Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jaszurusia opowiada o swojej wędrówce przez ukraińskie góry

27 429  
172   27  
Położona w paśmie Czarnohory Howerla jest szczytem Ukrainy. Jej zdobycie nie wymaga jakiegoś szczególnego obycia z górami, w związku z czym za cel swojej wycieczki obiera ją wiele osób - jest wręcz zadeptywana.

Nic więc dziwnego, że jeszcze przed moim wyjazdem Kuba, prawdziwa skarbnica wiedzy o różnych Czarnohorskich niuansach (o Kubie i jego Chatce pisałam tu) zasugerował mi, że pomysł rozpoczęcia wędrówki od Howerli nie jest najmądrzejszy. Ja jednak sobie postanowiłam - okrężną drogą, aby jak najbardziej uniknąć tłumów, ale chcę w końcu wejść na Howerlę.

Moje nastawienie zmieniło się, gdy, wysiadłam z busa przy turbazie Zaroślak. Od kierowcy usłyszałam, że dzień wcześniej padał deszcz i dziś pogoda się poprawiła, więc na pewno ludzi będzie "bahato". No i niestety - miał rację. W związku z tym najszybciej, jak tylko mogłam, odnalazłam żółty szlak prowadzący do Jeziora Niesamowitego i tam skierowałam swoje kroki. Idąc tą drogą mija się stację botaniczną, przy której odbiłam w boczną dróżkę.



Dróżka ta zaprowadziła mnie na przełęcz między Breskułem a Pożyżewską.


Tym sposobem znalazłam się na głównej grani Czarnohory a zatłoczona Howerla została za moimi plecami. Zatłoczona i zachmurzona, ponieważ mimo dość przyjemnej pogody, Howerlę uparcie spowijały tumany.


Przedwojenny słupek graniczny z oznaczeniem szlaku.

Ruszyłam w stronę szczytu Pożyżewskiej. Zanim tam dotarłam, chmury otuliły już całą okolicę.

Gdy doszłam w pobliże szczytu Turkuł, widoczność zaczęła się bardzo szybko pogarszać. Wiem skądinąd, że góra oferuje niesamowite widoki, jednakże w tej sytuacji wchodzenie na nią nie miało już większego sensu. Poza tym zbliżała się pora, by rozbić namiot i przygotować się do pierwszego noclegu w Czarnohorze, który wypadł mi w miejscu niemalże symbolicznym - nad Jeziorem Niesamowitym.

Mimo, że jest tak popularne (a może właśnie dlatego), to jezioro to zaskarbiło sobie niechęć wielu osób. Bywa porównywane do naszego Morskiego Oka, co moim zdaniem jest sporą przesadą.

Do jeziora schodziłam już w bardzo gęstej mgle, starając się kierować na odgłosy słyszane w dole. Po pewnym czasie w mgle zaczęły majaczyć pierwsze namioty, z czasem wyłaniało się ich coraz więcej. W końcu okazało się, że trafiłam do najzwyklejszego miasteczka namiotowego, rozbitego nad jeziorem wśród kosówek.


Wyświetl większą mapę

Wbrew wszystkim zasłyszanym narzekaniom – podobało mi się tam. Teren okazał się nie być wcale jakoś szczególnie zaśmiecony a nocujących tam ludzi zdecydowanie nie można porównywać do przypadkowych turystów widywanych nad Morskim Okiem.

Ostatnim wyzwaniem tego dnia było namierzenie we mgle źródła. W końcu zmęczona, najedzona i jedynie z grubsza obmyta, zapadłam w sycący sen i obudziło mnie dopiero słońce rozgrzewające wnętrze namiotu.

Słowo daję, że widok ujrzany rano po otwarciu namiotu na krótką chwilę wstrzymał wszystkie moje funkcje życiowe. Doszczętnie skrywający wszystko tuman zniknął zupełnie a moim oczom ukazało się to:



Miasteczko powoli zaczynało budzić się ze snu, niektórzy już zwijali swoje obozowiska, inni dopiero przeciągali się napawając się piękną pogodą. Ktoś, używając karimaty, urządził sobie zjeżdżalnię na płacie zalegającego jeszcze na jednym ze stoków śniegu. Niestety, nie zdążyłam tego uchwycić na zdjęciu, a szkoda, bo widok był przedni.

Ogarnęło mnie przewspaniałe uczucie, wynikające z faktu, że obudziłam się w górach, mam przed sobą cały dzień na wędrówkę, nigdzie nie muszę się śpieszyć i w sumie to gdzie bym nie doszła, to będzie dobrze. Przygotowując sobie śniadanie i obowiązkową poranną kawę, wypatrywałam na niebie przynajmniej jednego zdradliwego obłoczka, który rozwijając się mógłby końcu doprowadzić do załamania pogody. Bezskutecznie – dzień zapowiadał się wyjątkowo pięknie.



Przez owo poranne rozleniwienie w drogę ruszyłam dość późno. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego, teraz miałam piękny widok na jezioro.



Wiatr, który już na dole utrudniał mi złożenie namiotu, na grani okazał się naprawdę silny. Mimo, że na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze obłoki, pogoda ciągle była krystaliczna i owe podmuchy całkiem przyjemnie niwelowały prażenie słońca. Z czasem jednak z gęstniejących chmur zaczęły spadać pierwsze krople deszczu (aczkolwiek na razie były to tylko szybko mijające straszaki). Wiatr momentami wzmagał się do tego stopnia, że, mimo ciężkiego plecaka, najzwyczajniej mnie znosił, zmuszając do padnięcia na czworaka i zejścia niżej w poszukiwaniu nieco bardziej zacisznej ścieżki.


A te kwiatki to azalie. Jeśli odpowiednio wybierze się czas, to można trafić na całe zaróżowione przez nie zbocza.

Zdecydowanym hiciorem tego dnia była góra, o której zwykle zbyt dużo się nie mówi. Najpopularniejszymi szczytami Czarnohory są Howerla i Pop Iwan, jednakże, w moim odczuciu, najbardziej fascynujący w tym paśmie jest Munczel.


Wyświetl większą mapę

Południowa część Czarnohory generalnie skrywa liczne ślady walk z okresu I wojny światowej, ale na Munczelu otrzymujemy kumulację. Góra została niemalże przeorana okopami i upstrzona zasiekami. Kuba w swoim przewodniku wspomina nawet o dwóch umocnionych drewnem schronach, na które ja jednak nie natrafiłam.







Pogoda, mimo postępującego zachmurzenia i niesamowitego wiatru, cały czas była stosunkowo przyjemna, w związku z czym pozwoliłam sobie na nieco dłuższy pobyt na Munczelu, po czym, nieśpiesznym krokiem, udałam się w kierunku miejsca, które upatrzyłam sobie na mój drugi i zarazem ostatni nocleg pod namiotem - ruiny schroniska AZS. Po drodze dane mi było zobaczyć piękny widok na Kosaryszcze, do którego, po stronie niewidocznej z tej perspektywy, jest przytulona Chatka u Kuby.


Lampa nad Kosaryszczem.

Napotkałam nawet stado owiec z watahem i psami pasterskimi.


Należy zaznaczyć, że nie są to tzw. wypasy kulturowe, znane chociażby z Tatr.
Dla Hucułów to jest ciągle część ich życia.



Wyglądają poczciwie, ale nie dajcie się zwieść – ostro się wkurzyły, gdy zbyt mocno zbliżyłam się do stada...

Po drodze towarzyszył mi widok Popa Iwana – jedną z tych gór, na które bardzo przyjemnie się patrzy, ale, ze względu na zainteresowanie masowego turysty, niekoniecznie chce się na nie wchodzić.




Drogowskaz na Popa Iwana.

Niespiesznym tempem dotarłam do Przełęczy nad Kwadratem i gdy schodziłam do ruin schroniska, pogoda zaczęła szybko się załamywać. W momencie, gdy zeszłam w dolinkę, wiało i padało już na tyle mocno, że nie wybrzydzając, zaczęłam rozbijać namiot w pierwszym lepszym nadającym się do tego miejscu. Oczywiście starałam się zrobić to w ten sposób, by jak najmniej wody wpuścić do środka, ale niesamowity wiatr bardzo utrudniał zadanie. W sumie to w oczy zaczęła mi zaglądać już wizja, że jeszcze trochę i przez ten wiatr tego swojego namiotu będę mogła szukać gdzieś na Rumunii, gdy nagle zjawił się ON... Mój wybawca, rycerz na białym rumaku, a dokładniej - chłopak w plastikowym płaszczu przeciwdeszczowym (koloru bodajże czerwonego) i pomógł mi okiełznać moją już prawie odlatującą pałatkę.


Wyświetl większą mapę

Załamanie pogody okazało się krótkotrwałe (chociaż właściwiej byłoby powiedzieć, że to poprawa, która po nim przyszła, była chwilowa) i mój rycerz, który rozbił się po sąsiedzku z większą grupą, złożył mi propozycję nie do odrzucenia: „Dawaj, poznakomim-sja”. Cóż było robić – chwyciłam coś do przekąszenia ze swoich jak zawsze zbyt obfitych zapasów i poszłam. Owi ludzie okazali się przesympatycznymi odessyjczykami, (co było dość zabawnym zbiegiem okoliczności, ponieważ ja w Czarnohorę przyjechałam właśnie z Odessy, o czym pisałam tu), ugościli mnie koniakiem a na odchodnym dostałam jeszcze spory kawałek salami i trochę cukierków (bo to nie mogło tak być, bo ich tylu a ja jedna – czy jakoś tak).
W nocy powrócił wiatr i deszcz. Podmuchy były tak silne, że nad ranem zostałam obudzona przez dość mocne uderzenie namiotowego stelażu w głowę a sam namiot zaczął kłaść się na płasko. Fakt, że w warunkach, w jakich był rozbijany, nie miał szans zostać dobrze naciągnięty, ale mimo wszystko – wyglądało to trochę niepokojąco. Kilka dni później miałam się dowiedzieć, że góra Pop Iwan u podnóża której przyszło mi nocować, pierwotnie była zwana przez Hucułów nie żadnym popem, tylko Popiwana, czyli góra, na której niesamowicie piź... na której popiwają wiatry. Zaiste - zasłużyła ona na swoje miano.
(Tak na marginesie – podobnie na Howerlę Huculi kiedyś mówili Hywerlia. Podobno nawet podnoszą się głosy, by powrócić do tego oryginalnego nazewnictwa).

Stwierdziłam, że w wypadku, gdyby wszystko miało mi pozrywać, lepiej mieć już poskładany cały majdan i mimo pokusy, by spróbować jeszcze trochę pospać – zaczęłam pakować plecak. Tak mnie to pochłonęło, że nawet nie zauważyłam, kiedy zawierucha się uspokoiła, i moje zdziwienie poszybowało w kosmos niczym sonda Cassini, gdy po otwarciu namiotu zobaczyłam to:




A to mój mały towarzysz, który rano pojawił się nie wiadomo skąd, zszedł ze mną niemalże do samej Dzembroni, po czym zniknął. Imię robocze – Łapserdak.

Skwapliwie skorzystałam z tego, że pogoda pozwalała na przyrządzenie kawy i ciepłego śniadania, po czym pożegnałam się z odessyjczykami i ruszyłam przez Uchaty Kamień i Dzembronię w stronę Chatki.



Moi nowi znajomi mieli w planie jeszcze wejście na Popa Iwana (czy też raczej na Popiwaną), co z kolei ja sobie odpuściłam. Oczywiście - jak najbardziej warto zobaczyć znajdujące się na szczycie ruiny obserwatorium, co też swego czasu uczyniłam, jednakże chodzą tam tłumy pewnie niewiele mniejsze, niż na Howerlę (czy też raczej na Hywerlię) i ten fakt skutecznie zniechęca mnie do powrotu.
Ścieżka, którą przyszło mi schodzić, jest dość popularna i zagęszczenie ruchu jest na niej wyraźnie większe niż nawet na głównej grani Czarnohory. Wśród większości mijanych ludzi niesamowite zdziwienie budził mój bardzo szczelny strój. Poranna poprawa pogody znów okazała się chwilowa a Czarnohorę wkrótce znów zaciągnęły tumany i znowu wzmógł się wiatr.... A w tym czasie na dole było „duże żarko”. Zanim zeszłam do Dzembroni, bardzo mocno zaczęłam odczuwać różnicę temperatur.





