból zniknął dopiero po 3 tygodniach od zatrucia, a jeśli miałbym powiedzieć, dlaczego żyję, to pewnie dlatego, że po wyjściu ze szpitala dostałem od ojca czujnik i kilka razy wietrzyłem przez niego mieszkanie.

*W badaniu po dobie wykazano 80% karboksyhemoglobiny w mojej krwi, co oznacza, że w momencie zatrucia musiało być jej o wiele więcej - pierwsze badanie nie znalazło się na karcie, bo uznano je za błąd pomiaru. Wiele osób umiera przy poziomie 60%. Przy poziomie 70% obumierają części mózgu - nieodwracalnie, więc osoby, które to przeżywają, nie wracają już do pełni sprawności umysłowej. Moje badania w Tworkach nie wykazały żadnych uszkodzeń mózgu, choć według wszelkiej sztuki byłem już mózgiem, sercem, nogami i rękami po drugiej stronie. Przy moich wynikach trzeba mnie było leczyć, ratować, ale karboksyhemoglobiny nie da się tak po prostu usunąć z krwi, więc przypadek był tak skrajny, że trzeba było przetoczyć krew, zamknąć w komorze hiperbarycznej, zapobiegać obrzękowi mózgu, wykonać całą masę działań, żeby ratować moje życie, ale wyniki były tak beznadziejne, że nikt nie chciał tego robić, bo uznano to za bezcelowe. Odłożono mnie, bym w spokoju umarł.

---

W tym wpisie nie ma żadnego morału. Tak wygląda zatrucie czadem, ale tylko jeśli ma się naprawdę zajebiście dużo farta. Jeśli jeszcze nie wiedzieliście, to już wiecie. I pamiętajcie, że mały czujnik czadu za parę stówek mógł temu wszystkiemu zapobiec. Dlatego bądźcie mądrzy przed faktem, a nie, tak jak ja, po fakcie.

Oglądany: 81508x | Komentarzy: 134 | Okejek: 791 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało