Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Postanowiłem wybrać się na imprezę dla swingersów

150 541  
383   165  
To było do przewidzenia. Kiedy już poruszyliśmy temat polskiej branży porno oraz bolesnych spotkań z profesjonalną dominą ze sztucznym prąciem zamontowanym na specjalnej uprzęży u pasa, przyszedł czas na imprezy dla fanów poligamicznych imprez seksualnych.

Czy takie przedsięwzięcia mogą się udać w naszym konserwatywnym, przesiąkniętym kościelną moralnością, kraju? Postanowiłem podjąć wyzwanie znalezienia największego polskiego klubu swingerskiego i wbicia się na jedną z organizowanych tam imprez.
O tym, czy mi się to udało, dowiecie się za chwilę. Najpierw jednak chciałbym powiedzieć wam parę słów o monogamii.

Jesteśmy tylko zwierzętami. Takimi trochę bardziej ogarniętymi małpami, które mimo tego, że noszą na swoich ciałach ładnie skrojone garnitury, w dalszym ciągu kierowane są przez instynktowne żądze. Różnica między nami a naszymi człekokształtnymi kuzynami jest taka, że my postanowiliśmy narzucić sobie jakieś moralne i społeczne normy. W rezultacie, aby nie odstawać od reszty naszego ludzkiego stada, musimy dzielnie przeciwstawiać się naszym instynktownym pokusom.


Monogamia. Jeden mąż. Jedna żona. Na całe życie. Akurat nam przyszło żyć w miejscu na świecie, gdzie obowiązują takie reguły.
Spośród 1200 przebadanych kultur, jedynie 150 wyklucza inne rodzaje związków niż monogamiczne. Jeszcze lepiej sprawa wygląda u innych ssaków. Zaledwie 3-5% ich przedstawicieli żyje z jednym partnerem przez całe życie. I to w dalszym ciągu mówimy o monogamii społecznej, a nie seksualnej!
Mąż, który jedzie na delegację, podczas której po pijaku grzmoci bułgarską dziwkę w jakimś zapchlonym hotelu, w dalszym ciągu wpisuje się w model społecznego monogamisty.


Prawda jest jednak taka, że z punktu widzenia biologii kulturowo narzucona seksualna monogamia jest zupełnie niezgodna z naszą naturą. Jeśli by spojrzeć jeszcze raz na wszystkie gatunki ziemskich stworzeń, to okaże się, że jedynym zwierzęciem, które jest zarówno społecznie, jak i seksualnie monogamiczne jest… gęś. Większość, bo aż 90% tych ptaków spędza życie z jednym partnerem. Jednak to tylko gąsior jest jedynym uczciwym zwierzem, które na boku nie dyma innych ptasząt.


Wróćmy jednak do ludzi. Skoro „skoki na bok” są częścią naszej natury, jak pogodzić instynktowne pragnienie odbywania stosunków seksualnych poza związkiem z jednoczesną chęcią zadbania o to, aby osoba, z którą żyjemy, nie czuła się przez nas skrzywdzona?
Takim zdrowym pomostem pomiędzy tymi dwiema potrzebami okazuje się tzw. „swingowanie”. To aktywność seksualna zazwyczaj przeznaczona dla par (chociaż nie zawsze), w której za zgodą naszej drugiej połówki i nierzadko w jej obecności, a nawet z jej udziałem, możemy odbyć stosunek z inną partnerką lub partnerem.

Jeden z pierwszych historycznych przekazów mówiących o tego typu układach pochodzi z XVI wieku. Wówczas to znany angielski matematyk John Dee zawarł układ ze swoim przyjacielem i partnerem zawodowym Edwardem Kelleyem. Panowie zgodzili się wymieniać ze sobą żonami. Ta radosna praktyka nie trwała niestety zbyt długo. Doszło do kilku nieporozumień i wszystko, łącznie z przyjaźnią pomiędzy mężczyznami, szlag trafił.


Dwieście lat później poligamiczne praktyki seksualne stały się częścią religijnych ceremonii u tzw. frankistów. Była to założona przez kabalistę, samozwańczego proroka i alchemika Jakuba Franka sekta, która najwięcej wyznawców znalazła na terenie XVIII-wiecznej Polski, a także m.in. Czech i Rumunii. Frankiści, podobnie jak przedstawiciele innego żydowskiego zgromadzenia Dönmeh, co roku na wiosnę, organizowali festiwal, podczas którego, w ramach rytuału, wierni wymieniali się żonami.

Na prawdziwy boom i właściwe narodzenie się ruchów swingerskich trzeba było czekać do lat 40. ubiegłego wieku. Pierwszymi pionierami takiego stylu życia byli amerykańscy piloci służący na frontach II wojny światowej. Ich pozycja oraz fakt wykonywania przez nich wyjątkowo niebezpiecznych zadań sprawiały, że dowódcy często zgadzali się na to, aby w wojskowych bazach pomieszkiwały ich małżonki.


Praca pilota związana była nie tylko z olbrzymim stresem, ale także i z wielką śmiertelnością – 25% z tych żołnierzy nie dotrwało do końca wojny.
I to właśnie w bazach wojskowych panowało przyzwolenie na stosunki seksualne pomiędzy żołnierzami a małżonkami ich przyjaciół.

Imprezy, podczas których wojskowi wymieniali się żonami, stały się bardzo popularnym sposobem na odreagowanie stresu. Tego typu zabawy miały jednak drugie dno. Chrisopher Ryan, autor książki „Sex at Dawn”, przeprowadził szereg wywiadów z żołnierzami, którzy chętnie wymieniali się swoimi połówkami, doszedł do pewnego interesującego wniosku. Wygląda na to, że piloci zdając sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogą zginąć, usiłowali w ten sposób zbudować silne, emocjonalne i seksualne relacje pomiędzy grupą najbliższych przyjaciół a własnymi żonami. Liczyli na to, że po ich śmierci reszta skoszarowanych żołnierzy zatroszczy się o los zarówno owdowiałych kobiet, jak i ich dzieci.

Te praktyki kontynuowane były również wśród amerykańskich żołnierzy biorących udział w działaniach podczas wojny koreańskiej. Po zakończeniu tego konfliktu trend przeniósł się do amerykańskich miast i zaczął zyskiwać coraz większą popularność wśród małżeństw usiłujących dodać nieco pikanterii do swoich łóżkowych relacji. Wkrótce przyszedł czas seksualnej rewolucji i „wolnej miłości” - naczelnego hasła głoszonego przez hippisowskie ruchy z początków lat 70. Zabawy pomiędzy wymieniającymi się parami idealnie wpisywały się w ten trend.


Organizowane przez swingersów imprezy to nie tylko wymienianie się partnerami seksualnymi, ale także i zabawy grupowe. Do tych ostatnich przystąpić mogą zarówno pary, jak i single, pod warunkiem, że reszta uczestniczących w takim „gang-bangu” imprezowiczów zgodzi się na zaproszenie do wielokąta kolejnego członka.

Mamy więc zdrową alternatywę dla „skoków w bok”, w której każda osoba wychodzi (i wchodzi) zadowolona i bez pretensji do swojego życiowego partnera. Wiedziałem o tym, że osób poszukujących takich ekscytujących wrażeń nie brakuje u nas w kraju i że imprezy tego typu na pewno są w Polsce praktykowane, jednakże nie liczyłem na to, że spotkania polskich swingersów mogą być czymś więcej niż małymi, prywatnymi spotkaniami organizowanymi w mieszkaniach lub malutkich klubach „dla wtajemniczonych”. Myśląc więc o przygotowaniu relacji z takiego miejsca, nastawiałem się na wyjazd do Berlina lub Amsterdamu. Byłem głęboko zaskoczony, gdy okazało się, że jeden z największych europejskich klubów swingerskich znajduje się w Polsce.


Godzina 17. Razem z kolegą zapakowaliśmy się do samochodu. Mieliśmy ze sobą mapę z zaznaczonym miejscem imprezy oraz mgliste wyobrażenie tego, z czym przyjdzie nam się mierzyć. Oglądało się w końcu sporo filmów na PornHubie, więc można powiedzieć, że wiedzę praktyczną na temat wielokątów mieliśmy opanowaną. ;)

Tuż za rogatkami Gdańska skręciliśmy w prawo, za parę kilometrów skończył się asfalt i wjechaliśmy w głębokie pole. Czy to na pewno dobra trasa? Zgodnie z mapą - tak. No nic, tłukliśmy się dalej po wertepach. Im bliżej do celu, tym bardziej traciłem pewność siebie. Myślałem sobie: Jadę na dzikie party, w którym udział weźmie kilkaset osób. Wszyscy przyjeżdżają tam, aby się grzmocić, tylko ja oraz mój kumpel mamy narzuconego „cockblocka”, a jedynym efektem naszej wizyty w tym miejscu ma być obiektywna relacja, którą zaprezentujemy na łamach Joe Monstera. „Musimy więc zachowywać się tak, jakbyśmy również przybyli umoczyć berła... Pełne inkoguto!”.


Głęboko w polu, pomiędzy dojrzewającym łanem a kupką żwiru, wyrasta wielki ośrodek ogrodzony solidnym, zabudowanym parkanem. Stoimy przed bramą i czujemy się nieswojo. Prawdę mówiąc, chyba jeszcze przed żadnym z reportaży, których miałem przyjemność się podjąć, nie miałem takiego pietra. Możemy jeszcze zrezygnować, wrócić do domów, otworzyć piwko i obiecać sobie, że następnym razem na pewno nie zabraknie nam jaj. Wątpliwości przerywa sygnał domofonu. Odbiera sympatyczna pani.

- Dzień dobry. Tu Krzyś Kubeczko. Byłem umówiony na spotkanie, wywiad…
- Już sprawdzam… Nie widzę pana na liście.
- Joemonster.org
- Aaaa… Zapraszam!


Wrota Mordoru zostały otwarte. Teraz już nie ma odwrotu.

Oglądany: 150541x | Komentarzy: 165 | Okejek: 383 osób