Zaszłam jeszcze do położonego przy szlaku sklepu po piwo na wieczór (miałam przeczucie graniczące z pewnością, że potem już nie zechce mi się schodzić do wioski) a następnie... nastąpił jedyny naprawdę morderczy odcinek z całej wyprawy. Słońce prażyło niemiłosiernie, obrana przeze mnie droga wiodła niemalże cały czas odsłoniętym terenem, niespokojna noc też dawała się we znaki a plecak ciążył coraz bardziej... Szczęśliwie po drodze mijałam jedno z gospodarstw oferujących turystom swoje produkty. Pokrzepiwszy się solidną porcją fantastycznego zsiadłego mleka, uskrzydlona ruszyłam dalej i wkrótce dotarłam do Chatki.


Wyświetl większą mapę

Po dojściu na miejsce miałam jeden naczelny cel: umyć się! Kątem ucha słyszałam, jak Kuba mówił coś o tym, że woda powinna być ciepła (co nawet zbyt szczególnie mnie nie zdziwiło, gdyż jeszcze przed wyjazdem czytałam na chatkowym FB o zamontowaniu solarów), ale temperatura wody nie miała dla mnie jakiegoś szczególnego znaczenia. Ja po prostu bardzo chciałam w końcu wziąć prysznic – mógł być nawet i ciepły. Ale faktycznie – woda wprawdzie nie była jeszcze gorąca (co w kolejnych dniach jak najbardziej miało już miejsce), ale już bardzo przyjemna. Dopiero potem z fejsbukowego wpisu dowiedziałam się, że zgarnęłam miano pierwszej turystki, która umyła się się w Chatce pod ciepłym prysznicem. Ale jakkolwiek by nie było - poczułam się, jakbym trafiła na wakacje all inclusive.


Pani ma relaks...


z takim tam widokiem.

Muszę zaznaczyć że naprawdę podziwiam Kubę za to, że z raczej niekoniecznie zachęcająco wyglądającej rudery stworzył naprawdę przyjemne i powiedziałabym nawet, że komfortowe miejsce.


Wytęż wzrok i znajdź trzy różnice.

Następnego dnia Kuba wyjeżdżał do Polski pozostawiając w Chatce na straży Jurę, z którym w trakcie mojego pobytu odbyłam wiele ciekawych rozmów na tematy różnorakie. Ja natomiast założyłam sobie, że uzbrojona w napisany przez Kubę przewodnik) pójdę w Kizie Ułohy. Gdy powiedziałam o tym Kubie to usłyszałam, że w sumie to tam jakiś czas temu zeszła lawina, trochę przemeblowała i powinnam uważać, by nie wdepnąć w jakąś porośniętą trawą zapadlinę, poza tym turyści którzy tam ostatnio chodzili donieśli, że nie widać żadnych ścieżek, ale powinnam szukać miejsca, w którym polana wcina się w kosówkę i tam powinna pojawić się dróżka.... No super - ewidentnie powróciłam na te czarnohorskie drogi, z którymi zetknęłam się niemalże od razu po pierwszym moim przyjeździe w te góry i w których zakochałam się od pierwszego postawionego na nich kroku.

To był kolejny pięknie rozpoczynający się dzień - w upale mijane łąki, pełne kwiatów i ziół, pachniały wprost obłędnie, tu i ówdzie kusiły poziomki a w bardziej nasłonecznionych miejscach zaczynały już pojawiać się jagody.


I tylko ta niepokojąca świadomość, że jesteś obserwowany...

Początkowy odcinek drogi na Kizie Ułohy pokrywa się ze znaną mi już ścieżką na Szpyci (tak na marginesie – absolutnie czarującą). Po drodze minęłam m.in. zbudowany przed wojną dom wypoczynkowy, który po wojnie ktoś próbował przerobić na daczę, tworząc w ten sposób swoistego budowlanego potworka.




Wyświetl większą mapę

Drogi rozchodzą się niedługo po minięciu tego budynku. Moja pięła się w górę przez las. Co jakiś czas zerkałam do przewodnika Kuby i z zadowoleniem stwierdzałam, że wszystko idealnie się zgadza, aż za którymś razem... cokolwiek przestało się zgadzać. No jakże mogłoby być inaczej - baba poplątała ścieżki i zabłądziła... Postanowiłam jednak nie dochodzić tego, w którym miejscu popełniłam błąd, tylko dać się dalej prowadzić ścieżce, która stawała się coraz bardziej kusząca.



Po przejściu kolejnych potoków, wspinając się dalej dość wygodną dróżką prowadzącą przez przecinki w kosówce, dotarłam na skraj niewielkiego kotła. Postanowiłam zrobić sobie tam dłuższy odpoczynek, napaść oczy widokami i wracać.



Ku mojemu zdziwieniu, w pewnym momencie dostrzegłam schodzącą z grani powyżej mnie niewielką grupę turystów. Ich zaskoczenie tym, że spotkali kogoś na tym odludziu, było chyba równe mojemu.

Dopiero po powrocie do Polski Kuba pomógł mi ustalić, że zamiast skręcić w lewo skręciłam w prawo i poszłam w stronę Kiedrowatej Pohoriwki, oddzielającej Kizie Ułohy od Kotła Gadżyny.

br> Wyświetl większą mapę

Wracając po raz pierwszy podczas tego wypadu spotkałam coś, co jest nieodzownym elementem ciepłych czarnohorskich dni.



Żmije są jedynymi żywymi stworzeniami, na które naprawdę trzeba w Czarnohorze uważać. Z moich obserwacji wynika, że wcale nie lubią mocno nasłonecznionych miejsc, lecz raczej ciepły półcień, słońce przefiltrowane przez drzewa lub przez trawy, przez co niekiedy może być problem z dostrzeżeniem ich w porę. Szczęśliwie nie miałam okazji się o tym przekonać, ale podobno nadepnięta żmija zwykle kąsa mniej więcej na wysokości kostki, więc odpowiednio wysokie buty wydają się być tu podstawą. Całe szczęście, gady te najczęściej same uciekają, gdy wyczują zbliżającego się człowieka (zdarzyło mi się nawet, że jedną dostrzegłam dopiero, gdy ta już czmychała przede mną). Niemniej ta z zdjęcia wydawała się na tyle zainteresowana moją osobą (ktoś mógłby złośliwie powiedzieć, że w końcu swój do swego ciągnie...), że mimo i tak sporej odległości od gada, zdecydowałam się obejść miejsce jej wygrzewania się, schodząc z dróżki w las.

Dzień następny w moim założeniu miał być nieco lżejszy - wymyśliłam sobie leniwy spacer na Połoninę Czufrową. Prowadzą tam dwa niezbyt popularne szlaki – czarny i zielony. Na wszystkich mapach widać, że oba kończą się na połoninie, aczkolwiek ścieżka idzie dalej aż na Przełęcz nad Kwadratem, i jest świetną alternatywą dla osób, które wybierają się na Popa Iwana lub w jego okolice. Po drodze przechodzi się m.in. przez mokradła, których pokonanie zawsze nastręczało sporo problemów, a które w tym roku okazały się podejrzanie nikłe. (Epilog tego faktu ma miejsce teraz - w Chatce pojawił się problem z dostępem do wody).


Wyświetl większą mapę

Gdy znalazłam się już na Czufrowej, w mojej głowie pojawiła się pokusa – gdzieś tu odchodzi dróżka na Munczel... Idąc przez Czufrową dość łatwo jest ją przeoczyć, ale jak już się ją znajdzie, to okazuje się być bardzo widoczna i wygodna.








Krowy są prawdziwymi władczyniami tych gór. Jeśli kiedyś wejdę na Howerlę i zobaczę tam jakieś stadko, to już nawet mnie to nie zdziwi.

Na tym odcinku zaskoczyły mnie widoczne na skałach oznaczenia czarnego szlaku. Dopiero po powrocie do kraju dowiedziałam się, że szlak ten został namalowany przez Kubę, aczkolwiek autorzy map nie zwracają się do niego z pytaniem, dokąd te oznaczenia właściwie prowadzą, w związku z czym na wszystkich mapach szlak ten urywa się na Połoninie Czufrowej.
Wyznaczanie szlaków w ukraińskich górach to jest w ogóle wolna amerykanka. Po dawnej czechosłowackiej stronie robią to Czesi, po polskiej – Polacy, Ukraińcy zapewne też to i owo namalują... Wszystko to odbywa się z korzyścią dla wędrowców, ale wyraźnie brakuje współpracy.

Idąc wzdłuż potoku między jałowcami i kosówkami, dotarłam do kotła pod Munczelem. Podobno jest to dobre miejsce na nocleg i na takie wygląda. Obiecałam sobie wybrać się kiedyś tam z namiotem w nieco dłuższą wyprawę i zaplanować ją w ten sposób, by na noc zatrzymać się właśnie w tej dolince.



Leniwe tempo, które narzuciłam sobie tego dnia nie pozostawiło mi już czasu na wejście na samą górę. Dotarłam do formacji skalnych oznaczonych na mapie jako Prełuki.


Wyświetl większą mapę



I w końcu pojawili się jacyś ludzie. Nie licząc Jury – pierwsi ujrzani tego dnia.



Nasyciwszy się widokami rozpoczęłam powrót.


A w drodze powrotnej taka niespodzianka. Uskok miał ok. 1m wysokości. Ja akurat schodziłam, ale wchodzenie w tym miejscu musi być bardzo zabawne.

Po drodze udało mi się znaleźć trochę grzybów, w tym kurki, które podsmażone z cebulką i młodymi ziemniakami, popijane huślanką (jest to rodzaj jogurtu wyrabianego przez Hucułów, trochę ostry w smaku, który rozrobiony z wodą jest fantastycznym napojem orzeźwiającym i stanowi świetną alternatywę dla wszelakich izotoników, a jego dodatkowym walorem jest osłonowe działanie na przewód pokarmowy), złożyły się na królewski wręcz posiłek.
Kolejny dzień to był czwartek – dzień, w którym w Werhowynie odbywa się targ. Początkowo miałam zamiar tam pojechać, lecz ponieważ był to jednocześnie mój ostatni dzień w Czarnohorze, ostatecznie przeznaczyłam go na spacer po Kosaryszczu.

Ponieważ widoczność była idealna, miałam świetny widok m.in. na Szpyci...



… oraz na Popa Iwana.



Góry to miejsca wyjątkowo łaskawe dla facetów. Tam zawsze gdzieś znajdą się jakieś cycki...



… w takiej lub innej postaci.


To była najbardziej towarzyska krowa spośród wszystkich napotkanych.

Ale nie zapominajmy też o huculskich konikach.



Jeszcze tylko szybka wizyta w zielonym sklepie w Dzembroni, ostatni łyk werhowyńskiego żywego piwa i powrót do Chatki.
Tego dnia wyraźnie wzmógł się niepokój w naturze. W drodze powrotnej złapała mnie burza, jednakże być w Czrnohorze i nie przemoknąć to tak jakby być w Rzymie i nie zobaczyć papieża.


Ale po burzy przychodzi pogoda. I tęcza, po ukraińsku – weselka.

Burza przeszła, ale niepokój w naturze się wzmagał. Gdy wracałam od pobliskich gospodarzy (pojęcie względne – najbliżsi mieszkają jakiej 15-20 min. od Chatki) z obiecaną dla znajomych huculską samogonką, wiało już naprawdę mocno. Podmuchy uderzające w nocy w Chatkę przypominały Dziki Gon i wieczorna lektura „Lśnienia” w tych okolicznościach przyrody rozpalała wyobraźnię...
Następnego dnia rano pożegnałam się z Jurą i, jak zawsze z ciężkim sercem, zeszłam dróżką do Bystreca.


Ostatnie spojrzenie na Chatkę.


I ostatni napotkany gad. Jaszczurek w Czarnohorze jest jeszcze większe zatrzęsienie niż żmij.

Następnie poszłam przez wieś w stronę Czerdaku (jeszcze przed wojną nazywano tak stojącą na wylocie wsi karczmę, dziś pozostała już tylko nazwa). Po drodze mogłam zobaczyć żniwo zebrane przez zeszłonocny wichurę – linie wysokiego napięcia zerwane przez powalone drzewo. Do Werhowyny dotarłam na stopa. Tam były jeszcze tradycyjne zakupy na rynoczku, powiększające moją kolekcję bluzek-wyszywanek (wiadomo – baba na wakacjach musi się obkupić...), potem podróż marszrutką do Ivano-Frankivska i powrót do Polski.

A teraz to już tylko byle do następnego razu.

Oglądany: 27429x | Komentarzy: 27 | Okejek: 172 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało