Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

O tym jak Szwedzi usiłowali zdobyć biegun północny za pomocą balonu

38 412  
181   20  
Na przełomie XIX i XX wieku wielu szalonych podróżników brało udział w międzynarodowych rywalizacjach polegających głównie na umieszczaniu flag w miejscach najtrudniej osiągalnych dla człowieka. Podczas gdy kolejni polarnicy odmrażali sobie kończyny i umierali z głodu smętnie wlokąc się po pokrytym lodem Oceanie Arktycznym, Szwedzi postawili na wygodę i wysłali swoją ekipę w podróż wygodnym balonem...

O pomyśle wykorzystania tego rodzaju transportu mówiło się już wcześniej, jednak wielu znanych podróżników okazywało spory sceptycyzm twierdząc, że takie przedsięwzięcie nie ma prawa się udać. Głosy malkontentów coraz bardziej irytowały Salomona Augusta Andrée – szwedzkiego badacza polarnego, który z kolei bardzo entuzjastycznie pragnął zorganizować tego typu ekspedycję. Sam był baloniarzem i miał na koncie sporo udanych, długich przepraw w swoim balonie zwanym Svea.



Andrée, na potrzeby podróży w stronę bieguna opracował nowatorską technikę sterowania. Polegała ona na zmniejszeniu prędkości lotu poprzez przyczepienie do kosza długich lin, które miałyby wlec się po ziemi. Według niego takie rozwiązanie znacznie ułatwiłoby m.in. skręcanie. Mimo że na pomyśle tym suchej nitki nie zostawili inni, szwedzcy baloniarze, Salomon upierał się przy swoim.

Najważniejsze jednak, że udało mu się pozyskać sympatię Królewskiej Akademii Nauk. Wizja tej lotniczej przeprawy graniczyła z opisami przygód bohaterów powieści Juliusza Verne’a! Możliwość wyprzedzenia innych państw w wyścigu na biegun północny była wyjątkowo kusząca. Szczególnie jeśli zwycięstwo miałoby być osiągnięte w tak spektakularny sposób! Kasę na ten „futurystyczny” projekt wyłożył sam król Oskar II, a parę groszy dorzucił też Alfred Nobel.



Wyprawa miała rozpocząć się na jednej z wysp wysuniętego na północ archipelagu Svalbard. Wybudowano tam hangar, w którym poskładano do kupy balon Örnen (Orzeł). Wyprodukowany on został we Francji – kraju pionierów baloniarstwa! W tym przypadku użyto materiałów, które to miały wytrzymać niskie temperatury i silne, polarne wiatry. Oprócz Andrée w tym szalonym przedsięwzięciu brał też udział szwedzki inżynier Knut Frænkel oraz fotograf Nils Strindberg.









W lipcu 1897 roku balon wystartował i od razu natrafił na przeszkodę – lodowaty deszcz. Żeby tego było mało, cały misterny plan nowatorskiej techniki sterowania szlag trafił, bo dwie z trzech ważących po pół tony lin urwały się… Pozbawiony tego balastu balon wystrzelił w górę.





Podróżnicy z przerażeniem zorientowali się, że z butli ulatnia się gaz. Nie wiadomo dlaczego w tym momencie Andrée nie podjął decyzji o zakończeniu podróży. Pozostaje tylko przypuszczać, że po tak dużym szumie medialnym towarzyszącym temu projektowi, wstydem by było przyznać się do porażki.

Przez trzy dni balon dryfował w powietrzu, obniżał lot, wlókł się po lodzie, ponownie wznosił, aż w końcu osiadł na krze, niecałe 500 kilometrów od miejsca startu. Do bieguna było jeszcze dalej, bo aż 800 kilometrów.





Na szczęście ekspedycja przygotowana była na tego typu sytuację. Panowie mieli ze sobą na pokładzie malutką łódź, namiot, broń, sporo żarcia, jeszcze więcej piwa i pokaźną ilość butelek szampana – te ostatnie były hojnym darem od sponsorów wyprawy. Posiadali też sanie, na które załadowali najbardziej potrzebne manele i ruszyli w długą drogę powrotną, wcześniej jednak wysyłając gołębie pocztowe z uspokajającą informacją, że mimo kraksy, załoga ma się dobrze i żwawo podąża w kierunku domu. Każde z trzech sań uginało się pod ciężarem 200 kilogramów bagażu. Po tygodniu panowie pozbyli się części balastu i zmniejszyli wagę ekwipunku prawie o połowę!



Wygląda na to, że mimo dość nieciekawego położenia, morale podróżników było dość wysokie. Strindberg wykonał ponad 200 zdjęć dokumentujących postęp marszu, a wszyscy trzej uczestnicy przedsięwzięcia prowadzili dzienniki, w których zapisywali swoje osobiste spostrzeżenia i dość istotne informacje na temat m.in. zjawisk meteorologicznych.





Wkrótce warunki marszu zaczęły stawać się coraz bardziej dokuczliwe. Chwilami wiatr był tak silny, że podróżnicy musieli brnąc przed siebie na czworaka. Jedyne na co nie mogli narzekać to ilość jedzenia. Oprócz zapasów, które wzięli ze sobą z balonu, panowie co jakiś czas zabijali jakiegoś polarnego niedźwiedzia, czy zbłąkaną fokę.





Niestety dla dzielnych Szwedów, którzy mimo braku doświadczenia zaszli naprawdę daleko, zaczęła zbliżać się zima. A to oznaczało jeszcze silniejsze wiatry i gwałtowny spadek temperatury do -40 stopni Celsjusza. W takich warunkach dalszy marsz byłby równoznaczny z samobójstwem.



Strindberg stworzył projekt prowizorycznego „domu”, w którym podróżnicy mieli przezimować. Budynek wykonany ze wzmocnionego lodem śniegu wzniesiony został na ogromnej krze. Szwedzi zgodnie uznali, że oddają swój los w ręce przypadku.





Misternie skonstruowane lokum miało sypialnię, magazyn i pokój ze stołem! Zziębniętym podróżnikom nie dane było zbyt długo cieszyć się dryfującą po lodowatej wodzie konstrukcją. Jak na złość lód zaczął pękać dokładnie w miejscu, gdzie towarzysze wznieśli swoja chatę. Kra tymczasem zatrzymała się na wybrzeżu wyspy Kvitøya, więc panowie czym prędzej przenieśli swój dobytek na ląd.



Niepoprawny optymista Andrée zanotował w swoim kajeciku, że zarówno on, jak i pozostała dwójka polarnych rozbitków, ma się całkiem dobrze. „Z takimi kompanami, człowiek poradzi sobie w każdych warunkach!” - napisał w pamiętniku organizator wyprawy. Był to jeden z jego ostatnich wpisów.

Żaden z trójki Szwedów nie wrócił do domu, a ich los pozostawał tajemnicą przez ponad trzy dekady. Przez ten czas narosło sporo plotek i miejskich legend na temat feralnej ekspedycji. Gazety rozpisywały się o grupach dzikich, polarnych plemion, które nie tylko zamordowały nieszczęsnych wędrowców, ale i pożarły ich ciała.



W 1930 roku członkowie norweskiej ekspedycji badającej lodowce dostali się na wyspę Kvitøya, gdzie znaleźli pozostałości po ostatnim postoju zaginionej ekipy. Wkrótce wydobyto spod śniegu szczątki wszystkich trzech baloniarzy, a także ich pamiętniki, dzięki którym udało się odtworzyć trasę ich marszu. Co jednak najważniejsze – zachowały się też negatywy wykonanych przez Strindberga fotografii.



Sprowadzenie do ojczyzny zwłok zaginionych Szwedów było nie lada wydarzeniem. Na uroczystości pogrzebowej w Sztokholmie pojawił się sam król Gustaw V.



Za los, jaki spotkał grupę Skandynawów chcących udowodnić, że balon świetnie nadaje się do polarnych podróży, odpowiada Salomon August Andrée – człowiek, który wolał stawić czoła śmierci, niż przyznać się do porażki i zakończyć tę skazaną na niepowodzenie ekspedycję w momencie, gdy jeszcze była szansa na ratunek...

A skoro już tu dotarliście, to zapraszam do zapoznania się z historią dwóch innych wypraw, tym razem na biegun południowy - Endurance i Terra Nova.

Źródła: 1, 2, 3, 4
1

Oglądany: 38412x | Komentarzy: 20 | Okejek: 181 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.01

25.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało