Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jestem ateistą i wyjaśnię jak to jest - fakty i mity

87 042  
442   349  
Jestem ateistą i jestem z tego dumny. Trochę tak prowokacyjnie zacznę, ale dalej pokażę, dlaczego mogę tak powiedzieć. Szczególnie że jest to tekst pisany z perspektywy kogoś, kto odrzucił wiarę, a nie został od początku wychowany bez religii.



Odnoszę wrażenie, że sporo ludzi nie rozumie takiej postawy, jak i ludzi się nią kierującymi, dlatego tekst ten zamierzam poświęcić temu by wyjaśnić czym jest ten tajemniczy ateizm, szczególnie by obalić wszelkie mity, które wokół niego narosły. Będę się wystrzegał wszelkiej krytyki religii czy wiary, o ile pewne przytoczenia nie będą konieczne by dobrze wyjaśnić daną kwestię. Muszę na wstępie też zaznaczyć, że zapewne też nie każdy ateista w pełni zgodzi się z moimi wyjaśnieniami, co też wyjaśnię w dalszej części. Poza tym będę odnosił się do ateizmu jako ogólnego, potocznego pojęcia - zresztą definicja jest dosyć ogólna i powinna taka być - nie będę używał precyzyjnej terminologii, więc jak ktoś chce, to może łapać mnie za słówka, ale zaznaczam, że to raczej będzie bezcelowe.

Może na wstępie krótko opiszę swoją historię odejścia, co też jest bardzo ważne by pokazać, jak wygląda odrzucenie religii i wiary.

Odrzucenie wiary

Wychowywany byłem w chyba typowej, normalnej katolickiej rodzinie, raczej nie mogę zarzucić rodzicom, by jakoś zaniedbywali moje duchowe kształcenie. Co niedziela i święto byliśmy w kościele na mszy, w domu pielęgnowaliśmy tradycje wraz z bezmięsnym piątkiem i uzyskałem wszystkie wymagane przez młodego człowieka sakramenty, włącznie z bierzmowaniem. Jako dziecko chłonąłem wszystko jak mi wpajano, może nie wszystko rozumiałem, ale mogę powiedzieć, że naprawdę wierzyłem. Muszę wspomnieć, że był nawet w moim życiu taki okres, że sam z własnej ciekawości zabrałem się za czytanie Pisma Świętego, zaczynając od bardziej interesujących mnie fragmentów – ale przyznam też, że nie przeczytałem całego, pewnie nawet do połowy nie doszedłem. Zdaje się, że chyba właśnie ta moja wrodzona ciekawość była przyczynkiem do mojej drogi ku „zatraceniu”. W każdym razie najpierw odwróciłem się od kościoła, już nie pamiętam dobrze, ale pewnie to był gdzieś okres gimbazy, zacząłem np. kwestionować sensowność mszy – przez krótki okres nawet zacząłem sam w domu się modlić/”rozmawiać” ze stwórcą, ponieważ uważałem, że standardowe modlitwy recytowane z pamięci nie są właściwym sposobem. Przede wszystkim zdałem sobie sprawę, że msze wcale nie pomagają mi w „duchowym” rozwoju, odczuwałem je bardziej jako swego rodzaju obowiązek niż pomoc z kontaktem z istotą wyższą. Jakbym miał to porównać, to było to podobne odczucie jak święta, które straciły swoją magię jak za czasów dzieciństwa. Wraz z wiekiem zadawałem sobie coraz więcej pytań i drążyłem temat bardziej – z tego zaczynałem dostrzegać coraz więcej nieścisłości jak i sprzeczności w tym co jest nauczane, a tym co jest praktykowane, odpowiedzi lub ich brak jeszcze bardziej pogłębiały moje zwątpienie. To między innymi sprawiło, że przestałem praktykować religię, ale do porzucenia wiary skłoniły mnie inne przemyślenia. Po pierwsze im bardziej drążyłem, tym trudniej było mi dostrzec „rękę Boską” w tym, co dzieje się na świecie – ten cały wszechmogący Bóg, który ma wielki plan, który potajemnie realizuje, wydał mi się wyjątkowo pasywny w najlepszym wypadku, ponieważ wszelkie inne rozważania raczej prowadziły mnie niestety do raczej negatywnego wizerunku stwórcy. Oczywiście wciąż przyjmowałem możliwość, że się mylę i niewłaściwie rozumiem to, czego mnie uczono, jednak głównym powodem porzucenia wiary było to, że zdałem sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę jakoś nie odczuwałem obecności Boga, a przede wszystkim, że zupełnie go nie potrzebuję. Wiarę porzuciłem gdzieś w okresie liceum, ważne jest to, że nie było konkretnego momentu, który mógłbym wskazać na chwilę „odejścia” od wiary, cały proces odbywał się wraz z głębokimi przemyśleniami i rozważaniami. Uważam to za moje duże osiągnięcie, swego rodzaju wewnętrzną psychologiczną przemianę, ułożenie i zdefiniowanie swojego światopoglądu, stąd uważam, że mam prawo czuć się z tego powodu dumny. Poza tym w moim życiu nic praktycznie się nie zmieniło, jestem takim samym człowiekiem jakim byłem, gdy jeszcze wierzyłem, może z wyjątkiem tego, że bardziej się skupiam na sobie, szukając przyczyn tego, co mnie spotyka.

Po tym wstępie chciałbym przejść do omówienia mitów o ateizmie, na jakie bardzo często napotykałem, czy to w rozmowach, czy to śledząc dyskusje publiczne. Byłby to dobry temat na książkę, ale postaram się maksymalnie streszczać.

Czy ateizm to religia?

Jest to najbardziej niedorzeczna opinia o ateizmie, na jaką można się natknąć, i niestety odnoszę wrażenie, że całkiem sporo ludzi stara się przypisać ateizmowi jakieś cechy religii.

Wydawać by się mogło, że prosta definicja z Wikipedii wystarczy za wyjaśnianie, że ateizm jest po prostu odrzuceniem wiary. Nie ma żadnych ateistycznych dogmatów, rytuałów czy oddawania czci bytowi nadprzyrodzonemu. Nie jest to też wiara w nieistnienie Boga czy bogów, ani nie jest poglądem przeciwstawnym, tj. antyreligią (choć nie wyklucza ludzi np. chcących zwalczać wiarę). Jak by szukać jakiejś analogii, to można by np. porównać do ludzi zainteresowanych sportem: wierzący są jak kibice, czy to konkretnej dyscypliny sportowej, czy to jakiegoś klubu/zespołu, ale poza nimi jest jeszcze grupa, która w ogóle nie interesuje się sportem, nie potrzebuje być kibicem – w takim wypadku chyba jasnym jest, jakim absurdem byłoby doszukiwanie się kibica wśród takich ludzi.

Odrzucenie/brak wiary jest jedyną rzeczą, która łączy ateistów, stąd jest to bardzo zróżnicowana grupa, gdzie na pewno możecie znaleźć ludzi o zupełnie różnych postawach i światopoglądach. Oczywiście wiem, że wierzący podobnie różnią się między sobą, jednak dogmaty związane z wiarą naturalnie ujednolicają sporą część światopoglądu. Ta mała lecz istotna różnica sprawia, że tym bardziej chybionym jest stosowanie uogólniania w odniesieniu do ateistów i ateizmu. Stąd pewnie też wielu ateistów może polemizować z moimi słowami tutaj.
Ateizmu nie można nazwać ideologią, co najwyżej jest to postawa życiowa. W moim wypadku po prostu nie potrzebuję ani Boga, ani wiary i dobrze się z tym czuję.

A co religiami ateistycznymi?

Pewnie wielu z was pomyślało o buddyzmie, religii, gdzie przecież nie ma wiary w boga. Warto jest jednak dowiedzieć się nieco więcej o tego typu wyznaniach, ponieważ mimo braku boga taki buddyzm ma całkiem sporo istot duchowych/nadprzyrodzonych, nie wspominając już o doktrynie i rytuałach. Jak to ładnie zostało określone w naszej nieomylnej Wiki, jest to wiara nieteistyczna (nonteizm). Co byśmy nie wymyślili, nie ma wiary ateistycznej. Podobnie scjentologia mimo mylącej nazwy nie jest wiarą w naukę, a właśnie, a propos nauki...

Ale przecież ateiści wierzą w naukę

Jeśli ktoś faktycznie stawia naukę w opozycji do religii, to chyba nie rozumie ani jednego, ani drugiego. Widząc jak wielu, o ile nie trollują, zdaje się jednak podzielać takie zrozumienie rzeczy, to może wysilę się, by wyjaśnić oczywiste.
Nauka to w dużym skrócie nic innego jak opisywanie świata na podstawie obserwacji, które każdy może powtórzyć, by dojść do tych samych wniosków. Może dla niektórych mylące jest to, że są np. zwolennicy różnych teorii naukowych dotyczących jakiegoś pojęcia. Sam termin „teoria” idealnie pasuje do nauki, ponieważ pokazuje, że nie jest ona oparta o żadne dogmaty – przekładając na prosty język: naukowiec obserwuje, mierzy i z tego otrzymuje jakieś wyniki i na ich podstawie wysuwa wnioski, że wg zebranej wiedzy dane zjawisko/rzecz ma taką naturę i takie właściwości. Jest to „tylko” teoria, ponieważ wraz z postępem ktoś inny może zacząć badać to samo zjawisko i odkryć, że jednak nasza wiedza była niepełna i jednak to zjawisko ma więcej cech, albo przez niedoskonałość badań część wniosków była błędna. Czasem też na tyle mało wiemy, że to samo zjawisko badacze interpretują na odmienne sposoby i wtedy możemy mieć grupy ludzi, których przekonała któraś z tych teorii, do czasu potwierdzenia jednej z nich – w żadnym razie nie jest to wiara, chyba że w znaczeniu zaufania do rzetelności danej zespołu naukowego.

Może aby lepiej pokazać jak odległe są teorie naukowe od filozoficznych gdybań, zwrócę uwagę, że np. może nie wszyscy wiedzą, ale system GPS opiera się właśnie na teorii względności, albo że w ogóle cała elektronika cyfrowa opiera się na teorii kwantowej.

Jednak z tego co widzę to najczęściej ludzie czepiają się teorii ewolucji – jako do opozycji do kreacjonizmu. Niestety nie jest to dziedzina, o której mam szersze pojęcie, ale z tego co czytałem na ten temat, to Darwinowską teorię ewolucji raczej traktowałbym jak heliocentryczną teorię Kopernika – z tego co się orientuję, to nie wszystkie współczesne badania potwierdzają wszystko z teorii Darwina, ale ewolucja jako taka jest faktem, co najlepiej widać na przykładzie wirusów i bakterii uodporniających się na leki. I nie ma tu żadnej wiary, po prostu ufamy badaczom.

W każdym razie dziwi mnie postawa antynaukowa wielu ludzi, szczególnie że przynajmniej w wypadku postaci Boga jest on tak sprytnym tworem, którego chyba niemożliwe jest obalenie w jakikolwiek naukowy sposób – zawsze można stwierdzić, że Bóg tak chciał, taki miał plan, nawet biorąc pod uwagi pewne paradoksy logiczne. Poza tym część teorii zdaje się idealnie wpisywać dogmaty, tj. teoria wielkiego wybuchu w kreacjonizm: wierzący może dostrzeże tam rękę Boga, ja dostrzegam brak dostatecznej wiedzy do wyjaśnienia tej osobliwości. W każdym razie, wszyscy niezależnie od wyznania lub jego braku powinniśmy „wierzyć” w naukę - ona służy nam wszystkim.

Ateista powinien być zupełnie neutralny względem religii, a najlepiej zupełnie się nie wypowiadać na ich temat

Uwierzcie mi, że każdy ateista jak najbardziej chciałby nie mieć zupełnie nic wspólnego z jakąkolwiek religią, chyba że interesuje się z naukowej ciekawości, ale niestety w obecnych realiach jest to niemal niemożliwe i podziwiam ludzi, którym rzeczywiście udaje się zachować takie stanowisko. Problem w tym, że religia nadal jest zbyt mocno obecna w życiu publicznym, szczególnie ostatnimi czasy.

Przyjęło się, że wierze przysługuje jakieś specjalne taktowanie. Nie obraźcie się, ale tak naprawdę, patrząc z boku na jakąś grupę wyznaniową, dla ateisty jako zjawisko nie różni się ona zbyt wiele od innych subkultur, jak np. fanów piłki nożnej, metalowców, dresów, LGBT, cyklistów, itd., itp. Jest to grupa społeczna jak każda inna i jak najbardziej każdy ma prawo ją oceniać i komentować zachowania. Jakoś nikt nie ma problemu z tym, że komentujemy np. zachowania wegan czy studentów prawa. Tak jak uczucia religijne, tak każdy może mieć swoje uczucia związane z jego/jej światopoglądem, style życia, które również można obrazić i zdaje się, że tylko takie grupy jak wierzący czy homoseksualiści cieszą się jakimś wyjątkowym traktowaniem. W drugą stronę, jak już wcześniej wspomniałem, nie można traktować ateistów jako jednej grupy społecznej – jak najbardziej można krytykować, ale wypadałoby jednak o większe doprecyzowanie o kogo dokładniej chodzi.

Krytykujesz religię, a przecież nie znasz jej zbyt dobrze, wpierw dowiedz się więcej o niej

To nie do końca tak. Prawda, że większa wiedza na dany temat może pomóc, ale nie jest konieczna – wszystko zależy jak głęboko wchodzi się swoją krytyką. Aby coś oceniać wcale nie trzeba dogłębnie poznać danej sprawy, wystarczy świadectwo osób utożsamiających się z daną ideologią. Mnie wystarczy konfrontowanie tego, co głoszą katolicy z tym, jak postępują. Nie muszę być politologiem, by krytykować polityków, nie muszę interesować się sportem, by oceniać zachowanie niektórych grup kibiców. Tak naprawdę wszyscy popełniamy ten „grzech” i przeważnie bardzo mało wiemy o ludziach, których oceniamy.

Poza tym znając częściowo treść Biblii mogę powiedzieć, że zachęcanie ateistów do przeczytania jej jest raczej strzałem w kolano. Muszę przyznać, że dalsze zagłębianie się w treść tej księgi jeszcze bardziej negatywnie nastawiło mnie do tej religii. Jak chcecie kogoś przekonać, to róbcie to swoim postępowaniem – kieruję to do wszystkich, zarówno wierzących, jak i ateistów.

Nie wierzy, ale do kościoła chodzi

Rozumiem, że nie zdajecie sobie sprawy jak to jest, ale jak się jest jeszcze dzieckiem to, zależnie od wychowania, można czuć spory szacunek do autorytetu rodzica. Jeśli miałbym jakoś porównać to odczucie, to gdy rodzice są głęboko wierzący, przyznanie się do odrzucenia wiary jest podobne (domyślam się) do wyznania np. że jest się gejem, albo wyznania nieletniego, że miało się wpadkę podczas seksu. Co innego jak się dorośnie i zacznie usamodzielniać, przynajmniej ja dopiero wtedy poczułem odpowiednią siłę do przyznania się i mimo mojego wieku reakcja rodziców nie była zbyt przyjemna. Na szczęście z czasem wszyscy przyjęli to do wiadomości i pogodzili się ze zmianą, tak naprawdę jedyne co się zmieniło w życiu rodzinnym, to że przestałem chodzić z innymi do kościoła i odmawiać modlitwy podczas świąt.

Ateizm = materializm

To nieprawda, że wszyscy ateiści są zupełnie pozbawieni życia duchowego. Część, może większość osób faktycznie uznaje istnienie jedynie materialnego świata, jednak są ludzie tacy jak ja, którzy rozważają możliwość istnienia rzeczy niematerialnych, tj. możliwość istnienia duszy i procesu reinkarnacji. Takie rzeczy wcale nie potrzebują Boga by istnieć. Podobnie ktoś może np. wierzyć w magię czy moc Jedi – tego na pewno nikt z wierzących nie będzie chciał wiązać z religią. A przecież duchy jak i magia należą do tej samej sfery zjawisk nadprzyrodzonych, tylko że jedno jest uznawane przez wiodące religie, a inne nie. Przynajmniej w moim wypadku nie mogę nazwać tego w żadnym stopniu wiarą, a raczej rozważaniem, dopuszczaniem, że takie coś może istnieć, a nawet zastanawiam się, czy miałoby to jakieś naukowe podstawy z naszym świecie – to ważne odróżnienie od typowej wiary w duszę. Myślę, że jak już, to bardziej wierzę w doniesienia o odwiedzających nas obcych spoza Ziemi na przestrzeni dziejów, niż bym się upierał nad swoimi rozważaniami nt. duszy.

Ateizm a zasady etyczne i moralne

Była to pierwsza rzecz, jaką wygarnął nam ksiądz po kolędzie, kiedy w końcu wyznaliśmy, jak się „zatraciliśmy” (nie ja jeden w rodzinie porzuciłem wiarę). Obiecałem nie krytykować religii, więc by pokazać mój punkt widzenia tylko powiem, że na ile poznałem nauczanie Kościoła i częściowo treści Biblii, to nie uważam ich za najlepsze źródło norm etyczno-moralnych, a na pewno nie jedyne i konieczne. Odnoszę wrażenie, że niektórzy myślą, że ateiści z braku poczucia nad sobą nadprzyrodzonego sędziego i wizji kary po śmierci od razu są skłonni do mordów i gwałtów. Zawiodę was, niewierzący też wykazują szacunek dla drugiego człowieka i nie ciągnie nas z automatu do czynienia zła. Czymże się zatem kierujemy zapytacie? To proste, zasady moralne wymuszane są przez naturalną potrzebę do życia w społeczeństwie, a przede wszystkim empatię. Nawet mimo bycia raczej trzymającym się na boku introwertykiem nie mam poczucia, bym tracił empatię i by moje podejście stawało się w jakiś sposób bardziej negatywne wobec ludzi. Nigdy nie poczułem, by zwolniły się u mnie jakieś hamulce moralne, gdy porzuciłem wiarę. Musiałbym naprawdę się wysilić, by bez sytuacji zagrożenia zrobić komukolwiek krzywdę czy w ogóle jakąkolwiek przykrość.

No ale jak to? A co z tymi wszystkimi zbrodniczymi ateistycznymi ideologiami, jak np. komunizm? Dopóki nie spotkałem się z takimi zarzutami, to nie pomyślałbym, by szukać jakichś części wspólnych takich ideologii z brakiem wiary – przypominam, że sam ateizm nie jest ideologią. Ale rozumiem skąd przywoływane są te argumenty, można by tu dyskutować czy faktycznie takie ideologie wywodzą się z i czy tylko z ateizmu, albo przytaczać jak wiele zbrodni zostało popełnionych w imię boga jednego czy drugiego, licytować ile ofiar padło z działań jednych czy drugich. Ale wiecie co? Jak tak stanąć z boku i popatrzeć na cały ten spór, to jesteśmy trochę jak to pokłócone rodzeństwo, które stara się przekonać rodziców, które bardziej nabroiło. Tak naprawdę skłonności do czynienia krzywdy innym po prostu leży w naturze ludzkiej, niezależnie od tego, czy wierzy czy nie – czy religia jest lekarstwem na to zło? Przytaczane w dyskusjach przykłady pokazują, że nawet wiara nie jest w stanie powstrzymać ludzi przed okrucieństwem. Dla równowagi powiem, że znam naprawdę wielu przyzwoitych ateistów, jak i wierzących. Oczywiście tu nie potrafię być obiektywny, ale by wyjaśnić skąd mimo wszystko jednak niechęć u niektórych, jeśli nie do wiary, to na pewno do Kościoła – po prostu, przynajmniej ja osobiście uważam, jak i część ludzi, których znam, że im mniej ideologii, które można wykorzystać do nakierowania ludzi na krzywdzenie innych, tym lepiej.

Ateizm a poszanowanie życia

Powiązane z poprzednim punktem. Niektórzy sądzą, że skoro ateiści nie wierzą w życie po śmierci (udowodnijcie, że wszyscy), w tym i jakieś rozliczenie za swe uczynki w zaświatach, to na pewno nie liczą się już z niczyim życiem. Jeszcze zanim na nowo zacząłem rozważać istnienie duszy, to muszę powiedzieć, że z perspektywy kogoś, kto nie wierzy w życie po śmierci, życie innych jest również bardzo cenne, ponieważ mam świadomość, że jest ono jedyną szansą dla tych ludzi na tym świecie. Jako ateista to bym mógł podejrzewać wierzących, że dla nich mniej liczy się życie doczesne bliźnich, bo przecież zawsze istnieje jakaś droga odkupienia, szczególnie jak głoszą, jak to Bóg wybacza. Jak widzicie, takie zarzuty można z powodzeniem formułować w obie strony. Jak ktoś chce, to bez względu na to, czy wierzy czy nie, zawsze znajdzie uzasadnienie swoich działań względem życia innych.

A co do np. aborcji czy eutanazji - tu potrzebowałbym się rozpisać by wyjaśnić. Jakby traktować ateistów jako grupę, to sami są bardzo podzieleni, jeśli chodzi o ten temat.
Akceptację eutanazji najprościej mi wyjaśnić - dla mnie osobiście dużo większą krzywdę robimy człowiekowi utrzymując go sztucznie przy życiu, gdy ten chce już odejść, uważam to za bardzo egoistyczne, by zmuszać kogoś do życia dla własnego dobrego samopoczucia. Zapominamy, że człowiek jak do życia, ma też prawo do śmierci.
Sprawa aborcji zasługuje na oddzielny temat - pamiętajmy tylko, że nigdy nie jest to łatwa decyzja i nie można podchodzić do sprawy rozpatrując oddzielnie życie dziecka i matki. W dodatku dochodzi spawa określenia, kiedy można mówić o życiu dziecka - chyba większość niewierzących przyjmuje tu czas, kiedy formuje się mózg - organ, bez którego nie ma mowy o żywym organizmie naszego poziomu rozwoju.

Ateizm to taka przejściowa moda, bo to fajnie i cool być niewierzącym

Szczerze? Jeśli ktoś odszedł od wiary, bo to takie fajne i na topie, to tak naprawdę już wcześniej, jeśli w ogóle, był niewierzącym. Specjalnie na początku przytoczyłem w skrócie swoją historię, aby pokazać, że odejście z religii do ateizmu nie jest decyzją z dnia na dzień, jest to długi proces zakończony głębokim wewnętrznym przekonaniem.

Ateiści to fani multikulti, tolerancji homo, cyklistów i islamizacji Europy (ogólnie ateizm=lewactwo)

Zgadzam się – lubię jeździć na rowerze. Poza tym jasne, tylko wiara uratuje nas przed islamem, taaa. Tak naprawdę jak ateista odrzuca religie, to odrzuca je wszystkie. Żaden zdrowo myślący ateista nie chciałby, by na miejsce chrześcijaństwa wszedł islam czy inna podobna ideologia. Naprawdę, i wcale nie chcę wybierać mniejszego zła, a nawet uważam, że prawdziwy ateizm może równie dobrze skutecznie przeciwstawić się inwazji islamu czy jakiejkolwiek innej religii w danym kraju.

Jak już wspominałem, ateiści nie stanowią jednolitej grupy i mogą wśród nich być zarówno skrajni liberałowie, jak i skrajni konserwatyści. Może liberalizm zdawać się bliższy ateizmowi ze względu na to, że świeckość państwa wiąże się z większą tolerancją na różnorodność? Wiem jedynie, że sam jestem przykładem na to, że nie można wiązać ateizmu z mitycznym lewactwem. Jakbym tak zaczął wykładać tu swoje poglądy, jak bardzo krytycznie odnoszę się do poprawności politycznej czy promowania mniejszości seksualnych, to na pewno ktoś określiłby mnie różnymi epitetami, takimi jak np. homofob. Obecnie nie znam żadnego niewierzącego, którego mógłbym określić w jakimkolwiek stopniu lewakiem, na pewno są tacy ludzie, ale stawianie tu znaku równości jest po prostu błędem.

Ateiści nie powinni obchodzić świąt

Ktoś mógłby zapytać - a czemu wierzący obchodzą święta niekościelne? No właśnie, prześledźcie kalendarz i sprawdźcie ile świąt obchodzicie w ciągu roku i ile z nich jest chrześcijańska. Nawet nie trzeba wchodzić w dyskusję jakie naprawdę mają korzenie te wszystkie święta. Dlaczego składacie życzenia i wręczacie laurkę np. w Dzień Matki, dajecie prezenty w Dzień Dziecka, czemu polewacie się wodą w śmigus-dyngus, czemu robicie sobie żarty w prima aprilis, czemu wróżycie sobie w andrzejki, czemu tak wielu chce się bawić w ostatnio modny Halloween itd.? Może dlatego, że są to tradycje, które już głęboko zakorzeniły się w naszym życiu lub inne zwyczaje, które się nam spodobały i chcemy je obchodzić. Część świąt takich jak Boże Narodzenie ma część tradycyjną, która może być obchodzona bez tej otoczki duchowo religijnej. Ateista nazywa dni 24-26 grudnia po prostu świętami i traktuje je jako tradycję, podobnie jak wiele innych niereligijnych wydarzeń w roku. Poza tym niewierzący mogą przecież obchodzić różne święta wspólnie z innymi wierzącymi członkami rodziny czy znajomymi, przecież ateizm nie oznacza zerwania kontaktów ze wszystkimi wierzącymi osobami. Nie mówiąc już o takich ważnych wydarzeniach jak śluby czy pogrzeby – ktoś mógłby zapytać - a dlaczego wierzący towarzyszą rodzinie podczas np. śluby cywilnego? Poza tym kościoły są miejscami otwartymi publicznymi i każdy może tam wejść, o ile oczywiście zachowuje kulturę i szacunek dla przebywających tam ludzi i odprawianych praktyk. Może tylko dodam jeszcze, że gdyby nie rodzina, to w dniach 25-26 grudnia cieszyłbym się po prostu czasem wolnym.
Spotyka się też opinię, że ateiści nie tylko nie powinni obchodzić świąt kościelnych ale również powinni w ten dzień pracować, o ile nie jest to weekend – to ja bym zapytał, a z jakiej racji osobom wierzącym miałoby przysługiwać więcej dni wolnych w roku niż niewierzącym?

Jak trwoga, to do Boga

Tutaj może zwierzę się, że ostatnio, delikatnie mówiąc, nie szło mi zbyt dobrze w życiu i wpadłem w depresję, z której nadal jeszcze wychodzę. Może i nie uświadczyłem wyjątkowo wielkich tragedii, ale miałem wiele ciężkich chwil i mimo to ani razu nie zwątpiłem w swoje przekonania i nie próbowałem w ogóle zwracać się do jakiejkolwiek istoty wyższej, prosząc o pomoc. Podobnie w odwrotnych sytuacjach, gdy zdarzało się mi mieć dobrą passę czy trafiały się mi nieoczekiwane szczęśliwe chwile – nigdy nie dziękuję żadnej sile nadprzyrodzonej.

Temat (nie)wiary to temat rzeka i na pewno nie udało się mi zawrzeć tu wszystkich zagadnień. Starałem się opisywać tak krótko, jak tylko potrafiłem. Jeśli chcielibyście, bym coś dokładniej opisał lub lepiej wyjaśnił, to piszcie, może opracuję część drugą.
Przepraszam, jeśli któryś fragment mógł kogoś urazić i gdy jednak nie udało się mi w pełni ustrzec przed uprzedzonym tonem.
Na koniec życzę wszystkim samego dobrego i byśmy w końcu przestali się skupiać się na tym, co nas dzieli.

Oglądany: 87042x | Komentarzy: 349 | Okejek: 442 osób