Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Czy wiedzieliście, że w Australii zabić was może nawet mięsożerny kuzyn koali?

53 117  
207   46  
Ach, Australia. Podobno na tym kontynencie każde najmniejsze stworzonko dybie na twoje życie i czasem najbardziej nawet niewinnie wyglądająca liszka może zaserwować ci długą i niezwykle bolesną agonię.

Dziś przyjrzymy się najbardziej niebezpiecznym australijskim żyjątkom, mając jednocześnie szczerą nadzieję, że nigdy nie będziemy mieli okazji spotkać się z nimi w cztery (albo i więcej – w przypadku pająków) oczy.

Osa morska

Już sama nazwa sugeruje, bliski kontakt z tym stworzonkiem może być dla człowieka mało przyjemny. Jeśli tak nie uważacie, to przekona was pewnie inne miano, jakim określa się to zwierzątko żyjące w wodach północnego wybrzeża Australii – kostkomeduza śmiercionośna.



Meduza ta ma długie, dorastające nawet i do trzech metrów czułki, zaopatrzone w miliony komórek parzydełkowych. A kontakt z nimi jest tak niebezpieczny, że zwierzę to nie ma w naturze żadnych wrogów. No, może poza żółwiem zielonym, którego gruba skóra odporna jest na działanie parzydełek.
Ten galaretkowaty sukinsyn mógłby sobie pływać gdzieś w głębinach oceanu, prawda? Ale nie! Osa morska najlepiej czuje się na płytkich wodach, tuż koło wypełnionych ludźmi plaż. Zadaniem parzydełek jest sparaliżowanie ofiary, zazwyczaj – ryb, jednak i dla człowieka spotkanie z tą meduzą może skończyć się fatalnie. Trucizna atakuje bowiem układ nerwowy i serce jednocześnie. Duża jej dawka bez problemu zabije przedstawiciela naszego gatunku. I to w ciągu kilku minut.
Większość przypadków ludzkich zgonów na skutek kontaktu z meduzą dotyczy właśnie os morskich.

Stożek tekstylny

W Australii zabić cię może nawet ślimak! Taki na przykład stożek tekstylny słynie z pięknej skorupy, przez co jest częstym eksponatem wśród kolekcjonerów. Bestia ta jednak nie przepada za ludźmi i potrafi się przed nimi bronić. Wykorzystuje do tego malutki harpun wypełniony koktajlem z ponad stu niebezpiecznych neurotoksyn.
Jak na małego ślimaka, zwierz ten ma celność dobrego snajpera, a jego broń jest na tyle ostra, że bez większego trudu przebija się przez gumowe rękawice czy kombinezony nurków.



W zależności od gatunku, różne rodzaje trucizn znajdują się w harpunie. Niektóre zawierają nawet środek przeciwbólowy, co w sumie jest dość miłym gestem ze strony ślimaka, szczególnie kiedy będziesz dokonywał żywota w wyniku paraliżu układu oddechowego. W większości jednak wypadków ślimacza obrona skupia się na zadaniu ofierze możliwie jak najmocniejszego bólu, który będzie ją męczył przez wiele dni.
Będąc więc w Australii, nigdy więc nie podnoś z plaży muszelek i nie przytykaj sobie ich do ucha, aby sprawdzić, czy faktycznie da się usłyszeć szum oceanu...

Szkaradnica

Piękna nazwa dla pięknej ryby! W przeciwieństwie do innych niegroźnych, kolorowych rybek, ten potworek wygląda wyjątkowo paskudnie. Jakby tego było mało, większość życia spędza leżąc sobie na dnie, praktycznie niczym nie różniąc się od zwykłego, porośniętego morskimi ślimakami kamienia. Zakamuflowana szkaradnica czeka sobie na ofiarę – najczęściej inną rybę, która w odpowiednim momencie znika w jej wielkiej paszczy.



Szkaradnica udekorowana jest sporą ilością kolców połączonych z silnymi gruczołami jadowymi. Zwierz ten nie ma w zwyczaju uciekać przed ludzką stopą. W najlepszym przypadku nadepnięcie na tę rybkę kończy się ogromną męczarnią dla ofiary. Ból jest ponoć tak potężny, że niektórzy nieszczęśnicy domagają się jak najszybszej amputacji kończyny. Czasem też zdarzają się przypadki śmiertelne…

Ptasznik australijski

A oto stworzonko równie pospolite co gołąb. Mieszka sobie w lasach, ogrodach, parkach, czasem też wlezie komuś do chaty… Pewnie by się szło do tego dziadostwa przyzwyczaić, gdyby nie to, że mówimy o jednym z najbardziej agresywnych i jadowitych pająków na świecie!



