Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Apartheid: O honorowych białych, niemoralnym mieszaniu ras i tym, co z podziału ras zostało w RPA dzisiaj

62 986  
312   104  
Dziś ciężki temat. Ale trzeba go ruszyć, żeby nadać sprawom trochę kontekstu.

Na początku zaznaczam, że na temat samej przemiany systemu zdarzyło mi się wysmażyć pracę licencjacką (i wszystko już z niej zapomniałem), a temat całego apartheidu to materiał na kilka książek. Traktujcie wiec ten artykuł jako kilka ciekawostek popartych historyjkami z doświadczenia.

Apartheid w afrikaans znaczy „oddzielny” i w Południowej Afryce był założeniem osobnego rozwoju ras. W teorii więc chodziło o to, że wszyscy są równi, ale powinni jednak rozwijać się oddzielnie. Podobnie jak wszyscy byli równi w komunizmie i wszyscy równo dzielili się zasobami – też w teorii.


Historia

Trudno powiedzieć, gdzie właściwie apartheid się zaczął. Zapewne gdzieś w okolicy pierwszych prób zniesienia niewolnictwa, gdy do panów w dużych willach dotarło, że w dalekiej przyszłości na górce obok może osiedlić się ktoś o niewyjściowym kolorze skóry. Rozpędu zaczął nabierać, gdy zaczęła istnieć realna szansa, że kolorowi będą domagać się władzy, a zwłaszcza gdy do Afryki – razem z pachnącymi prochem skrzyniami – zaczął przesączać się komunizm, idee panafrykanizmu i walk wyzwoleńczych.

W tworzeniu podstaw apartheidu pomogło nazbyt dosłowne odczytywanie wybranych fragmentów Biblii. Zwłaszcza: „I uczynił z jednej krwi wszystek naród ludzki, aby mieszkał po wszystkiem obliczu ziemi, zamierzywszy przedtem rozrządzone czasy i zamierzone granice mieszkania ich” – czyż z tego fragmentu w sposób całkowicie oczywisty nie wynika, że lokalną ludność RPA powinno zamknąć się w townships? Wszystko podlano także ideologicznym sosem wyższości ras, który w pierwszej połowie XX w Europie przygotowywali panowie w mundurach Hugo Bossa.

Proces trwał dziesiątki lat i ostatecznie – w sposób usankcjonowany prawnie – wyklarował się dopiero w 1948 roku, gdy do władzy doszła Partia Narodowa. Partia Narodowa zarządziła rozdzielenie ras. Oznaczało to odrębne klasy w pociągach dla białych i nie-białych, osobne ławki, poczekalnie, plaże, bary, a nawet chodniki i tramwaje.


A zatem, gdy siedziałem ostatnio w barze, sącząc piwo i czekają na burgera ze strusia (z awokado – mistrzostwo!), rzuciła mi się w oczy scena przy barze. Starsza nobliwa para i grupa czarnoskórych gości w wieku 40 . Nie było napięcia, w pewnym momencie ponad barem śmignął nawet żart. Jeden z tych żartów, które są tak ciężkie, że przy uśmiechu krwawią usta, ale jednak żart. Pośmiano się, kiwnięto sobie głowami i wrócono do swoich zajęć. A jednak gdy wracano do swoich zajęć i prywatnych rozmów, kłuła mnie myśl, że obie te grupy muszą pamiętać dobrze czas, gdy jedna nie mogła dzielić z drugą chodnika ani plaży. Zastanawiałem się, czy ci ludzie śmiali się mimo tych wspomnień, czy właśnie przez nie – bo kiedyś nie mogli.

Wracając do apartheidu.

Wprowadzono szereg ustaw, które szczegółowo dzieliły białych i nie-białych. Tak szczegółowo, że dochodziło do sytuacji kuriozalnych. Azjaci byli generalnie nie-biali, Japończycy czy Koreańczycy jednak mieli status „honorowych białych”. Gdy wyrzucono więc z tramwaju Azjątę (nie-biały!), czasem trzeba było go przepraszać, gdy okazało się, że jednak „biały” jest, tylko nie widać tego na pierwszy rzut oka.

Niemoralni

Wprowadzono też zakaz mieszania ras. Skądinąd uroczo nazwany Immorality Act z 1927 roku zabraniał pozamałżeńskich stosunków seksualnych między białymi i czarnymi („natives”). W 1949 roku zabroniono mieszanych małżeństw, a kilka lat później już wszelkich stosunków seksualnych białych z nie-białymi. Mieszanie ras było niemoralne. Logika nakazywałaby sądzić, że Japończycy i inni honorowi biali mogli się mieszać do woli, ale nie udało mi się tego ustalić.

Ciekawe są orzeczenia w sprawach z tamtego okresu (nie, nie studiowałem prawa). Na przykład:

W 1959 roku 47 letni biały został skazany na pięć miesięcy więzienia i cztery baty za niemoralne zachowanie z kolorową kobietą („spędzali każdą noc w chacie i całowali się”). Kobiecie również wymierzono karę pięciu miesięcy w areszcie, ale jej nie skazano na baty. Mężczyźnie udało się ich uniknąć dopiero dzięki apelacji.


Nie znalazłem informacji, jak traktowano czarnych mężczyzn w podobnych sytuacjach, poza jedną, gdy 19 letniego chłopaka skazano na 4 lata za stosunek seksualny z czternastolatką. Ale sami przyznacie, w tym kontekście mało to wyjaśnia.

Realia

Apartheid był zbrodniczy. Wykluczał całą, ogromną grupę z decydowania o tym, co w kraju się dzieje, a co bardziej nieposłusznych potrafił potraktować „z łokcia”. Jednak w porównaniu z naszym rodzimym stalinizmem można powiedzieć, że Partia Narodowa śpiewała swoim opozycjonistom kołysanki. Do 1990 rząd zamordował około 7 tys. kolorowych, kolejne 14 tysięcy zginęły już po zalegalizowaniu Afrykańskiego Kongresu Narodowego, głównie w wyniku przemocy, której czarni dokonywali na czarnych. Naturalnie duża część tej przemocy była podsycana, ale prawda też taka, że RPA, jako kraj pełen kultur i kontrastów jest miejscem, w którym łatwo dostać w łeb, jeśli w nie najlepszej okolicy użyje się nie tego języka, co trzeba.

Zdaniem niektórych moich rozmówców apartheid istniał tylko w miastach, na wsiach ludzie się nim nie przejmowali i żyli razem. Jest w tym trochę prawdy. Jedynymi białymi, którzy w RPA mówią w Xhosa (język, który opiera się na kliknięciach) są ci, którzy wychowali się na farmach – razem z pracownikami. Razem się bawili i żyli. Bywały nawet przypadki adoptowania czarnoskórych przez białe rodziny – niektórzy reprezentanci czarnej klasy średniej w kraju mają właśnie taką historię.


A teraz historyjka obrazująca, że kolorowo może było, ale nie tak wesoło jak niektórzy by chcieli. Poznałem tu kobietę z Xhosa, Cristinę, której rodzice wiernie przepracowali na farmie całe życie. Gdy się zestarzeli odprowadzono ich na skrzyżowanie gruntowych dróg i w podzięce za służbę poradzono znaleźć sobie nowe zajęcie. Cristina przez lata potem szukała ojca, nie mieli kontaktu. Gdy wreszcie udało się jej sprowadzić go do siebie, nie mógł uwierzyć, że córka dorobiła się własnego domu. Aż do emerytury nie widział też dwusturandowego banknotu – przez całe życie powierzano mu tylko dziesiątki, dwudziestki i pięćdziesiątki.

A zatem może na wsi nie wyrzucano ludzi z tramwajów, ale nie zmienia to faktu, że czarni żyli jak pańszczyźniani chłopi. Nawet jeśli nierzadko byli traktowani „dobrze”.

W dzisiejszym spojrzeniu na apartheid (zwłaszcza w wykonaniu klawiaturowych bojowników, którzy „świat” znają z all inclusive w Egipcie) nie pomaga fakt, że jego upadek nie zamienił krainy w płynącą mlekiem i miodem. Ludzie nie chwycili się za ręce, nie zaczęli tańczyć, a z nieba nie spadł deszcz diamentów. Chociaż błąd. Niemal tak było, ale tylko przez chwilę. Potem masa problemów, które dotąd udawało się zamykać za ogrodzeniami townships czy bantustanów*, rozlało się na cały kraj.


Dziś

Dziś indeks nierówności społecznych (pamiętacie te wszystkie statystyki w stylu: 5% ludności świata ma 95% majątku? Mniej więcej o to chodzi.) pokazuje, że kraj jest jeszcze bardziej nierówny ekonomicznie, niż za apartheidu. Temat „zmian” jest prawdziwą rzeką, ale wśród głównych zarzutów są:

1. Ubiegając się o pracę – zwłaszcza w administracji państwowej – ma się dużo mniejsze szanse na pomyślną rekrutację, jeśli się jest białym.

2. System podatkowy, mówiąc delikatnie, nie faworyzuje bogatych (acz podatki są progresywne i tak naprawdę porównywalne z Europą).

3. Korupcja i szaleństwa Afrykańskiego Kongresu Narodowego (np. prezydent zbudował sobie dom za 20 milionów funtów).

4. Ogromna przestępczość.

Ciekawą rozmowę odbyłem z byłym żołnierzem RPA (z czasów apartheidu). Była to opowieść snuta w nocnej ciszy hostelu, gdy z łazienki obok słychać dziwnie rytmiczny chlust prysznica, a mruczenie kota wydaje się tak głośne, że aż drżą szyby.

Żołnierz opowiedział mi jak kazano im przenosić ciała, na których dokonano necklacingu** i jak widząc odłażącą z nich skórę stwierdził, że nie może być Boga. O tym jak stacjonował w townships, gdzie jego zadaniem było powstrzymanie biegnących na siebie tłumów Zulu i Xhosa, on zastanawiał się, co tam właściwie robi, a dzień później z telewizji dowiedział się, że rzekomo dokonywał zbrodni na lokalnej ludności. Następnie twierdził, że Partię Narodową obaliły obce wywiady, by przejąć surowce kraju. Argumentował niekiedy bardzo logicznie, poza tym człowiek winien mieć otwarty umysł. Winien też myśleć krytycznie. Zwłaszcza, gdy żołnierz żalił się, że białych traktuje się źle, mimo że wciąż wszystko utrzymują. I o tym, że apartheid był właśnie po to, żeby te grupy Xhosa, Zulu i wszystkie inne nie pozabijały się nawzajem.

I tu niestety trzeba sobie coś wyjaśnić. Biali wszystko utrzymują, bo wciąż stanowią najbogatszą grupę społeczną. Nikomu nie zabrano majątków ani ziemi, którą gromadzono przez pokolenia (i dobrze zresztą, bo inaczej skończyłoby się zapaścią ekonomiczną). Łatwiej utrzymać willę nad brzegiem morza, niż zarobić na nią zaczynając w szopie pod miastem. Co do podziału różnych grup... „Troska” Partii Narodowej o pokój w kraju umiarkowanie argumentuje osobne miejsca dla białych, ale nie wyjaśnia braku osobnych miejsc dla grup, które rzekomo tak chętnie się zabijały. Z kolei problem ze znalezieniem pracy jest oczywiście dowodem niesprawiedliwości – ale weźmy pod uwagę, że wśród białych bezrobocie wynosi 8%, gdy wśród czarnych prawie 40%.

Dziś jednak łatwo spotkać kogoś, kto będzie sugerować, że „było lepiej”. Oczywiście zawsze szeptem i zawsze w wielkim zaufaniu do rozmówcy (metoda na podbijanie ludzkich serc: podzielenie się przedpremierowym odcinkiem Gry o Tron).

Trudno, zwłaszcza na początku, nie rozumieć tej tęsknoty za „dawnymi czasami”. Gdy depcze się zielone ulice Kapsztadu czy muska wzrokiem kolonialną architekturę, nasuwa się myśl: „jak to musiało być kiedyś”. Gdy nie trzeba było obserwować z uwagą każdej mijanej twarzy i pary rąk („czemu jedna jest w kieszeni?”). Gdy samotne wyjście w góry albo wieczorny spacer po plaży nie rodziły pytania: czy nic mi się nie stanie? W kraju, w którym dosłownie KAŻDY ma jakąś historię związaną z napaścią, kradzieżą, a nawet próbą morderstwa łatwo przychodzi myśl, że kiedyś musiało być lepiej. Owszem, musiało. Dopóki byłeś biały.

Apartheid zakończył się dawno temu, ale podziały wciąż trwają. Znaleźć je można na przykład w ekonomii. W townships jedyni biali jakich widziałem, to pracownicy organizacji pozarządowych – w wielkiej części Amerykanie i Europejczycy. W bogatej dzielnicy Kapsztadu, Seapoint, widuje się sporo koloredów, ale czarnych bardzo niewielu***. Jeśli już – zwykle pracowników restauracji albo sprzątaczki. Wiele z nich przyjeżdża zresztą z townships, np. Khayelitshi.
„Apartheid” to mocne słowo i nie najlepiej oddaje aktualny stan. Chociaż – jak powiedziała mi jedna biała dziewczyna – nie bez powodu RPA nazywa się „tęczową nacją”. Bo i tu wszystkie kolory są oddzielone.

I tak na przykład, gdy wybieram się na plażę ze znajomymi, trudno nie dostrzec, że na ogół jesteśmy jedyną grupą o mieszanych kolorach. W siatkówkę gramy z białymi chłopakami ze Stellenbosch, przy okazji spaceru mijamy grupę młodzieży o rysach sugerujących półwysep indyjski, a wieczorem – z dala od damskiej części naszej grupy – komentujemy urodę czarnych dziewczyn, które rozłożyły się przy krańcu plaży.


Innego razu w pubie zdałem sobie nagle sprawę, że oglądam mecz ja, mój czarny znajomy, a gawędzimy o nim z czterema kolesiami, którzy też są czarni.
Nawet w znanej mi organizacji pozarządowej ludzie, którzy przyjechali z Europy rok albo dwa temu jako wolontariusze, a następnie zostali zarabiają lepiej niż czarnoskórzy, którzy pracują jako trenerzy po piętnaście lat (znaczenie ma tu wykształcenie oczywiście, ale i fakt, że ci drudzy ani razu nie odważyli się poprosić o podwyżkę).

I oczywiście nic tu nie jest czarno-białe (...hehe). Poznałem czarnoskórego z Soweto (jedno z townships), który robi ogromne pieniądze na handlu iPhone’ami. Prezydent kraju, Jacob Zuma (o nim chętnie napiszę osobno), ma zwyczaj negowania istnienia wirusa HIV, czy śpiewania piosenek o mordowaniu białych. Przyznacie, mało odpowiednia forma rozładowywania napięć.

Zdarzyło mi się też rozmawiać z czarną szefową dużej organizacji, która otwarcie mówiła, że w firmie woli, żeby pieniądze trzymali biali. Bo wychowywali się przy pieniądzach i pokusa skubnięcia czegoś dla siebie nie jest dla nich tak silna jak dla tych, którzy dorastali w biedzie.

Z drugiej strony spotkałem naprawdę fascynujących reprezentantów czarnej klasy średniej. Wielokrotnie pożyczaliśmy sobie nawzajem pieniądze, stawialiśmy drinki w pubach i zawsze zachowywano się honorowo, czyi „kolejna kolejka na mnie”. Poznałem gościa, których w wieku 24 lat miał własny klub jogi i dwie galerie, a facet, który wywodzi się z najgorszej nędzy Soweto dba o ludzi w swoim otoczeniu jak nikt, kogo spotkałem wcześniej. Nie wspomnę już, że dla tych, którzy wychowali się w township niczym nadzwyczajnym jest mówienie w siedmiu, ośmiu, czy dziewięciu językach. Ktoś, kto wierzy, że tylko biali mogą rządzić krajem ma najwyraźniej kontakt tylko z nianiami i kelnerami spoza własnej grupy.

Tak często jest w mniejszych miasteczkach, gdzie czarnych spotkać można najwyżej na kasie (a i to ze względu na minimalne limity zatrudnienia). W jednej z takich miejscowości mój znajomy, który kupował soczewki kontaktowe w aptece usłyszał: „Nie wiedziałem, że wy też możecie je nosić”. Innym razem nazwano go „niewolnikiem” gdy poprosił o ogień. I w tych miejscowościach unosi się miedzy domami atmosfera napięcia. Drobnych zachowań, spojrzeń, które łatwo przeoczyć, ale które mają w sobie coś z książek w rodzaju Krainy Chichów. Masz wrażenie, że uśmiechnięci, biali starcy to fasada tak cienka, że wystarczy kichnąć, żeby wszystko się rozsypało.

Słuchając tego wszystkiego łatwo się pogubić. Wracając do Kapsztadu – tu na ogół ludzie są dla siebie bardzo mili – uśmiechnięci, grzeczni i otwarci. Na pierwszy rzut oka. Bo przecież są jeszcze te rozmowy szeptem, w ciemnych zakamarkach hosteli i pubów. A warto zaznaczyć, że to jedno z najbardziej liberalnych miast kraju (pierwsze, które zgodziło się włączyć townships w granice administracyjne).

Jedno, co nasuwa mi się nieustannie, to że każda z grup ma swoje skrajności. Niektórym białym ciężko pogodzić się z faktem, że żyje im się gorzej niż kiedyś, zaś niektórym kolorowym/czarnym łatwiej jest przyjąć rolę ofiary, by wytłumaczyć brak własnych sukcesów. Na jednych i drugich lubią żerować politycy, podkarmić trochę żalami i odpowiedzialnością innych i w ten sposób rodzą się kłótnie, które nie dotykają sedna. Z drugiej strony: wciąż są miejsca, gdzie apartheid pozostaje faktem.

Tam, gdzie widziałem ludzi, którzy współpracowali nie patrząc na różnicę kultury czy koloru skóry, efekty bywały naprawdę imponujące. Afrykanie musieli trochę dłużej pogadać na spotkaniach, co irytowało Europejczyków, Europejczykom brakowało odrobinę ludzkiego podejścia, co sprawiało, że Afrykanie czuli się pominięci i tak dalej i tym podobne. A jednak: wszystko działało.

* * * * *

Jeśli chcecie być na bieżąco z relacjami z RPA, zajrzyjcie na fanpage Tadeusza pod tym linkiem: https://www.facebook.com/Tadek-Vblog-1420461228022850/

W poprzednim odcinku opowieści wolontariusza z RPA


Oglądany: 62986x | Komentarzy: 104 | Okejek: 312 osób