Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Z życia pracownika patrolu w centrali obsługi azylantów na Branderburgię

63 817  
295   70  
Pracowałem w obozie dla uchodźców, który był centralą obsługi azylantów na Brandenburgię. Tu urzędnicy decydowali o przyznaniu prawa pobytu i azylu dla migrantów.


Taki delikwent przechodził tu wstępne badania lekarskie, wywiad (w celu ustalenia skąd pochodzi) i oczekiwał na decyzję. Decyzja mogła zapaść po minimum 3 miesiącach. Wtedy albo nakaz opuszczenia Niemiec, albo relokacja do innego obozu lub azyl. Do tego czasu 150 euro na członka rodziny, dach nad głową, trzy posiłki dziennie, darmowa opieka medyczna i tym podobne przywileje.

W mieście były trzy miejsca, gdzie przebywali migranci. Centrala to obóz rodzinny. Odremontowane budynki dawnych koszar policji. Nowiutkie wyposażenie (łóżka, materace, kuchnie i toalety). Były tu też kontenery mieszkalne, gdzie trafiali ludzie zaraz po przybyciu, lub strefy kwarantanny dla migrantów z różnymi chorobami. Na terenie obozu był areszt dla ludzi przewidzianych do deportu. Najczęściej na tym obozie miałem służby. Drugi to obóz z kontenerami/namiotami, przeznaczony tylko dla mężczyzn. Trzeci to hotel. Dawny hotel pracowniczy lub internat (byłem tam tylko kilka zmian, więc nie dowiedziałem się o tym miejscu zbyt wiele) - 5 pięter do dyspozycji azylantów.

W rodzinnym byliśmy jedynym polskim patrolem. Z uwagi, że prawie 99% rodzin to ludzie z terenów dawnego ZSRR, poruszanie się w terenie ułatwiało nam pochodzenie (większość Czeczenów przybyła z Polski) oraz znajomość języka rosyjskiego...

#1.

Do obozu trafiła rodzinka Serbów. Dla nas wyglądali na Serbskich Romów. Brzydkie toto, więc z miejsca dostali ksywę "Diabły". Głowa rodziny okazała się kolekcjonerem. Chodzili po sklepach i kolekcjonowali różne rzeczy. W pierwszym tygodniu ukradł jakąś skórzaną kurtkę i musieli go skleić, bo zaraz po jego powrocie z "roboty" na obóz wpadły trzy radiole. Po godzince negocjacji zabrali "Diabła" na przesłuchanie. Wypuścili go na wieczór. Rodzinka dalej chadzała do sklepów kolekcjonować nowe rzeczy. Po jakichś trzech miesiącach mieli dostać nakaz opuszczenia Niemiec. Wiedzieli o tym wcześniej i wieczorem w przeddzień wyjazdu wyszli z obozu i zwiali. Zostały po nich tylko przygotowane dla nich zestawy prowiantowe na podróż.

#2.

Pewnego dnia na męski obóz wpadły cztery busy policyjne. Wyskoczyli goście na wzór naszego SPAT-u. Ruszyli do namiotu, w którym mieszkali Albańczycy. Mieli ich deportować. Tylko jak to kuchnia w cywilizowanym świecie, Albańczycy do deportu byli w dwóch namiotach, ale nikt na to nie zwrócił uwagi. Antki otoczyli jeden namiot i wyprowadzali ludków z listy. Tymczasem jeden z Albańczyków był akurat w toalecie (toalety były w osobnych kontenerach) i jak zobaczył, co się święci, poleciał do drugiego namiotu ostrzec ziomków. Policjanci zapakowali Albańczyków do wozów i już się cieszyli, przybijali sobie piątki za dobrze zorganizowaną akcję… kiedy ktoś się kapnął, że jest jeszcze jeden namiot. Ruszyli z kopyta po tamtych… Na szczęście na początku akcji policji chłopaki z naszej ekipy (na tym obozie było 5 Polaków, dwa patrole) szybko zablokowali wyjścia z kontenera i stanęli przy oknach. Policjanci mogli się cieszyć, że mieli do deportu prawie całą listę ludków. Zresztą cieszyli się też nasze chłopaki, bo połączenie Albańczycy – Czeczenii zwykle powodowało ostre zadymy.

#3.

Idziemy sobie z kolegą. Ogólnie nasze patrole miały wytyczoną trasę i chodziliśmy „po sznureczku”, odbijając punkty po kolei (Niemcy robili patrole wewnętrzne, sprawdzając budynki od środka i odbijali punkty, jak się im trafiły). Podbija do nas Niemka (nazywana „Suchą Babcią” z racji wieku i tego, że wyglądała jakby właśnie wyszła z trumny…). Idziecie w patrol? – zapytała. Kiedy przytaknęliśmy, spytała, czy może iść z nami. Akurat mieliśmy do zrobienia obchód między kontenerami, więc zabraliśmy ją ze sobą. Idziemy, gadamy. Odbijam jeden punkt i kieruję się na kolejny z tyłu kontenera (każdy budynek miał dwa lub więcej punktów umieszczonych po przeciwnych stronach, jeżeli jeden miał punkt po prawej stronie, w drugim będzie on po lewej, tak aby w czasie obchodu sprawdzić jak największą strefę), kiedy babcia mnie powstrzymuje i mówi, że minąłem punkt. Tłumaczę jej, że my odbijamy je po kolei, na co słyszę: O kur…, ale karuzela!! Babcia następnego obejścia głównego placu już nie chciała z nami robić, ale i tak miała szczęście, bo nam nocne patrole zajmowały około 18-20 km (3 pełne kółka), a jak z jednym z patroli poszedł nowy Niemiec, żeby poznać obiekt, i chłopaki go przegonili po terenie, to przed następną służbą przyniósł zwolnienie lekarskie.

#4.

Idziemy główną ulicą, niedziela albo inny wolny dzień. Z budynku, w którym mieści się szkoła, słychać krzyki. W rejonie jesteśmy trzecim patrolem. Niemcy nie reagują. Koło szkoły biegają dzieci. Podbiegają do nas i mówią „Haram”, krzyżując ręce. Kurna. Trzeba iść sprawdzić. Włazimy do budynku. Ewidentnie drze się jakaś baba. Idziemy w kierunku głosu. Ręka na mikrofonie, by w każdej chwili krzyknąć, że potrzebujemy wsparcia… Włazimy do sali i … trafiliśmy na mszę gospel prowadzoną przez jakąś Murzyńską pastor.

#5.

Nasze pierwsze służby. Nie znamy specyfiki obiektu ani zasad. Pada. Obaj z kolegą mamy z jednostki pałatki. Do auta. Zakładamy habity na siebie. Idziemy w rejon. Niemcy się z nas śmieją. Co? Pytamy i słyszymy: Żeby was nie wzięli za swoje baby, bo jeszcze was zgwałcą! (Niemcy w deszczu nie łazili. Jak padało, a musieli gdzieś iść, brali parasolki i śmigali).

#6.

Przerwa. Zjedliśmy i się jakoś tak błogo zrobiło… Szybka drzemka na krzesełku. Wchodzą Niemcy. Ja z kolesiem charczymy na popielniczkę. Zapala się światło. Niemcy na nas. Czemu siedzicie przy zgaszonym świetle? Komary – rzuciłem, wstając z miejsca.
(Niemcy truli czymś komary, więc na obozie nie było owadów).

#7.

Mróz. Wchodzimy na wartownię. Rzucam w progu: „Kalt”. Na co Siergiej (Niemiec rosyjskiego pochodzenia). Jakie kalt? 40 stopni na minusie to jest kalt!

#8.

Kręcimy obchód wokół kontenerów. Czeczeńskie dziewczynki ganiają się z chłopakami. Mówią do nas po polsku:
- Panowie, pomóżcie, oni nas wodą oblewają!
- To weźcie wiadro i oblejcie ich!
- Ale skąd wiadro?
- Pożyczcie od tamtej pani - wskazujemy ręką jedną ze sprzątaczek na obozie. Na co ona czystą polszczyzną:
- Ale ja nie oddam wiadra!

#9.

Bójka Czeczen kontra Marokańczyk. Marokańczyk chce policji. Przyjeżdżają policjanci. Czeczen zarzeka się, że nie uderzył. Kilku innych Czeczenów świadczy, że jest niewinny. Podchodzę do dowódcy: Rico! On go uderzył. Adam widział. Ten podchodzi do policjantów, którzy przesłuchiwali świadków: Polscy koledzy widzieli, że ten uderzył.
- To czemu nic nie mówili? - pyta policjant.
- Bo oni wszystko rozumieją, ale nie mówią po niemiecku.