Trucizna, którą dysponuje ten mały chujek jest dwukrotnie silniejsza od cyjanku i z jakiegoś powodu słabiej działa na szczury, koty czy króliki niż na znacznie od nich większego człowieka! Substancja ta atakuje układ nerwowy i po chwili od ukąszenia ofiara leży na ziemi i usiłuje zapanować nad konwulsjami.
Na szczęście w większości wypadków człowiekowi udaje się uniknąć śmierci, a w każdej aptece można kupić lek z surowicą, który w przypadku ataku ptasznika australijskiego może uratować nam życie.

Pseudonaja textilis

Wiemy już, gdzie żyje najbardziej jadowity pająk na świecie, to teraz kolej na węża. Tak, on też jest obywatelem Australii! Na szczęście ten potwór jest też dość litościwy i w większości przypadków jego ukąszenie jest suche - bydlak nie serwuje ofierze zastrzyku ze swego jadu.



Samo dziabnięcie bywa ponoć bezbolesne, co bynajmniej wcale nie jest tu plusem. Jeśli gad użyje swej trucizny, potrzebować będziemy szybkiej pomocy. W innym wypadku możemy skończyć sparaliżowani i broczący krwią z każdego otworu naszego ciała. Jeśli szybko nie otrzymamy wsparcia ze strony lekarzy, nasza australijska przygoda może skończyć się dla nas zgonem.

Hapalochlaena

Jaka śliczna ośmiorniczka! I jakie ma ładne umaszczenie! Charakterystyczne kółka na ciele tego zwierzęcia pojawiają się w sytuacji, gdy to stresuje się i ma w planach odeprzeć ewentualny atak. To stworzonko produkuje tetrodotoksynę – szalenie niebezpieczną truciznę. Objawem zatrucia jest bowiem przerwanie się przekaźnictwa elektrycznego w nerwach.



Kiedy więc wkurzona ośmiorniczka poczęstuje nas tym wynalazkiem (podobno ukłucie jest bezbolesne, więc pierwszą fazę agonii przejdziemy na nieświadomce), najpierw poczujemy osłabienie, zawroty głowy, potem dojdą problemy z oddychaniem, a ostatnich kilkanaście godzin będziemy sobie leżeć sparaliżowani i zachowując pełną świadomość umysłu, pogodzimy się z nadchodzącą śmiercią przez uduszenie.
Jeśli uda nam się wytrzymać przy życiu przez dobę, działanie tetrodotoksyny zacznie słabnąć i wyjdziemy z tej przygody cali. Jako że nie istnieje żaden lek ani odtrutka na tę truciznę, jedyne co można robić, to podjąć działania mające na celu jak najdłuższe utrzymanie ukąszonego biedaka przy życiu.

Spadomiś, czyli krwiożerczy kuzyn koali

Śliczna, puchata kuleczka, siedząca na drzewie wygląda niczym przerośnięty miś koala. Ale nim nie jest. To kawał mięsożernego drania o bardzo oryginalnym sposobie polowania. Skurczysyn siedzi sobie na drzewie i czeka na ofiarę. W odpowiednim momencie puszcza się gałęzi i spada nieszczęśnikowi prosto na łeb, momentalnie pozbawiając go przytomności. Przy wadze dochodzącej do 120 kilogramów nie jest to specjalnie trudne. Tak upolowana zwierzyna zostaje na miejscu pożarta.
Częstym celem ataków „fałszywego koali” są ludzie. Badacze zauważyli jednak, że w większości przypadków są to turyści. Ten fakt sprawił, że wysnuto teorię, jakoby zwierz ten bardziej upodobał sobie przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy nie mają… australijskiego akcentu.



Dobra, ten ostatni przykład jest totalna bujdą wymyśloną przez Australijczyków, aby strollować turystów. Udało się chyba całkiem nieźle, bo wiele osób chwyciło haczyk i dało się nabrać. Trudno się dziwić – na tym kontynencie żyje tyle wszelkiej maści potworów, że obecność drapieżnego kuzyna koali spadającego ludziom na głowy nikogo by chyba nie zdziwiła.
Jest jednak w opisie tego stworzenia ziarenko prawdy – tzw. drop bear (spadomiś) wywodzi się z legend opowiadanych przez ludy aborygeńskie. Okazuje się, że dawno temu w Australii faktycznie żył sobie taki na przykład Phascolarctos stirtoni – podobny do koali torbacz, znacznie jednak od niego większy. Wymarł on jakieś 50 tysięcy lat temu.

Oglądany: 53117x | Komentarzy: 46 | Okejek: 207 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.08

25.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało