Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Makabryczne i tragiczne zdarzenia z życia 10 sławnych muzyków

50 442  
176   71  
Czasami można ulec złudzeniu, że gwiazdy sceny to superbohaterowie, nieśmiertelni herosi mający pod ręką wszystko, czego można zazdrościć. Zdarza się jednak, że historie rodem z dramatów z solidnie pokręconą fabułą czy – co gorsza – z dosłownych horrorcore'owych kawałków mają miejsce w rzeczywistości.



Gnijące w zapomnieniu ciała, śmierci dzieci, bolesne wypadki – jakże to dalekie od scenicznego blichtru (a jednocześnie bliskie losowi anonimowych milionów). Prezentujemy 10 gwiazd muzyki, których los nie oszczędzał.

Chester Bennington (Linkin Park)


Przykład najświeższy i niesamowicie wymowny. Wyobraźcie sobie, że macie na koncie miliony dolarów, w domu czeka na was atrakcyjna żona, szóstka waszych dzieci jest dumna z posiadania takiego fajnego taty, a miliony fanów marzą o choćby możliwości zbicia piątki albo zrobienia zdjęcia. Brzmi fajnie, co?

Jak się okazuje, to wszystko za mało, żeby nadal mieć chęć do życia – szczególnie gdy czająca się za rogiem depresja nie daje spokoju od długiego czasu. Chester podjął ostateczny krok 20 lipca, kiedy to w wieku 41 lat popełnił samobójstwo w swoim domu. Znaleziono go powieszonego w łazience (szyję obwiązał taśmą do ćwiczeń) dwa miesiące po identycznej śmierci jego przyjaciela – Chrisa Cornella z Soundgarden. Chwilę wcześniej Bennington był na rodzinnych wakacjach, jednak sam wrócił do Los Angeles – najbliższym wytłumaczył, że musi zająć się pracą...

Roy Orbison


Jeśli widzieliście kiedykolwiek wideo do hitu „Oh, Pretty Woman”, łatwo przypomnieć sobie ubranego na czarno uśmiechniętego gościa z gitarą, który wesoło podśpiewuje o pięknej dziewczynie. Tymczasem życie prywatne urodzonego w 1936 roku Orbisona dalekie było od optymizmu. Pierwszy cios spadł na niego w 1963 roku, kiedy dowiedział się o romansie swojej żony Claudette. Para rozwiodła się, jednak niedługo później przezwyciężyła ten kryzys, ponownie biorąc ślub. Gdy wszystko wróciło już na właściwe tory, 6 czerwca 1966 roku wydarzyła się tragedia. Mająca wówczas dwadzieścia pięć lat Claudette zginęła w wypadku motocyklowym i zostawiła muzyka z trójką dzieci. Po takiej tragedii Orbison, na którego rękach zmarła żona, (co całkowicie zrozumiałe) ponownie się załamał. Terapią pomagającą wrócić Royowi do (relatywnie) normalnego życia była praca. Niedługo okazało się jednak, że spotkało go jeszcze większe nieszczęście. W trakcie trasy dotarła do niego przerażająca wiadomość – w wyniku pożaru domu 16 września 1968 roku spłonęło dwóch jego najstarszych synów. Sam Roy również nie pożył długo – zmarł w wieku 52 lat w wyniku ataku serca.

Corey Taylor (Slipknot)


Charyzmatyczny wokalista Slipknota i Stone Sour jedno ze źródeł inspiracji swoich mrocznych tekstów odnalazł w dzieciństwie, kiedy to jako dziesięciolatek był molestowany przez szesnastoletniego sąsiada. Bolesnymi wspomnieniami Corey podzielił się w trakcie niezwykle osobistego wywiadu (jego łzy z pewnością nie były elementem marketingowej zagrywki) dla Viceland, będącego jednocześnie formą terapii:



Dramatyzmu całej sytuacji dodaje fakt, że Taylor bał się powiedzieć komukolwiek o tym, co się stało – gwałciciel groził nawet muzykowi, że skrzywdzi jego matkę. Wokalista Slipknota na wyznanie prawdy odważył się dopiero jako osiemnastolatek. Całe szczęście, że w tym przypadku tragiczne dla dzieciaka doświadczenia zaowocowały chęcią wyrażenia bólu w muzyce.

Jonathan Davis (KoRn)


Sytuacja całkiem podobna do tej, której uczestnikiem był Taylor. Muzyka KoRna – zwłaszcza na pierwszych albumach – brzmiała bardzo niepokojąco, a pełne bólu teksty Davisa dodawały jej mrocznego wydźwięku. Po raz kolejny źródłem bólu w muzyce było dzieciństwo – rodzice Jonathana rozwiedli się, gdy ten miał trzy lata. Przyszły wokalista KoRna już jako nastolatek zamieszkał z ojcem i macochą Sherry, której metody wychowawcze były co najmniej... nietypowe. Davis, chorujący na astmę (jeden z ataków zakończył się prawie przejściem na tamten świat), leczony był przez nią miksem gorącego oleju i jalapeno. Jonathan poświęcił Sherry wymowny utwór „Kill You”, w którym śpiewał, że macocha nie jest jego prawdziwą matką, a jedyne co chce zrobić, to ją zabić. W wywiadach mówił o niej nie inaczej niż „pokręcone, sadystyczne gówno” .

I – tu kolejna analogia do lidera Slipknota – Davis również był molestowany przez sąsiada – temu wydarzeniu poświęcił utwór „Daddy” (wiele osób mylnie interpretowało, że w piosence chodzi o jego prawdziwego ojca). Młody Jonathan nie miał łatwo też w szkole, w której regularnie słyszał o sobie określenia typu „pedał”, regularnie zdarzało się też mu zostać pobitym. Makabryczna (choć dzięki temu jakże inspirująca) była również jego pierwsza praca w kostnicy, o której mówił: To mnie intrygowało i kochałem to. Wyciągałem tyle martwych ciał z samochodów. To jak puzzle – próbować rozgryźć, jak ktoś umarł. .

Dimebag Darrell (Pantera)


8 grudnia 2004 roku, dokładnie 24 lata po morderstwie Johna Lennona, podobny los spotkał gitarzystę grupy Pantera – Dimebaga Darrella Abbotta. I, podobnie jak w przypadku Beatlesa, osobą odpowiedzialną za zabójstwo był psychofan muzyki tworzonej przez ofiarę. W trakcie koncertu nowego projektu muzyka, Damageplan, były marine, dwudziestopięcioletni Nathan Gale pięciokrotnie postrzelił Dimebaga w głowę. Część widzów początkowo sądziła, że strzelanina jest wyreżyserowanym elementem koncertu. Gdy Gale nie przestawał naciskać spustu (łącznie wystrzelił piętnaście nabojów), publiczność wpadła w panikę. Oprócz gitarzysty zginęły jeszcze trzy osoby, a siedem zostało rannych. Na szczęście jednemu z policjantów udało się wejść do klubu tylnymi drzwiami i zakończyć tę tragiczną akcję – morderca wkrótce sam zginął od kuli funkcjonariusza. Dla wszystkich fanów i pozostałych członków zespołu ten grudniowy wieczór w Columbus zostanie jednak w pamięci na zawsze.

Inny metalowiec, który pożegnał się z tym światem po wystrzale w głowę (choć w jego przypadku chodziło o samobójstwo), to Dead – były wokalista grupy Mayhem, o którym więcej możecie przeczytać TUTAJ.

Cliff Burton (Metallica)


Bycie zmiażdżonym przez autobus to historia niczym z krwawego horroru. 27 września 1986 roku, w trakcie europejskiej trasy po wydaniu albumu „Master Of Puppets”, pierwszy basista Metalliki – dwudziestoczteroletni wówczas Cliff Burton – w tragiczny sposób (kojarzony bardziej z wydumanymi akcjami ze „Śmierci na tysiąc sposobów”) zwolnił miejsce w kapeli w wyniku wypadku busa, którym po Szwecji podróżował zespół. Pozostali członkowie skończyli tylko poobijani – pierwotnie winę za tę sytuację zrzucono na oblodzoną trasę, jednak wokalista grupy, James Hetfield (który do dziś nosi jeden z sygnetów Cliffa), przyznał, że patrząc na dobre okoliczności pogodowe, można wykluczyć taką wersję. W opinii Hetfielda to kierowca był winny śmierci jednego z najbliższych jego przyjaciół, a wspomnienia Jamesa z tego tragicznego dnia można przeczytać w biografii Burtona „Żyć znaczy umrzeć”: Zobaczyłem, że autobus na nim leży. Zobaczyłem wystające spod pojazdu nogi. Spanikowałem. Pamiętam, że kierowca starał się wyszarpnąć spod niego koc, by dać go innym. Krzyknąłem: Ani się, kurwa, waż! Chciałem zabić tego faceta. Wiedziałem tylko, że on prowadził, a Cliff nie żyje. Co ciekawe, na feralnym miejscu miał spać gitarzysta Kirk Hammett, jednak to Burton wygrał w karty (wydawałoby się) lepszą miejscówkę do spania. Zespół uczcił śmierć przyjaciela w utworze To Live Is To Die, wydanym na płycie ...And Justice For All, gdzie Hetfield recytuje ostatni wiersz, jaki napisał Burton.


Travis Barker (Blink-182)

Mocno wydziarany punkowy bębniarz w 2008 roku uczestniczył w wypadku niewielkiego czarterowego samolotu, którym wracał z koncertu. W wyniku katastrofy zginęły 4 osoby. Barker przeżył jako jedna z dwóch osób znajdujących się na pokładzie, ale bardzo mocno ucierpiał – tuż po eksplozji miał krzyczeć nawet: Czy my żyjemy? Rekonwalescencja zajęła mu całkiem sporo czasu – w szpitalu spędził około czterech miesięcy, przeszedł prawie trzydzieści operacji, miał wiele kilkugodzinnych transfuzji krwi, a przeszczepianie skóry (oparzenia trzeciego stopnia ogarnęły 65% jego ciała, spalił się między innymi pierwszy tatuaż bębniarza) było tak bolesne, że Travis proponował swoim znajomym milion dolarów za... zabicie go. W necie można odnaleźć zdjęcia nóg muzyka tuż po katastrofie, jednak nie są to obrazy, które ktokolwiek o zdrowych zmysłach chciałby oglądać. Ból perkusisty był jednak nie tylko fizyczny – w wypadku stracił przecież dwójkę bliskich przyjaciół. Sam Barker natomiast dziś otwarcie i ze szczegółami wspomina ten dzień:


Jego kumpel, DJ AM (Adam Goldstein), który jako drugi uczestnik lotu cudem uszedł z życiem, nie pokrzyżował na długo planów kostuchy – 28 sierpnia 2009 roku zmarł w wyniku przyjęcia solidnej mieszanki narkotyków.

Eric Clapton

Śmierć dziecka jest niewątpliwie najgorszym, co może spotkać rodzica. Różne są sposoby na powrót do życia po takiej tragedii. Niektórzy nie są w stanie poradzić sobie z codziennością (bramkarz reprezentacji Niemiec Robert Enke rzucił się pod pociąg, gdy zmarła jego córka), kolejni próbują zabić ból używkami (modelka Playboya Anna Nicole Smith przedawkowała pół roku po identycznym zgonie jej syna), jeszcze inni kierują się w stronę pracy. Eric Clapton wybrał tę trzecią opcję, gdy 20 marca 1991 roku jego czteroletni syn Conor wypadł z pięćdziesiątego trzeciego piętra nowojorskiego apartamentu. Gitarzysta postanowił uhonorować krótkie życie dziecka piosenką – i tak powstało „Tears in heaven”, jeden z najbardziej znanych utworów Erica.


Clapton jednak przestał grać na koncertach „Tears in heaven” kilkanaście lat temu. Swoją decyzję umotywował tym, że wreszcie pogodził się z uczuciem straty, do którego nie chce już więcej wracać.

Sid Vicious (Sex Pistols)

Symbol i archetyp punkowego hasła „No Future” – Sid (który tak naprawdę nazywał się John Simon Ritchie i urodził się 10 maja 1957 roku) kompletnie nie potrafił grać na basie (na jedynej studyjnej płycie Sex Pistols wziął udział tylko w nagraniu utworu „Bodies”, na koncertach natomiast czasami trzeba było wyłączać jego wzmacniacz, ponieważ zdarzało mu się nie trafiać w struny), ani nie był specjalnie bystry (członkowie Queen mieli okazję poznać Sida i po latach wprost nazywali go idiotą – klik), jednak dzięki swojej totalnie nihilistycznej postawie stał się dla wielu ucieleśnieniem ruchu punk nastawionego na autodestrukcję. I rzeczywiście, Vicious dość szybko dokonał samounicestwienia – 2 lutego 1979 roku przedawkował heroinę. Niedługo wcześniej (12 października 1978) miała jednak miejsce inna tragiczna scena – w pokoju 100 niesławnego nowojorskiego hotelu Chelsea znaleziono jego zamordowaną dziewczynę – Nancy Spungen wykrwawiła się w łazience po otrzymaniu ciosu należącym do basisty nożem w brzuch. Do dziś nie wiadomo, kto stał za zabiciem dwudziestoletniej punkówy – Sid utrzymywał, że niczego nie pamięta z narkotykowego stuporu. Zgon Sida, który tym samym nie doczekał procesu, był przez niektórych interpretowany jako samobójstwo – kilka dni po śmierci Nancy podciął sobie żyły, jednak w porę został wówczas uratowany (w jego liście pożegnalnym można znaleźć wymowne: Zawarliśmy pakt, więc teraz wypełniam swoją część postanowienia. Proszę, pochowajcie mnie obok mojej ukochanej. Pochowajcie mnie w skórzanej kurtce, jeansach i motocyklowych butach. Żegnajcie). To jedna z najbardziej tajemniczych i tragicznych historii w dziejach punka. The Exploited poświęcili Sidowi utwór, w refrenie którego bronili jego niewinności:


John Frusciante (Red Hot Chili Peppers)

Jeśli nie wierzycie w cuda, może czas zacząć, ponieważ ostatnia historia jest z gatunku tych bardziej optymistycznych. John Frusciante trafił do Red Hot Chili Peppers jako zaledwie osiemnastolatek, który z gitarą potrafił dosłownie wszystko. Nagrane z nim płyty „Mother's Milk” oraz „Blood Sugar Sex Magik” do dziś uważane są za jedne z najlepszych w całej dyskografii Papryczek. Jednak w pewnym momencie do głosu doszły narkotykowe demony, które swoimi pazurami wyciągnęły Johna z muzycznej maszyny i rzuciły w paszczę autodestrukcji. W 1992 roku Frusciante odszedł z kapeli i wkręcił się w psychodeliczny wir ćpania, czego efektem była mocno pokręcona twórczość. Sam gitarzysta zapewniał w udzielonym niedługo później wywiadzie, że czuje się zdrowy. Po czym zaprezentował coś takiego:


Sami przyznacie, Frusciante wyglądał wtedy na kolesia, który raczej nie ma większych szans na realizację sloganu „żył długo i szczęśliwie”. Ludzie, którzy go w tym czasie spotykali, wspominają mało optymistyczny obraz: jego ramiona były poranione od regularnych zastrzyków z kokainy, stracił zęby, a na ubraniach miał ślady zaschniętej krwi. Blizny na rękach gitarzysta ma zresztą do dzisiaj:


I gdy wydawało się już, że kwestią czasu jest informacja o śmierci Johna, zdarzyło się coś, czego mało kto się spodziewał. Frusciante zostawił narkotyki, poszedł na odwyk, i następnie w 1998 roku w glorii chwały wrócił do Red Hot Chili Peppers, z którymi nagrał klasyczne już dziś „Californication”. Na poniższym filmiku ten sam utwór, który wykonywał w czasach heroinowego odlotu. Przyznacie, spektakularna zmiana:


Dziś, choć Frusciante znowu nie gra z Papryczkami, to trzyma się trzeźwo i aktualnie zajmuje się głównie muzyką elektroniczną.

Zobacz też innych twardzieli rocka (z jedną małą powtórką)


Oglądany: 50442x | Komentarzy: 71 | Okejek: 176 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.09

18.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało