Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

O tym, jak andyjski szaman uleczył umierającego Wojtka

48 551  
364   27  
Wojtek czuł się źle. Nie dość, że tylko szczęście uratowało go przed aktem seksualnym z krępym Peruwiańczykiem przebranym za kobietę, to jeszcze dopadła go jakaś paskudna infekcja. Tym samym towarzysz naszej podróży stał się idealnym królikiem doświadczalnym, na którym postanowiliśmy przetestować skuteczność szamańskich rytuałów uzdrawiających.


Kiedy jeżdżę do Peru, chętnie zabieram ze sobą znajomych. Zasada jest jedna – ja pokazuję miejscóweczki, które znam i uważam za ciekawe, ale reszta musi mi towarzyszyć w podróżach do punktów na mapie, których jeszcze nie miałem okazji zobaczyć. Tym razem dostałem zlecenie od pewnego polskiego magazynu popularno-naukowego. Za kilka groszy miałem napisać reportaż o Huaringas – tzw. „świętych lagunach” w północno-wschodniej części kraju. To jedno z tych miejsc, w których rzekomo dokonują się cuda. Położone na wysokości grubo ponad 4 tysięcy metrów n.p.m. akweny mają ponoć magiczne właściwości. Jest ich piętnaście i każdy ma inną funkcję. To trochę jak wizyta w przychodni, gdzie przyjmuje kilku różnych specjalistów.
Wystarczy zanurzyć się w lodowatej wodzie odpowiedniej laguny, aby uleczyć się z danej choroby. Akweny zamieszkiwane są przez duchy dawnych, potężnych przodków, a w procesie leczenia pomagają im lokalni szamani, którzy serwują delikwentowi cały zestaw leczniczych zabiegów – od zaśpiewów mających wybłagać u wszystkich świętych zdrowie pacjenta, po serwowanie napoju z meskalinowego kaktusa San Pedro.
Aby być świadkami cudu, potrzebowaliśmy jednak kogoś, kto by pomocy potrzebował. Półżywy Wojtek walczący z paskudną infekcją układu oddechowego był kandydatem wręcz idealnym.
Dotarliśmy do Piury – miasta położonego na północy peruwiańskiego wybrzeża. Mimo że od wyjazdu z Limy przeprawa ta zajęła nam paręnaście godzin drogi, to jeszcze nie byliśmy u ostatecznego celu naszej podróży.



Pora była dość wczesna, a już z nieba lał się piekielny żar. Toż to idealny sezon, aby rozbić się na jednej z plaż położonych w oddalonej o parę godzin drogi na północ mekki imprezowiczów – Mancorze, opić się piwska, nawciągać koksu i zabalować, jak pieprzone, pozbawione hamulców, zwierzęta! My mieliśmy jednak misję ratowania zdrowia wycieńczonego Wojtka. Od kręcącego się koło pomnika Jana Pawła II ulicznego sprzedawcy okularów przeciwsłonecznych („Oryginalne Ray-banany, señor! Dwa dolary i są pańskie!”) dowiedzieliśmy się skąd startują autobusy do Huancabamby – słynnego miasteczka szamanów. Tam mieliśmy spotkać jednego z tych uduchowionych znachorów i następnego dnia udać się w jego towarzystwie na ceremonię San Pedro.
Wszystkie andyjskie drogi wyglądają podobnie. Piękne widoki wznoszących się ponad chmury szczytów psuje nieco świadomość tego, że autobus toczy się przy krawędzi wąskiej, niezabezpieczonej barierkami drogi, z której upadek skończyłby się dla pasażera długim lotem i szybką śmiercią gdzieś kilkaset metrów poniżej. Wrażenie potęgują kamienie, które co jakiś czas zsuwają się z góry i uderzają o dach pojazdu.
Najlepiej więc skupić się na oglądaniu odtwarzanych z DVD pirackich filmów z Tomem Cruisem, wyświetlanych na kineskopowych pudłach dyndających pomiędzy rzędami siedzeń. Wojtek nie chciał uczestniczyć w seansie i przyklejony niczym glonojad do szyby autobusu wydawał z siebie smętne jęki za każdym razem, gdy autobus znalazł się zdecydowanie zbyt blisko krawędzi drogi. Chłopak oprócz żałosnych westchnień rozpaczy zmieniał też kolory. Jego twarz czasem przybierała barwę bladosiną, innym razem delikatnie zielonkawą, a niekiedy i krwistoczerwoną, z czego do rozpuku śmiał się, siedzący koło Wojtka, Grześ.



Dotarliśmy już po zmroku. Na spotkanie wyszedł nam pomarszczony jegomość w wełnianej czapeczce. To nasz szaman. Jeśli myślicie, że peruwiański curandero to czerwonoskóry, przepasany skórą z alpaki gość z pióropuszem i marakasami, to jesteście w błędzie. Tacy „duchowi przewodnicy” występują zazwyczaj w miejscach, do których przyjeżdżają żądni wrażeń gringos. Prawdziwy szaman to zwykły mieszkaniec wioski, taki lokalny uzdrowiciel, do którego przychodzą ludzie szukający pomocy. Czasem płacą mu w gotówce, czasem w żywym kurczaku, innym razem w szczerym podziękowaniu. Wyciągnęliśmy z autobusu bagaże oraz omdlewającego Wojtka i ruszyliśmy do chaty naszego curandero.
Huancabamba to jedno z tych miejsc, gdzie psy szczekają dupami, a wszystkie murki zalatują zwietrzałą uryną, ale jest tam coś pociągającego – wrażenie wszechobecnego spokoju, wznoszące się ponad miasto andyjskie szczyty i wrażenie, że dotarło się do końca mapy, a dalej nie ma już nic (jeśli byliście kiedyś w Zgierzu, to na pewno bliskie jest wam to ostatnie uczucie).
W 1480 roku, czyli parę dekad przed przybyciem Hiszpanów na tereny współczesnego Peru, wielki Inka Tupac Yupanqui podbił te ziemie i wcielił do imperium Tawantinsuyu, narzuciwszy lokalnemu ludowi inkaską religię i zwyczaje. Nieco ponad 40 lat później sytuacja powtórzyła się, gdy wparowali tam konkwistadorzy i uczynili z Huancabamby hiszpańską kolonię.
Indianie to uparty lud i mimo obecności surowego intruza, usiłującego wyplenić pogańskie zwyczaje i siłą wcisnąć tam chrześcijaństwo, nigdy nie dali się do końca stłamsić. Zamiast tego, swoje głęboko zakorzenione praktyki i wierzenia odziali w nowe szaty. I tak na przykład zwyczaj ceremonialnego odurzania się psychodelicznym naparem z kaktusa skojarzyli z postacią świętego Piotra, czyli wyciągniętego z chrześcijańskiej mitologii gościa, który otwiera przed człowiekiem wrota do niebios. Czasem roślina ta określana jest mianem Pene de Dios, czyli boskiego penisa…
Wśród lokalsów najczęściej jednak o kaktusowym napoju mówi się Huachuma albo Wachuma. W Huancabambie – stolicy andyjskiego szamanizmu, większość curanderos ma dostęp do swoich własnych kaktusowych upraw, jednak na wypadek, gdyby nagle pojawił się pacjent szukający pilnej pomocy, każdy szaman może udać się do jednego z rozsianych po miasteczku sklepów i kupić zaopatrzenie.



Zanim jednak przystąpiliśmy do rytualnego opijania się meskaliną, curandero zaprowadził nas do swojej chaty. Całe jej wnętrze ozdobione było wszelkiej maści dewocjonaliami. Na ścianach wisiały wizerunki chyba każdego katolickiego świętego, a na półkach, jedna przy drugiej, stały figurki wszelkiej maści bożych męczenników. Co jednak zaskakujące – między tymi katolickimi dewocjonaliami dało się zobaczyć też religijne figury z całkiem innych kultur – między św. Antonim a św. Martinem de Porres siedział sobie jakiś tłusty Budda, a kawałek dalej spostrzegawcze oko mogło namierzyć nieco wyblakły obrazek z Sziwą.
Szybko przekonałem się, że informacje o wyjątkowo ważnej pozycji alkoholu w andyjskim szamanizmie to wcale nie plotki. Nasz curandero posadził nas na ławie w jednym z pokojów i przez długi czas śpiewał pieśni, przywołując różnych świętych, aby ci zapewnili nam szczęście podczas dalszej podróży i pomogli Wojtkowi wrócić do świata żywych. Co jakiś czas nasz curandero robił sobie krótką przerwę i podawał nam plastikową butelkę pełną jakiegoś pieruńsko mocnego alkoholu wymieszanego z roztartymi na papkę roślinami. Zanim skończył swój powitalny obrzęd, wszyscy byliśmy już mocno zanietrzeźwieni.



Następnego dnia zostaliśmy zawiezieni do prywatnego ogrodu botanicznego naszego gospodarza. Oprócz rosnącej tam całej masy andyjskiej flory, wykorzystywanej w lokalnych ceremoniach, moją szczególną uwagę zwróciły wielkie, sięgające ok. 5 metrów kaktusy Echinopsis pachanoi, czyli właśnie legendarne San Pedro – kaktusy, które zainspirowały Aldousa Huxleya do napisania „Drzwi percepcji”. Tu na moment chciałbym przerwać mój wywód i wcisnąć dosłownie parę słów o tej roślince.
Jest ona jedną z kilku zawierających meskalinę kaktusów występujących w Andach. Co ciekawe – kaktus ten z racji na swoją wytrzymałość i stosunkowo małe wymagania świetnie nadaje się do hodowania także i w naszych, polskich warunkach. Niestety, na mocy ustawy z 2009 roku zarówno Echinopsis pachanoi, jak i jego kuzyn Trichocereus peruvianus trafiły na listę roślin, których hodowanie jest w Polsce prawnie zakazane. Z jakiegoś jednak powodu zapomniano o jeszcze jednym przedstawicielu meskalinowego rodu, czyli o Trichocereusie bridgesii – niemalże identycznie wyglądającym, również zawierającym psychoaktywną substancję kaktusie. Tego możemy sobie trzymać w doniczce bez strachu o to, że kiedyś jacyś źli ludzie kolbami w drzwi załomoczą… Jeśli temat was zaciekawił, to więcej o samym San Pedro i jego miejscu w peruwiańskiej kulturze opowiem wam jednak innym razem.



Sama ceremonia nie różni się za bardzo od rytuałów, które andyjskie ludy wykonują od niepamiętnych czasów. Pacjent pije kaktusowy napar, aby szaman mógł zajrzeć w jego duszę i w zależności od potrzeby przeprowadzić „duchowe leczenie”. Chciałbym wam napisać, że mój psychodeliczny trip był doznaniem niemalże kosmicznym i że dzięki kaktusowemu naparowi przeszedłem z Bogiem na „ty”. Niestety, tak się nie stało. Curandero przygotował dla nas tzw. klasyczną „mesadę” - rozłożył płótno, na którym poukładał różnego rodzaju artefakty – krucyfiksy, amulety, święte kamienie oraz szpady - autentyczną, hiszpańską broń, która spokojnie mogłaby znaleźć się w muzeum.



Machając ostrzem nad naszymi głowami, ucinał niewidzialne sznurki trzymających się nas demonów i sił nieczystych. Co jakiś czas podawał nam… plastikową butelkę pełną jakiegoś pieruńsko mocnego alkoholu wymieszanego z roztartymi na papkę roślinami. Zanim ostatecznie napiliśmy się San Pedro, nogi nam się lekko uginały, a w głowach szumiało. Efekt działania napitku był bardzo delikatny i chwilami miałem wrażenie, że odurzenie alkoholowe skutecznie zagłuszyło działanie psychodeliku.
Wojtek tymczasem wyglądał już zupełnie jak kupka nieszczęścia, więc zwróciłem się do curandero z prośbą, abyśmy spróbowali podreperować zdrowie naszego kompana, bo jak tak dalej pójdzie, to gość nam wykituje, zanim zdążymy zakończyć naszą przygodę w Peru. Szaman dokładnie przyjrzał się blademu jak ściana, dręczonemu zapaleniem płuc Wojtkowi i rzekł: „Dobrze, jutro pojedziemy do Las Huaringas”.



Ten nocy spałem jak zabity, a w snach wystrzelony zostałem na orbitę, gdzie przyszło mi taplać się w morzu szczęścia wokół lamorożców (to takie lamy z porożem – nie mam pojęcia, czy te zwierzęta występują w jakichś andyjskich legendach, ale wyglądały doprawdy majestatycznie!).
Rano załadowaliśmy manele oraz Wojtka do jakiegoś rozklekotanego szrotu należącego do brata naszego gospodarza i ruszyliśmy w stronę miejsca, gdzie zgodnie z obietnicą znachora miało dojść do cudownego uleczenia.
W pewnym momencie przejezdna droga się kończyła i trzeba było iść na piechotę. W malutkiej wsi, na którą natknęliśmy się po drodze, wypożyczyliśmy muła, na którego wrzuciliśmy zwiotczałego Wojtka.



Rzadko kiedy rozpływam się nad cudami natury, ale powiem wam, że widoki po drodze były tak spektakularne, że nawet zapomniałem o mojej chorobie wysokościowej. Robiło się też coraz zimniej. Co ja mówię – piździło jak w Suwałkach. Szczególnie przy samym akwenie. Laguna Negra, bo tak nazywało się miejsce naszej pielgrzymki, to sporawe oczko wodne położone na wysokości prawie 5 tysięcy metrów n.p.m. Woda tam jest tak zimna, że samo zanurzenie palca jest mało przyjemne, a świadomość tego, że trzeba się rozebrać i kilkukrotnie dać tam nura, powoduje, że jajka się kurczą do wielkości oliwek.
Curandero rozłożył swój kocyk, poustawiał magiczne artefakty i wspiął się na pobliski kamień.



Wyglądał naprawdę epicko, gdy jego ponczo łopotało na lodowatym wietrze, a on sam wznosił ku niebiosom złoty kielich, składając Pachamamie ofiarę z alkoholu. Matka Ziemia dostała zaledwie parę łyków wody ognistej. Cała reszta trafiła do gardła samego szamana. Do naszych zresztą też.
Miałem cichą nadzieję, że ominie nas pewien rytuał, o którym czytałem przygotowując się do tej wyprawy. Polega on na wlewaniu sobie do nosa mocnego koncentratu z tytoniu mapacho. Brałem kiedyś udział w podobnej amazońskiej ceremonii, ale wtedy koncentrat należało pić. Nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, że to świństwo można sobie wlać do nosa i wyjść z tego cało. Miałem okazję to zweryfikować. Szaman, skończywszy swe zaśpiewy, podał mi muszlę z brunatnym płynem, której zawartość miałem wciągnąć kichawą. Oczy mi łzawiły i o mało nie wyrzygałem własnych wnętrzności, ale udało się.



Wojtek był już tak umęczony, że tłoczenie mu jakichś płynów do nosa nie zrobiło na nim większego wrażenia. Wymiękł jednak, gdy przyszło mu rozebrać się do rosołu i kilkukrotnie zanurzyć w lodowatej wodzie. Siny z zimna, telepiący się jak galareta, wyglądał jakby właśnie otrzymywał ostatnie namaszczenie. Wylazł z jeziora i osunął się na ziemię. Zwinięty w kulkę i przykryty kocem charczał i bulgotał niczym jakiś podtopiony Trabant. Prawdę mówiąc zacząłem się zastanawiać, czy właśnie nie skończyło się rumakowanie i czy nie wypadałoby odstawić gościa do jakiegoś szpitala. Szaman rzekł jednak, że stan naszego kumpla wyraźnie się poprawia i że doprawdy nie ma co robić wielkiego halo z tego, że facet właśnie dusi się, wymiotując hektolitrami jakiegoś gęstego, zielonego paskudztwa. Jak się okazało, spotkanie z lodowatym akwenem sprawiło, że nasz biedny Wojtek doznał tęgiego szoku i telepiąc się w konwulsjach, wyrzygiwał zawartość swoich zainfekowanych płuc. Śluz, gluty i cholera wie co jeszcze wyciekało z Wojtkowych ust, podczas gdy szaman stał nad nim i potrząsając grzechotką, śpiewał pieśni pochwalne do świętego Kleofasa.
Zarówno ja, jak i Grześ, chcąc nieco pocieszyć umierającego przyjaciela, również weszliśmy do wody. Miałem cichą nadzieję, że dzięki cudownemu wstawiennictwu lokalnych bóstw na mojej łysej głowie wyrośnie dorodne afro. Niestety – do dziś nie zauważyłem rezultatów andyjskiej terapii. Wojtek tymczasem zarzucony został na muła i ruszył w drogę powrotną do Huancabamby.



Czy magiczne obrzędy nad świętą laguną pomogły naszemu choremu kumplowi? Wiem, co chwielibyście tu przeczytać – że Wojtek kojfnął nam po drodze, więc zakopaliśmy go przy jednej z gór i usypaliśmy zgrabny kurhanik. Tak jednak się nie stało. Wywaliwszy z siebie cały syf, nasz umęczony towarzysz poczuł się znacznie lepiej. Następnego dnia odzyskał apetyt i wyraźnie zaczął wracać do siebie. Na tyle szybko, że już parę dni później mogliśmy ruszyć na południe. Konkretnie – do położonego koło Cusco urokliwego miasteczka Pisac. Czemu akurat tam? Ano temu, że dzięki pomocy mojego dobrego przyjaciela udało mi się dostać namiar na faceta organizującego meskalinowe imprezy na świeżym powietrzu, gdzie miejsce szamanów zajmują psy-transowi didżeje. Bardzo chciałem wreszcie poczuć na sobie działanie legendarnego kaktusa. Jeśli chcielibyście o tym doświadczeniu poczytać, to na pewno jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu.

Ach, pragnę was uspokoić. Wojtek przeżył tę podróż i wrócił do Polski w nienaruszonym stanie, mimo że mógł złapać HIV od peruwiańskiego prostytuta, zginąć w spektakularnym, autobusowym wypadku albo utopić się w świętej lagunie podczas desperackich prób wyleczenia zapalenia płuc za pomocą tzw. medycyny alternatywnej. Istnieje nawet spore prawdopodobieństwo, że właśnie czyta ten tekst i z irytacją kręci głową, mamrocząc pod nosem: „Kurde, inwalidę ze mnie zrobił, kutas jeden...”.

Oglądany: 48551x | Komentarzy: 27 | Okejek: 364 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało