Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Majątek szlachecki, kołchoz i PGR - Opuszczone miejsca Podlasia

38 565  
109   20  
Miało zacząć się jak każda inna wyprawa. Przygotowanie sprzętu, wyznaczenie trasy i w drogę. Na miejscu mieliśmy konkretny obiekt, o którym wiedzieliśmy już co nieco, lecz każdy odwiedzony budynek pozostawiał więcej pytań niż odpowiedzi.

Pierwszy raz zajechaliśmy tam w dość gorący dzień tylko po to, by się jakoś rozeznać i zrobić wstępne oględziny. Temperatura dużo powyżej 30 stopni i wilgotność sprawiała, że po trochę ponad godzinie człowiek chciał wracać do klimatyzowanego samochodu i już z niego nie wychodzić. Zdjęcia wychodziły prześwietlone przez bardzo ostre światło, wysoka wilgotność także odbiła swoje piętno.


Majątek Kurowo, bo o nim mowa, znajduje się w okolicach Białegostoku. Zaraz obok siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego. Pierwsze wzmianki, jakie pojawiają się w kronikach sięgają XV wieku. O samej historii do XIX wieku nie ma co się rozpisywać, bo były to jedynie majątki gospodarcze, a kroniki rzucają na zmianę o tym kto i w jakich latach posiadał te ziemie, kto po kim odziedziczył i ile żywego inwentarza w oborach było. Jedynie czytając punkt po punkcie, stworzył się pewien dziwny niuans w tym wszystkim. Majątek jak szalony przechodził z rąk do rąk na przestrzeni dziejów. W jednym stuleciu potrafił zmieniać właścicieli od kilku do kilkunastu razy.


Pora zatem podejść do miejsca drugi raz na spokojnie, pogoda lekko deszczowa, lecz lepsze to niż upał i wilgoć. Mieliśmy już po pierwszej wyprawie pomysł gdzie się poruszać, co zobaczyć i jak się tam dostać. Na poprzedniej wyprawie po drodze natrafiliśmy na mały dwór niszczejący wśród drzew, czerwona cegła, gęsto zarośnięty i popadający w ruinę. Zaraz obok niszczejący, choć ogrodzony budynek wybudowany na początku XX wieku, który służył jako młyn mechaniczny.

W tym momencie zapaliła się pierwsza lampka w głowie. Jak rozległy jest folwark? Zabudowania te są oddalone o około kilometr od głównego pałacu. Choć sam młyn jest wspomniany w kronikach, to dworek stojący obok niego już nie. Na planach folwarku zaznaczono młyn, a tego budynku też nie, o co chodzi, czym był ten obiekt?


Cóż, tego stojąc na drodze się nie dowiemy, może w siedzibie parku będą coś o tym wiedzieli, kierujemy się zatem w stronę głównego kompleksu.

Większość zabudowań pochodzi z czasów PRL-u, gdyż po wejściu sowietów z podniszczonych budynków wygospodarowano część na kołchoz. Później i te zostały poniszczone po przejściu frontu i trafiły w ręce Niemców. Ci z kolei wykorzystali te tereny jako źródło zapasów żywności na front wschodni. Jakiś czas po klęsce Niemców na wschodzie front wraca i komunizm już na stałe zawitał do tej posiadłości. Majątek przeszedł w ręce Państwowych Gospodarstw Rolnych i tak już pozostało do lat 80. Ostatecznie przed upadkiem komunizmu wszystko zostaje przekształcone w Park Narodowy i zaniechano wszelkiej działalności rolnej na tym terenie.


Gdy zaparkowaliśmy już w okolicy, zastanawialiśmy się do którego miejsca pójść w pierwszej kolejności, od którego budynku zacząć? Tam, gdzie ktoś nie chce, byś wchodził, ty chcesz wejść najbardziej, wybieramy zatem budynek, w którym usunięto schody prowadzące na górę, a pozostawiono jedynie stalowe belki, które kiedyś te schody podtrzymywały.


Na górze pustka, ale przyzwyczailiśmy się do niej, gdyż szabrownictwo urosło do takiego stopnia, iż niedziałająca od kilkunastu lat cegielnia, jaką odwiedziliśmy wcześniej, wygląda bardziej jak niedokończony pustostan niż prężnie działający zakład jeszcze kilka lat temu. Pierwsze pomieszczenie nie stwarzało jeszcze niepewności w poruszaniu się, lecz gdy weszliśmy do drugiej części, zamiast wylanego betonu pod stopami mieliśmy deski, które uginały się pod nami. Nie ma co ryzykować, decydujemy się na poruszanie po miejscach, gdzie widzimy gwoździe. Do czegoś mocniejszego w końcu muszą być przybite. Nie jest źle, bo w tym pomieszczeniu znajdują się również schody do zejścia na dół, więc będzie można zobaczyć, czemu na dole wszelkie drzwi były pozamykane już przerdzewiałymi kłódkami.



Poniżej stały dwie leciwe już maszyny, siewnik i kultywator (tak sądzę, choć na maszynach rolniczych nie znam się aż tak bardzo, więc mogę się mylić). Zastanawia mnie, czemu schowano pod kluczem akurat te dwa, skoro dalej znaleźliśmy jeszcze kilka podobnych stojących w trawie na polu. Miłym zaskoczeniem było jednak to, że ostały się tablice informacyjne z tamtych czasów. Można było jednak poczuć choć w małym stopniu klimat tamtego okresu.




Jednym z najlepiej zachowanych miejsc świadczących o przeszłości tego kompleksu jest najmniejszy i najbardziej niepozorny z nich. Waga dla ciężarówek. Zachowały się chyba wszystkie elementy mechanizmu w środku, lecz choć próbowaliśmy jakoś wpłynąć na wskazania, to nie drgnęła. Cóż, wszystko jednak jest przerdzewiałe i nie jest w użytku już od około 30 lat, zatem nie ma co się dziwić.




Trafiamy dalej do ruin jednego z budynków i tutaj o dziwo zatrzymaliśmy się przy jednej ścianie. Gdyby ktoś nas wtedy zobaczył, zapewne uznałby za dziwaków stojące osoby, patrzące na ścianę i żywo dyskutujące o tym, co widzą. Jednak był to zadziwiający fragment, biorąc pod uwagę, że w 1939 był to jeszcze majątek ziemski, który był gospodarowany przez konkretnego właściciela, następnie został częściowo zniszczony i przekształcony na kołchoz, następnie znów zniszczony, by ostatecznie powstał w tym miejscu PGR. W ścianie o długości może pięciu metrów widać było trzy różne budulce, które uzupełniały ubytki. Największa część ściany została wykonana z kamienia, która była następnie załatana czerwoną cegłą, by jeszcze później ta czerwona cegła była załatana białą cegłą. Z białej cegły i białych pustaków była wykonana większość budynków. Tylko jeden był z czerwonej cegły. Jeżeli dobrze myślałem, to można było wskazywać co pochodzi z okresu szlacheckiego, co wybudowano za czasu kołchozu, a co za czasów PGR-u.




Na szybko przeszliśmy jeszcze dwa zabudowania, które były jedynie otwartymi magazynami. Zupełnie pustymi budynkami. Przyciągnęły nas jednak pewne ruiny budynku, który wyglądał na mieszkalny, choć już zdewastowany doszczętnie. Bez dachu, bez okien i z gęstą roślinnością w środku. Przyznam szczerze, że liczyliśmy na ten budynek najbardziej, gdyż mogły tam jeszcze pozostać jakieś niepotrzebne rzeczy osobiste, które ludzie pozostawili twierdząc, że już to się im do niczego nie przyda.

Takie rzeczy jednak opowiadają pewną historię, gdy je przeglądasz. Gdy tylko zbliżyliśmy się do budynku, pojawiło się kilka os, które ciągle latały przy głowie i nie chciały się za nic odczepić. Z każdym kolejnym krokiem tych os stawało się coraz więcej i latały jeszcze bliżej twarzy, co jednak trochę nas zniechęciło, by zaglądać do środka. Gdzieś tam musiało być całkiem spore gniazdo, patrząc na ilość tych, które wyleciały do nas. Zrobiliśmy jedynie kilka zdjęć z zewnątrz, choć w planie jest zajrzeć tam w zimniejsze dni, gdy będziemy przejeżdżać przez te tereny gdzieś dalej.




Kolejny budynek do jakiego zajrzeliśmy wyglądał jak swego rodzaju „budynek socjalny” dla pracowników. Stał piec do gotowania i było tylko jedno dodatkowe pomieszczenie poza kuchnią. Podczas pierwszej wyprawy zrobiłem zdjęcie tabliczce wiszącej na drzwiach wejściowych, lecz przy drugiej jej już nie było. Zatem ktoś tutaj znów nabroił pod naszą nieobecność i usunął kolejne małe, choć dające jakiś pogląd o tym miejscu pamiątki.



Za pierwszym razem odbiliśmy się od drzwi siedziby parku i nie zastaliśmy nikogo w środku. Przy drugiej zauważyliśmy podjeżdżający autokar, więc stwierdziliśmy, że skoro przyjechała wycieczka zorganizowana, to i kogoś zastaniemy z pracowników.


W środku udało się nam przez chwilę porozmawiać z kobietą w informacji turystycznej i ona sama powiedziała, że mimo iż to ich teren, to w zasadzie niewiele o nim wiedzą. Były tylko jakieś dwie tablice informacyjne na korytarzu. Całą rozmowę przerwała kobieta, która urwała się z wycieczki. Podeszła i zapytała, co mają w sprzedaży, gdy usłyszała magiczne słowo, które padło z ust pracowniczki centrum informacji, odwróciła się do koleżanek, wypalając dość głośno:
- Ej, dziewczyny. Tu mają MAGNESY NA LODÓWKĘ w sprzedaży!

Tłum ruszył, przeważył nasze poczucie bezpieczeństwa i postanowiliśmy ulotnić się z pomieszczenia, zanim fala kółka gospodyń wiejskich nas zaleje. Korzystając z okazji, że całe pomieszczenie było po brzegi wypełnione rozentuzjazmowanym tłumem, postanowiliśmy zwiedzić całe muzeum wraz z wieżą widokową i w sumie do tej pory nie wiemy, czy te atrakcje były płatne, czy nie.

Po więcej zdjęć oraz opowieści z wypraw zapraszamy standardowo na nasz profil facebookowy.


<<< W poprzednim odcinku


Oglądany: 38565x | Komentarzy: 20 | Okejek: 109 osób