Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Według BBC Achilles jest czarny! No i co? No i nic... w historii kina były lepsze przypadki

87 975  
216   286  
Och, jak ja uwielbiam ten jeden typ internetowego bolidupca. Człowieczek ten napina się za każdym razem, gdy na ekranie pojawi się element niezgodny z literackim/historycznym pierwowzorem.


I nie, nie chodzi wcale o zasłużoną krytykę firanek noszonych przez bohaterów „Korony królów”, tylko o kolor skóry, której posiadaczem jest aktor wcielający się w jedną z kluczowych postaci pewnego serialu. Właśnie trwa wściekłe bicie piany z powodu Achillesa, który według BBC był Murzynem.

W tysiącach polskich domów wąsy zwiększyły swoją objętość w wyniku solidnego nastroszenia się ich posiadaczy. Ale jak to? To może jeszcze konia trojańskiego zamieńmy na trojańską lamę, a Helena niech zostanie transseksualnym Latynosem z HIV-em?
Faktycznie BBC wyprodukowało serial o Troi, a jednym z głównych bohaterów jest Achilles grany przez czarnoskórego Bambo! Coś czuję, że wielu zacietrzewionych znawców kultury wysokiej padnie na serce, gdy dowie się, że jeszcze w tym roku na ekranach kin zagości kolejna już wersja historii o Robin Hoodzie. W postać Małego Johna wcieli się sam Jamie Foxx – aktor, który ma mordeczkę prawie tak ciemną jak opona w Jubilacie.



Pytanie tylko – no i co z tego? Pewnie, że wymuszona polityczna poprawność bywa absurdalnie śmieszna, ale napinanie dupy i doszukiwanie się na siłę spisku lewackiego lobby miejscami potrafi być jeszcze zabawniejsze. Szczególnie jeśli człowiek ma jako takie pojęcie o kinie i zdaje sobie sprawę, że czarny Achilles to pikuś przy takim na przykład mongolskim Johnie Waynie!
Tak zwany „whitewashing” to pojęcie, które jest równie stare co kino. Odnosi się ono do sytuacji, w których to biały aktor gra postać o innym kolorze skóry. O ile bowiem trudno zmuszać czarnoskórego aktora, aby starał się być przekonująco biały, to już w przypadku człowieka o jasnej karnacji łatwiej jest przeistoczyć w przedstawiciela innej rasy. Teoretycznie. Z praktyką to już różnie bywało…

Amerykańsko-szwedzki Fu-Manchu

Jedne z pierwszych znaczących zabiegów operacji zmiany rasy aktora na potrzeby filmu to produkcje z Warnerem Olandem - amerykańskim aktorem o szwedzkich korzeniach, który wcielał się postać m.in. azjatyckiego orędownika zła, czyli doktora Fu-Manchu. To, że postać ta zazwyczaj jest grywana przez białych aktorów nie powinno nikogo dziwić. Skośnooki doktorek w interpretacji australijskiego artysty - Oliver Peters Heggie - pojawił się już na ekranie w 1929 roku, a później postać ta kreowana była przez m.in. Christophera Lee (na zdjęciu poniżej), Borisa Karloffa i Petera Sellersa.



Warner Oland w dość przekonującym makijażu zagrał też w całej serii produkcji o chińskim detektywie Charlie Chanie. Po latach zastąpiony został przez innego nieazjatyckiego artystę – Sidneya Tolera.



Dżyngis-chan o twarzy kowboja

Gość, który niedawno obijał mordy w saloonach, archetypowy kowboj, ikona amerykańskiej popkultury – John Wayne – nagle farbuje swoją jasną czuprynę na czarno, jego oczy stają się wyraźnie skośne, a pod nosem wyrasta mu kuriozalny wąsik. Czary mary – z teksańskiego rewolwerowca ulepiliśmy władcę imperium mongolskiego! Podobno nawet w 1956 roku, po mocnym przymknięciu oka, John Wayne jako Dżyngis-chan wyglądał po prostu absurdalnie.



Ciekawostka: Film ten wywoływał raka. Nie tylko żenady, jak się niestety okazało. Zdjęcia do „The Conqueror” realizowane były na terenie poligonu testowego w Nevadzie. Odpalono tam łącznie 11 ładunków nuklearnych i miejsce to zdecydowanie nie należało do szczególnie bezpiecznych dla zdrowia ze względu na silne promieniowanie. Ekipa spędziła tam kilka długich tygodni. W efekcie u 91 osób rozwinęła się choroba nowotworowa, która posłała do piachu połowę z nich. Jedną z ofiar był zresztą sam Wayne, który długo walczył z rakiem żołądka.

A Meksykanina niech zagra tamten blondyn…

Czy postać, która zwie się Ramon Vargas mogłaby być zagrana przez kogoś innego niż krępy, ogorzały Meksykanin z gustownym wąsikiem? Otóż tak. W nakręconym sześć dekad temu filmie Orsona Wellesa osobę meksykańskiego bohatera zagrał znany z roli żydowskiego księcia Ben-Hura Charlton Heston – gość o atletycznej budowie ciała, jasnej skórze i blond czuprynie. Po naniesieniu kilku poprawek, jego wizerunek znacznie bardziej pasował do roli…



Tu też warto dorzucić nieco świeższy przykład. W oscarowej produkcji „Argo” z 2012 roku Ben Affleck wcielił się w postać Tony’ego Mendeza – oficera CIA o meksykańskich korzeniach.



Paint it black!

W starych komediach z czasów PRL-u stworzenie Murzyna było proste jak budowa cepa. Brało się pierwszego lepszego aktora i smarowało czarną pastą do butów. Prostacki zabieg – komiczny efekt. Problem w tym, że gdy ktoś zabiera się za ekranizację arcypoważnej tragedii Szekspira, to ostatnią rzeczą, jaką chce zrobić jest wywołanie uśmiechu na twarzy widzów! W 1965 roku powstał film pt. „Otello”, gdzie tytułową postać czarnoskórego Maura zagrał sam Laurence Olivier – znakomity, angielski aktor.



I co z tego, że gość miał talent, skoro przypominał Abrahama z "Alternatywy 4"?



Najdziwniejsze jest to, że mówimy już o czasach, gdy Murzyn grający pierwsze skrzypce w hollywoodzkiej produkcji nie wywoływał szczególnego oburzenia wśród widzów. Dokładnie dwa lata przed tym, jak ktoś wpadł na pomysł pomalowania Laurnece'a Oliviera na czarno, Sidney Poitier jako pierwszy czarnoskóry aktor dostał Oscara.

Francuski Winnetou

W latach 60. w Europie kręciło się całą masę spaghetti-westernów, w których większość aktorów pochodziła z Włoch. Nikomu specjalnie nie przeszkadzało, że postacie kowbojów odgrywane były przez miłośników makaronu, pizzy i kobiet z bujnym owłosieniem łonowym. Z tamtej epoki pochodzi też niemiecko-włosko-jugosłowiańska seria filmów o przygodach Old Shatterhanda i jego przyjaciela Apacza – Winnetou. W tego ostatniego przez 35 lat wcielał się francuski aktor Pierre Brice. Na kineskopach starych telewizorów typu Rubin w miarę dobrze się to oglądało. Pewnie dlatego, że nie za wiele też było widać…



A może Tilda Swinton jako stary Azjata?

W komiksie „Doktor Strange” tytułowy bohater podróżuje do Nepalu, aby odbyć trening pod okiem mądrego, sędziwego Azjaty. Kiedy jednak przyszło do realizacji filmu, twórcy doszli do wniosku, że znana z komiksowych kartek postać trąci już nieco myszką. To był taki doktor Fu-Manchu i pan Miyagi w jednym – tego typu bohaterowie już na nikim wrażenia nie robią. Producenci uznali więc, że mistrz wymaga małego „face liftingu” i… zmieniono mu płeć oraz rasę. Nie widziałem, aby jakikolwiek obrońca czystości rasowej w produktach (pop)kultury miał z tą decyzją jakiś wielki problem, a Tilda Swinton, nawet jako ogolona na zero uduchowiona mniszka, prezentuje się doskonale!



Nikogo też tyłek nie bolał, gdy Christopher Nolan dał Liamowi Neesonowi rolę arabskiego złoczyńcy - Ra’s al Ghula.

Takich przykładów moglibyśmy zebrać i kilkaset, a pewnie i tak oburzeni na czarnego Achillesa kinomaniacy rzucać się będą niczym wyjęte z wody karasie. Tymczasem ból dupy zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Zaciekłe dyskusje na Fejsuniu, pisane wielkimi literami monologi, wywody na temat upadku zachodniej kultury i postępującego murzynifikowania tego, co powinno być białe… Miejscami atmosfera jest już tak gęsta, że ze ścian spadają obrazki z wizerunkiem bladego jak kreda, jasnowłosego Jezusa o szlachetnych, słowiańskich rysach.


Oglądany: 87975x | Komentarzy: 286 | Okejek: 216 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

22.08

21.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało