Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Prawdziwe wydarzenia, które brzmią jak fabuły dobrych horrorów

82 224  
129   30  
Gnijące zombie wałęsające się po ulicach, paskudne klątwy, zwyrodniali psychopaci mordujący swe ofiary w snach i ludzie, którym eksplodują głowy. Filmowe horrory są fajne i nikt nie wymaga od nich logiki czy choćby namiastki realizmu.

Czy jednak zawsze w przypadkach B-klasowego kina grozy mamy do czynienia tylko z fikcją? Przed wami kilka prawdziwych historii, które mogą brzmieć jak wymysł niezbyt ambitnego scenarzysty.

Fala zombie w XV-wiecznych Włoszech

Włoscy filmowcy włożyli bardzo dużo do rozwoju kina o plagach nieumarłych pożeraczy mózgów. Mimo że pierwszymi, pełnoprawnymi zombie, jakie znamy z dużego (i tego mniejszego też) ekranu były umarlaki z powstałego w latach 60. filmu George’a Romero, to Włosi mieli do czynienia z tym tematem jeszcze na długo przed powstaniem „Nocy Żywych Trupów”.


Pod koniec XV wieku obywatele Włoch zostali obdarowani przez Francuzów wyjątkowo udanym „prezentem” - syfilisem. Ta roznoszona drogą płciową choroba w swoim ostatecznym stadium powodowała, że zarażony pokryty był ropiejącymi wrzodami, duże obszary skóry i mięśni gniły, a fragmenty ciała nieszczęśnika po prostu odpadały. Wielu syfilityków traciło nosy, palce i genitalia.


W tamtych czasach syfilis był zarazą tak bardzo powszechną, że nie uchodził za tabu i nie był powodem do wstydu. Z braku skutecznego leku (na który trzeba było jeszcze długo czekać), ludzie zmuszeni byli jakoś żyć z tą chorobą, w wielkich bólach oczekując na to, aż podły syf w ciągu kilku miesięcy powoli pożre ich kruche ciała.
Do dziś zachowały się opisy grup zarażonych kiłą Włochów wałęsających się po ulicach, często nierzadko gubiąc za sobą fragmenty ich gnijących ciał. Efekt potęgowany był przez fakt, że choroba często atakowała usta ofiary zupełnie odsłaniając jej zęby.

Morderca ze snu

Jeśli chodzi o senne koszmary, których efektem jest śmierć, to każde dziecko wie, kto za tym stoi. Freddy Krueger – za życia mordujący dzieci zwyrodnialec, który po tym jak rodzice ofiar dokonali na nim samosądu, kontynuował swoje „hobby” w snach niewinnych pacholąt.


Wes Craven, reżyser filmu, nie wziął tego pomysłu znikąd. Zaintrygowany został przez prasowe informacje dotyczące pewnego fenomenu – całkiem zdrowi mieszkańcy Los Angeles zaczęli umierać podczas snu. Szczególnie często zdarzało się to azjatyckim imigrantom. Amerykańscy lekarze dokonujące sekcji zwłok ofiar nie byli w stanie dojść do tego, co jest przyczyną tej przerażającej fali zgonów.
Okazuje się, że temat był już dość dobrze znany. Szczególnie często śmierć dopadała śpiących Singapurczyków. Objaw, zwany Syndromem nagłej, niewyjaśnionej śmierci, albo też bardziej lokalnie - „bangungot” zabija średnio 43 osoby na 100 000 obywateli tego kraju.


Jak dotąd ustalono, że jedyną wspólną cechą u wszystkich ofiar jest nieregularna praca serca (arytmia) odnotowana przed zgonem, co według wielu ma oznaczać, że biedni Azjaci mordowani są przez jakąś senną zmorę.
Craven, badając temat, natrafił na artykuł opisujący sytuacje, w których dzieciaki boją się iść spać w strachu przed śnieniem.

Eksplodujące głowy

Wybuchająca dyńka to chyba jeden z fajniejszych filmowych motywów gore. Łby eksplodowały w „Gremlinach”, „Skanersach" i niezliczonej ilości krwistych produkcji grozy. Historia zna jednak przypadki, kiedy ludzkie czaszki faktycznie wybuchały.

https://vader.joemonster.org/upload/rbe/16522981da...

24 sierpnia 79 roku n.e. erupcja potężnego wulkanu uwolniła z jego wnętrza gorącą fontannę. Z krateru wystrzeliwało 1,5 miliona ton lawy na sekundę! W ciągu kilku chwil wulkaniczny osad zasłonił niebo zamieniając dzień w noc. Położone w pobliżu miasto – Pompeje pokryte została toksyczną chmurą, a wkrótce także i zalane rwącą rzeką lawy.
Jeszcze bliżej wulkanu znajdowało się inne miasto – Herkulanum. Jego mieszkańcy mieli jeszcze bardziej przesrane niż ich znajomi z Pompejów, głównie dlatego, że miejsce to znajdowało się na wybrzeżu, co znacznie utrudniało ucieczkę przed kataklizmem.


Ruiny Herkulanum odnalezione zostały dopiero w XVI wieku i jak się okazało – były one w znacznie lepszym stanie niż zgliszcza z Pompejów. Z czasem umożliwiło to przeprowadzenie dokładnych badań wykopaliskowych.
Śmierć w wyniku spotkania z rozpędzoną do prędkości 30 metrów na sekundę lawą musiała być cholernie spektakularna. W ciągu krótkiego momentu temperatura powietrza wzrastała do ponad 300 stopni Celsjusza. Ofierze dosłownie – wyparowywała skóra, a gotujący się mózg efektownie rozrywał czaszkę. Tak - wiele osób, które miały nieprzyjemność znaleźć się w tamtym miejscu, doświadczyło zjawiska eksplodującej głowy. Plus z tego jest taki, że była to wyjątkowo szybka śmierć.

„Gloomy Sunday” – pieśń samobójców

Słyszeliśmy już o przeklętych lalkach, nawiedzonych domach i demonach zaklętych w wszelkiej maści przedmiotach, ale czy słyszeliście kiedyś o kompozycji muzycznej, która prowadzi słuchaczy do targnięcia się na własne życie?
W 1933 roku węgierski kompozytor Rezso Seress napisał ten utwór będąc świeżo po zerwaniu ze swoją narzeczoną. Pieśń posiadała bardzo smutną warstwę tekstową i szybko stała się ulubionym kawałkiem osób cierpiących na depresję. Szczególnie tych, którzy rozważali popełnienie samobójstwa. Posępny kawałek dla wielu okazał się całkiem zacną ścieżką dźwiękową do ostatnich chwil życia. Przynajmniej 18 osób pod wpływem tejże kompozycji pożegnało się z tym padołem rozpaczy.


Temat szybko podchwycony został przez media, co ma się rozumieć – wpłynęło na wzrost zainteresowania numerem Seressa. Pieśń szybko stała się zacnym towarem eksportowym, a wśród wykonawców „Gloomy sunday” znaleźli się tacy artyści jak chociażby Ray Charles, Billie Holiday, Elvis Costello, czy zespół Genesis. Co na temat takiej popularności dzieła swego życia miał do powiedzenia jego autor? No, cóż – niewiele. W 1968 roku artysta postanowił zabić się skacząc z wysokiego budynku. Przeżył, więc sprawę musiał dokończyć w szpitalu, gdzie powiesił się na kablu.


Henry Rathbone – człowiek, który chciał uratować Lincolna

Pamiętacie „Lśnienie”? To doskonałe studium pogłębiającego się szaleństwa, które ostatecznie prowadzi do prawdziwej jatki. Takie psychiczne odpały są często rezultatem jakiejś silnej traumy. A takiej doświadczył Henry Rathbone – bliski przyjaciel prezydenta Lincolna, który w 1865 roku został przez niego zaproszony na teatralny spektakl.


Rathbone zasiadł u boku głowy państwa i jego żony. Nieoczekiwanie w prezydenckiej loży pojawił się drugoplanowy aktor grający w tej sztuce - John Wilkes Booth. Artysta z grymasem wściekłości na twarzy wymierzył w Lincolna ze swego pistoletu i posłał mu kulkę prosto w głowę.
Rathbone rzucił się na agresora. Ten jednak zdołał wyciągnąć nóż i zadał Henry’emu dość paskudną ranę. Zabójca zeskakując z loży na scenę złamał sobie nogę, ale i tak dał radę uciec. Złapano go dopiero po 12 dniach.


Mimo że rany na ciele Rathbone’a zagoiły się, to mężczyzna ten nigdy nie pozbierał się psychicznie. Popadł w obsesyjną zazdrość o swoją żonę. Był przekonany, że ta go zdradza. Dostawał ataków szału, podczas których stawał się nieobliczalny. Podczas jednego z takich wybuchów usiłował zamordować trójkę swoich dzieci. Kiedy jego małżonka rzuciła się, aby je bronić, Rathbone śmiertelnie ją postrzelił, dźgnął nożem, a na koniec usiłował popełnić samobójstwo pięciokrotnie dźgając się w klatkę piersiową.
Resztę życia Henry spędził w szpitalu psychiatrycznym bełkocząc pod nosem i rozmawiając z wyimaginowanymi postaciami.

Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 82224x | Komentarzy: 30 | Okejek: 129 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało