Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak oszczędziłem 1000 dolarów, grając w tchórza z Hertzem, i jak przygotować się do 4000 km podróży przez Afrykę

33 682  
135   24  
Z niedużym budżetem pokonujemy cztery tysiące kilometrów z Wodospadów Wiktorii do Kapsztadu.


Afryka jest wspaniała. Straszna, ale wspaniała. Wspaniała, bo niesie smak przygody i wolności, o których w Europie dawno już zapomniano. Straszna, bo pięknie jest przygodę wybrać i żyć nią kilka tygodni, miesięcy – jako turysta, ale mniej wesoło musi być przeżywać ją codziennie, gdy puka do drzwi miejscowych kilkudziesięcioma dolarami pensji i śmiercią pod płotem, jeśli nocą na pustej drodze potrąci ich ciężarówka.

Trzy miesiące oglądania się za plecy w townships dobiegły końca. Zgromadziłem przyjaciół i ruszyliśmy. Pięć krajów, cztery osoby, niecałe trzy tygodnie. Ponad cztery tysiące kilometrów. Mieliśmy zacząć w Zimbabwe, przejechać przez Botswanę, Namibię i wrócić do Kapsztadu, w którym dotąd mieszkałem. Po drodze planowaliśmy obejrzeć Wodospady Wiktorii, co najmniej kilka z ponad stu tysięcy botswańskich słoni, krokodyle delty Okawango, pustynie i opuszczone miasta Namibii i pingwiny Kapsztadu.

Ktoś to wszystko musiał zorganizować.

Jechaliśmy we czwórkę. Ja, Agata, Kuba i Amiel. Troje Polaków i Hiszpanka. Tu miałem wkleić ich rozbudowane opisy, ale zgodny chór całej trójki – w obawie o niechcianą sławę – kategorycznie zakazał publikacji. Agatę i Amiel poznałem w trakcie wolontariatu na Teneryfie, gdzie przez dziewięć miesięcy próbowaliśmy zrobić cokolwiek wbrew właścicielowi NGO, któremu zależało tylko na spokoju i pieniądzach z Unii. Kuba z kolei znosił nieporządek niżej podpisanego w jego mieszkaniu przez cztery lata studiów. Agata – człowiek konkret; Amiel – człowiek relaks; Kuba – człowiek rozsądek, który koryguje pomysły pozostałych, zwiększając nasze szanse na przeżycie. Chciałbym podbijać afrykańskie trasy odwagą, męstwem, siłą charakteru. Tak między nami: bardziej potrzebne są pieniądze, cierpliwość i improwizacja. Pierwszych dwóch nie mieliśmy, zostawała ostatnia. Piątego listopada z lekkim przeziębieniem wysunąłem się z klimatyzowanego boeinga 737-300 wprost w skwar Livingstone w Zambii.


I wszystko się popieprzyło.

Ja: Poproszę Kaza-uni visa. [wiza, która za 50 dolarów pozwala przekraczać granicę Zimbabwe z Zambią dowolną ilość razy]
Strażniczka: Nie ma.
Ja: W internecie pisali, że je przywrócono.
S: Przywrócono, ale skończyły się naklejki. I nie ma.
Ja: Jakie naklejki?
S: No, naklejki. Nie ma naklejek.
Ja: I co teraz?

Strażniczka: Double entry visa. 30 dolarów więcej i kolejne 35 na granicy z Zimbabwe. Jako stary wyjadacz afrykański, który dwa z trzech miesięcy w RPA pracował w hostelu z basenem, krygowałem zapędy pozostałych, którzy chcieli wszystko zaplanować. Ja mówiłem: T.I.A. – This is Africa. Czyli: wszystko i tak się popieprzy, ale nie warto się przejmować. Motto porwało mnie do tego stopnia, że tuż przed wyjazdem nie mieliśmy zaplanowane prawie nic. Pozostali zaoferowali odpowiednią motywację w postaci kopa w siedzenie i pomocy. Pozwólcie więc, że opowiem, jak się do tego zabraliśmy. Nie traktujcie tego jako przewodnik, ale niektóre z tych doświadczeń pewnie będą wspólne i mogą się przydać.

Tak NIE WYGLĄDAŁA parada na moją cześć

Choroby

Boicie się rekinów? Pająków? Węży (w samolocie)? Niedźwiedzi, lwów, tygrysów? Przerażać powinno was zwierzątko, które tutaj jest jeszcze mniejsze niż w Europie, a centymetr długości jest hojnym szacunkiem.

Rekiny zabijają rocznie kilka osób, lwy blisko setkę, hipopotamy prawie trzy tysiące. Komar zabija pół miliona. Stara jak świat malaria nie dorobiła się jeszcze szczepionki.


Na szczęście tego zdjęcia nie robiłem sam, tylko zawinąłem z Wikipedii

Zostają: repelenty, moskitiery i leki profilaktyczne.

Kupiliśmy wszystko. Najpopularniejszym lekiem jest malarone, który łyka się już kilka dni przed wyjazdem. Niestety poza faktem, że jednym nie daje spać, a innym rypie wątrobę, w Polsce kosztuje 170 zł za dwanaście tabletek. W Hiszpanii: niecałe cztery euro za dwadzieścia sztuk. Pod warunkiem posiadania recepty, ale te wydają dosyć chętnie, nawet na większe ilości. Ja oszczędzałem, nie kupowałem leku w RPA, poczekałem, aż magiczne pudełeczko wyskoczy z samolotu razem z przyjaciółmi. Ryzyk-fizyk, jechałem bowiem pierwszy i hipotetycznie komar przeznaczenia mógł mnie dopaść wcześniej. Malaria rozwija się około tygodnia. Nie, że jestem tak głupi i pcham się na karmę dla pierwotniaków malarii. Skalkulowałem, że lek zacznę brać dosyć szybko, a region – choć malaryczny – ma znacznie mniejszą zapadalność na chorobę niż kraje okołorównikowe. Kilkaset osób rocznie. Powiecie: głupek. Ja powiem: ryzyko było na tyle małe, że wolałem te pieniądze przeznaczyć na wstęp do Wodospadów Wiktorii z Zimbabwe. Moskitierę najlepiej kupić dobrą albo wcale, ale i na miejscu nie jest to trudny do zdobycia towar. Repelenty: nieśmiertelny składnik deet, który – zdaniem Cejrowskiego – w odpowiednim stężeniu topi guziki na koszuli. Nie we wszystkich krajach deet jest jednak dostępny, a sensowne stężenie to minimum 40%. Notabene sam Cejrowski nie bierze żadnych leków, ale widząc, jak potrafi pieprzyć, gdy z genialnej rozrywki podróżniczej zejdzie na tematy ekonomiczno-społeczne, nie dziwię się, że komary go omijają.

Szczepionki zdobyłem wszystkie (poza żółtą febrą, tu niewymaganą) jeszcze przed wyjazdem do townships. Ale nie wszyscy mieli to szczęście. Otóż na Teneryfie i w ogóle Wyspach Kanaryjskich nie było szczepionki na żółtaczkę (typ A). Żadna z kanaryjskich aptek nie uznała za stosowne mieć je w zapasie. Rozwiązanie? Unikać warzyw, kupić płyn do oczyszczania wody i nie pływać w basenie. A po powrocie dobrze się zbadać.

Afryka ma to do siebie, że nawet ja nie czytam tak grubych książek, żeby choćby wiedzieć, ile chorób się tam czai. Dlatego zaopatrzyłem się we wspomniany płyn do czyszczenia wody (bo smakuje cynkiem zamiast chlorem, jak tabletki) i filtry kawy. Żeby wspaniale oczyszczona woda nie chrzęściła za bardzo w zębach. Dobrym motywem jest też prezerwatywa. Zawsze jest dobrym motywem, ale tu szczególnie, bo jeśli planujecie odrobinę bardziej ryzykowne trasy wodne, umieszczenie telefonu w gumce nie tylko świetnie go chroni, ale na ogół wciąż pozwala korzystać z dotykowego ekranu.


Twój telefon już nigdy nie zajdzie w ciążę

Sprzęt

Biorąc pod uwagę, że i tak zadłużamy przyszłe pokolenia na poczet wyprawy, postanowiliśmy nie brać zbyt dużo sprzętu. Bagaże i tak były mocno obciążone, a czternaście tysięcy kilometrów oznacza sporo pieniędzy za dodatkową torbę. A zatem ja kupowałem namiot w RPA (gdzie turystom zwracają 14 procent VAT-u), a Kuba musiał zorganizować sprzęt jak najlepszej jakości przy jak najmniejszej objętości. Mamy więc turbo mocne latarki Op-light, które ładuje się dzięki łączu USB, multi-tool Leathermana, którym teoretycznie powinniśmy być w stanie rozkręcić na części wieżę Eiffla, lornetkę Bushnell Trophy do przyglądania się kolorowi pazurów lwic i nóż Recon Tanto, który nadaje się równie dobrze do krojenia cebuli, jak i obrony przed atakiem rozpędzonego słonia (to pierwsze sprawdziłem na jawie, drugie niekoniecznie).

Cały ten sprzęt kosztuje kupę kasy, ale raz, że starcza na lata, dwa, że znów miałem dużo szczęścia. Od dawna szukałem sponsorów wyprawy i właśnie sprzętem wsparła nas firma militaria.pl. Osoba pracująca w marketingu firmy pokonywała niedawno podobną trasę i doceniła w nas ducha przygody. Sprzęt, który otrzymaliśmy był więc niejako „skrojony” pod wyprawę przez kogoś, kto miał już doświadczenie.

Wiem, wygląda jakbym jechał strzelać do Wietkongu, nie oglądać zwierzaki

Transport, czyli jak oszczędzić, zmuszając Hertza do niemożliwego. Wszyscy znają wyszukiwarki lotów. Momondo, skyscanner, fru.pl – jedna, podobno znana podróżniczka raz chciała nawet ode mnie 50 zł za konsultację, jak tanio podróżować. Spożytkowałem je na szczęście lepiej – przegrałem w internetowym kasynie. Ciekawostka podróżnicza jednak brzmi: warto kombinować z lotami z różnych miejsc. Na przykład gdy leciałem do Kapsztadu, bilet kosztował prawie tysiąc euro. Chyba że wziąłem ten sam lot, ale dodałem do niego późniejszy lot z Johannesburga do Livingstone. Cena spadała do pięciuset euro. Z Kapsztadu do Johannesburga można polecieć za trzydzieści euro. Magia.

A zatem: lot w tę i we w tę to nie zawsze najlepsza opcja.

Na miejscu rzecz również miała się mniej oczywiście. Z początku planowaliśmy podróż transportem publicznym, ale z racji faktu, że duża część ekipy jest ograniczona czasowo (urlopy), nie mogliśmy czekać pod bananowcami na kolejne autobusy, tym bardziej że te, które pokonują granice, jak my, nie są zbyt częste. Biznes nie znosi próżni, więc nie brakuje firm, które oferują busiki na dłuższe trasy, ale jak mówi stara prawda: Afryka jest tania, chyba że przyjechałeś z Europy. Koniec końców wyszukiwarka cheapflights (wbrew nazwie jest najlepsza do samochodów) pomogła nam znaleźć toyotę corollę za 1000 USD na 20 dni. Brzmi to drogo, ale największy koszt to fakt, że oddajemy samochód trzy kraje później: w Johannesburgu. Dzieląc na cztery osoby ten koszt, wyszło taniej, niż wyniosłoby nas pierwsze 1500 km przez Botswanę do Namibii. Samochód mieliśmy oddawać w Johannesburgu – przerzut przez granicę zżerał większość ceny wynajmu. Były tylko dwa problemy:

Gość z wypożyczalni: Wasza samochód nie ma ubezpieczenia od drobnych szkód.
Ja: To znaczy?
G: No, jeśli ktoś wam go skasuje, to spoko. Opłacone. Ale jeśli pęknie wam szyba albo urwiecie koło, zapłacicie z własnej kieszeni. A te drogi niedawno zalały deszcze. Dziury są po kolana.
Ja: Ile kosztuje ubezpieczenie?
G: 15 dolców za dzień.
Ja: Aha. Podziękuję.
G: I to w ogóle nie są drogi na taki samochód. Wszyscy biorą 4x4.
Ja: Ile kosztuje cztery na cztery?
G: 1500 dolarów więcej.
Ja: Aha, podziękuję.

Piętnaście dolarów za dzień, gdy dobre wino kosztuje w Kapsztadzie dziesięć, to złodziejstwo. Na szczęście biznes nie znosi próżni. Niektóre serwisy internetowe oferują to samo ubezpieczenie znacznie taniej. Efekt: oszczędziliśmy 250 dolarów. Zostawał problem 4x4. Nie chcę uprzedzać wydarzeń, ale drogi w Botswanie i Namibii naprawdę wymagają niekiedy mocnego samochodu. Wiedziałem o tym. Wiedzieli też ludzi z Hertza. Postanowiłem zagrać z nimi w tchórza. Wypożyczalnia może zaoferować lepszy samochód, ale nie może zażądać za niego wyższej ceny, niż za ten niższej klasy, który się zarezerwowało. Uznałem więc, że ja – od biedy – mogę przejechać cztery tysiące kilometrów afrykańskich dróg toyotą corollą. Zobaczymy, czy oni będą chcieli potem tę toyotę z powrotem.

Mała wskazówka odnośnie wyniku starcia amerykańska korporacja vs. polski spryt

Tydzień przed wyjazdem przeprowadzałem się dwukrotnie. Z townships do hostelu przyjaciela i z hostelu przyjaciela do jego nowego hostelu. W pośpiechu i szaleństwie straciłem prawo jazdy, dwie karty debetowe do polskich kont i jakieś trzysta złotych i kilka zeszytów z notatkami. Na lotnisku w Kapsztadzie nie zwrócono mi VAT-u, bo leciałem przez Johannesburg. Podbili pieczątki na rachunkach za ostatnie trzy miesiące i kazali znaleźć biuro w Johannesburgu. British Airways jednak kazał mi biegać po bramkach w poszukiwaniu bagażu i zabrakło czasu na kolejkę do biura zwrotów. Wszystko zaczęło się wiec absolutnie fatalnie. Ale podobno złe dobrego początki.

Jeśli chcecie być na bieżąco z relacjami z RPA, zajrzyjcie na fanpage Tadeusza pod tym linkiem.

Oglądany: 33682x | Komentarzy: 24 | Okejek: 135 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

12.12

11.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało