Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Krawężnik od kuchni V - z życia polskiego policjanta

78 769  
693   85  
Dziś rozpoczniemy poważnie i rzeczowo - od meczu i jego zabezpieczenia. Później jednak powaga ucieknie bezpowrotnie - najpierw powalczymy ze stereotypami i skonfrontujemy je z rzeczywistością, a potem zorganizujemy komuś święta w ciepłej, rodzinnej atmosferze.

Kilka osób pytało o to, jak wyglądają zabezpieczenia meczów i podobnych imprez. Przede wszystkim zajmują się tym Oddziały Prewencji Policji (OPP), dla których jest to zadaniem podstawowym - przynajmniej w teorii, bo w praktyce pomiędzy ćwiczeniami i imprezami są oni wysyłani w zwykłe patrole piesze, gdzie zdzierają zelówki. Oprócz nich powoływane są tzw. NOP (Nieetatowe Oddziały Prewencji), w postaci których komendy z danego rejonu wspierają wystawionych na pierwszą linię prewencjuszy. Jako że do OPP nie należałem, to moja wiedza w tym temacie bazuje jedynie na NOP-ach, w których uczestniczyłem.
Przede wszystkim - stawiamy się do służby o odpowiedniej godzinie. Godziny są zwykle liczone z niezłym zapasem przed imprezą, tak że zdarzyło mi się przychodzić na 11:00, podczas gdy mecz rozpoczynał się o 18:00. Nie no, spoko, ja i tak nie miałem nic lepszego do roboty w tę piękną, słoneczną sobotę. Odprawa - dowiadujemy się jaka to policyjna akcja/operacja/podoperacja/reakcja/prokrastynacja/cholerawiecojeszcze nas tu sprowadza i gdzie będziemy działać. Następnie ustawiamy się w kolejce do magazynu i pobieramy sprzęt. Ten składa się z hełmu z przesłoną, pałki (dłuższej niż standardowe, które mamy na stanie), zestawu ochraniaczy zwanego zwykle „żółwiem” oraz gadżetów dodatkowych, wydawanych w zależności od roli danego funkcjusza. Zwykle są to tarcze, miotacze gazu (wielkości gaśnicy) i apteczki, choć na tym lista się nie kończy.

Wojownicze żółwie OPP.

Sprzęt ładujemy do samochodu - zwykle busa - i jedziemy w miejsce docelowe, w tym przypadku na pewien dworzec, gdzie przybędą kibice. Sam mecz obstawiać będą dzielne ogry z OPP, my zaś zadbamy o wyjście kibiców z pociągu - przyjadą jedną grupą, która ma pozostawać pod naszą kontrolą, a nie szwendać się po mieście. Na miejscu następuje… oczekiwanie, wszak do przyjazdu jeszcze ze trzy godziny. Książki, filmy, internety i dobre, staromodne pie***nie o dupie Maryni umilają nam ten jakże sensownie spędzany czas.
W końcu nadchodzi godzina zero - kibice przyjeżdżają na miejsce, my zakładamy naszą pełną zbroję płytową +10 do wytrzymałości i jazda. W tym miejscu następuje plot twist - organizator zapewnił jedynie połowę autokarów potrzebnych do przewozu naszych „gości”, więc będą musiały zrobić dwie rundy. PKP - pięknie, kurwa, pięknie. Ci, którzy się nie zmieścili stoją na placu, podczas gdy my otaczamy ich w dwóch rzędach - pierwszy z tarczami, drugi dla asekuracji, by gościa z tarczą ani nie wypchnięto, ani nie wciągnięto do środka. Atmosfera jest oczywiście szampańska - podpici kibice denerwują się, bo jest zimno, a oni stoją jak kołki. Padają jakieś głupie teksty i docinki (typu „Wy nic nie robicie, a pieniądze bierzecie, u nas w fabryce/kopalni/zakładzie to jest robota!” itp). Nie wdajemy się w dyskusje, bo po pierwsze do niczego to nie prowadzi, po drugie - w gruncie rzeczy jesteśmy z takiego obrotu spraw równie zadowoleni jak oni. Co mam mu powiedzieć? Że też mnie to wkurwia, ale nic na to nie poradzę? W końcu przyjeżdżają znowu autokary, które zabierają resztę - oczywiście już z jadących autokarów sypie się kilka wyzwisk czy pocisków, bo zawsze znajdzie się kilku gamoni, dla których stosunkowa bezkarność jest właśnie tym, na co czekali. Nic to, wracamy do samochodów i czekamy na koniec meczu. Ktoś śpi, ktoś dzwoni do żony, ktoś wyjmuje książkę - zasadniczo w tym czasie nie ma dla nas innego zajęcia.


Mecz się kończy, a my znowu zakładamy „żółwie” i ruszamy na plac przed dworcem. Autokary magicznie się nie rozmnożyły, więc znowu czeka nas pilnowanie jeszcze bardziej wkurzonych i podpitych kibiców. W sumie im się nie dziwię, bo zamiast pozwolić im wejść do pociągu, ktoś trzyma ich na zimnie. Nie dziwię się też jednak temu, że tak to zaplanowano, bo wspomnieni przedtem gamonie pośród kibiców, gdyby wpuścić ich do pociągu, z pewnością narobiliby bigosu. Stoimy i czekamy, a atmosfera robi się napięta jak plandeka na Żuku - docinki balansują już na granicy znieważenia funkcjonariusza, do tego ciągłe pretensje do policjantów, którzy w gruncie rzeczy sami są na podobnym wkurwie jak ci, których pilnują. Wkrótce odśpiewana zostaje jakaś piosenka z gatunku CHWDP, a grupa osób powoli przekształca się w tłum, ten zaś usiłuje wyrwać się z kordonu - wykrzykując rytm próbują grupowo przerwać nasz szyk. Trzymam kolesia z tarczą, który stoi przede mną - zapieram się mocno, bo jako zawodnik rozmiarów raczej kompaktowych samą wagą wiele nie zdziałam. Dajemy radę, a po kilku minutach próba zostaje ponowiona - ze skutkiem podobnie mizernym, co nie oznacza, że było łatwo. Dociera reszta autokarów, otwieramy szyk i wpuszczamy ich na teren dworca i do pociągu. Stoimy w szeregu na peronie, gdy pociąg rusza, co dla niektórych jest tak doskonałą okazją, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać - więc korzystają, a w naszym kierunku sypie się kilka puszek po piwie i podobnych gadżetów. Wracamy do wozów, zdejmujemy sprzęt i jedziemy do bazy - za tydzień powtórka, dziś czas do domu.

NOP się skończył, z kolejną służbą wracamy do zwykłej roboty - a tam od razu uderzenie starego, dobrego absurdu. Wezwanie do zakłócenia ciszy nocnej w wielopiętrowym bloku, podano numer mieszkania zgłaszającej, więc udajemy się właśnie tam. Drzwi otwiera miła, starsza pani, która od wejścia zasypuje nas potokiem informacji kryminalnych:
- Bo wiecie, panowie, no ja spać nie mogę z powodu tych na górze. Oni tam agencję mają! Towarzyską! I tam są takie dziewczyny, no Ukrainki jakieś, no i one tam… No wie pan, z tymi mężczyznami, no tam prostytucja jest!
Do tego momentu jest spoko, ale pani kontynuuje:
- I one tam siłownię mają! No ja słyszę, jak oni tam chodzą i stukają tymi ciężarami i sztangami, no agencja i siłownia w jednym, no jak to tak! I tam ktoś teraz jest, bo słyszałam to stukanie! Tam to nawet taką rurę do tańczenia mają!

O ile agencja w mieszkaniu w bloku to nic niespotykanego, to o połączeniu agencji i siłowni z klubem go-go jeszcze nie słyszałem. Ciekawe, po ile mają karnety? Z lekkim „WTF?” w głowach idziemy do wskazanego mieszkania zastanawiając się, co tam zastaniemy.
Po zapukaniu drzwi otwiera nam drobne, śliczne dziewczę w wieku lat około dwudziestu. Na nasz widok robi oczy jak pięć złotych i wita nas łamaną polszczyzną z mocnym, wschodnim akcentem. No tak, jak na razie nawet pasuje do przypisywanej jej profesji. Gdy informujemy ją, że sąsiedzi skarżą się na hałasy, próbuje się jakoś tłumaczyć, ale kiepska znajomość naszego języka uniemożliwia jej wysłowienie - mówi coś o koleżankach, że jest tu ich kilka, ale akurat teraz ich nie ma, że one tu są legalnie… No wypisz wymaluj wpasowuje się w stereotypowy obraz takiej „kobiety pracującej, która NAPRAWDĘ żadnej pracy się nie boi”... Próbując się z nami porozumieć, w odruchu desperacji dziewczę rzuca łamiącym się głosem „English...?”. Rozmowa przechodzi na język Szekspira i od razu wyjaśnia się, o co kaman - dziewczyna jest studentką (pokazuje na dowód legitymację jednej z większych warszawskich uczelni) z Litwy, do Polski przyjechała w ramach jakiegoś tam programu wymiany studentów. Zamieszkuje z koleżankami z Litwy i Łotwy, przybyłymi tu w ramach tego samego programu. Koleżanki aktualnie wyjechały na święta do domu, więc jest sama. Pokazuje nam mieszkanie - zwykłe, studenckie lokum. Siłowni, rury go-go ani stada dziwek nie stwierdzono. Informujemy starszą panią z mieszkania poniżej, że „odrobinkę” się pomyliła. Ot, kobieta zobaczyła młode dziewczyny mówiące ze wschodnim akcentem i od razu założyła, że to prostytutki, a potem to już dla każdego hałasu znajdowała „odpowiednie” wytłumaczenie i utwierdzała się w przekonaniu, że tam na górze to „Sodomia i gomoria”.
Dla małego porównania z prawdziwą „Damą negocjowalnego afektu” - pewnej nocy zatrzymaliśmy pojazd z czterema kolesiami i jedną „koleżanką” (najwyraźniej już po zakończeniu obsługi klientów). Gdy wzięliśmy dokumenty do kontroli, wsiedliśmy do radiowozu, by całe towarzystwo spisać i sprawdzić. Po chwili podeszła (cokolwiek okrakiem…) dziewoja i grzecznie zapytała: „Przepraszam, panowie, możecie spisać mnie jako pierwszą i puścić? Bo wiecie, mi od godziny nie płacą…”. Kiedy już zebrałem szczękę z podłogi odparłem, że owszem, nie ma problemu...

Noc płynie dalej, godzina coraz późniejsza. Jest sporo interwencji, większość załóg jest zajęta. Gdy mijamy skrzyżowanie na jednym krańcu dzielnicy, radiooperator rzuca hasło, że na ulicy XXX (dokładnie w przeciwległym rogu rejonu) jedzie nietrzeźwy kierowca. Osoba zgłaszająca podała markę i tablice, a teraz nadaje, gdzie jedzie. Czekamy chwilę sądząc, że któraś z kilku załóg jeżdżących bliżej zgłosi się i pojedzie - nie ma opcji, wszyscy zajęci na interwencjach. Zgłaszamy się i ruszamy z kopyta, zanim gość spowoduje wypadek lub zwieje osobie, która jedzie za nim i nadaje jego lokalizację. Włączamy dyskotekę i jazda - puste o tej porze ulice pozwalają kierowcy rozwinąć skrzydła. Sensei prowadząc na jednej z większych ulic rzuca spokojnie tekstem: „Przy 150 ta droga robi się sporo węższa”. Wciąż dostajemy info, gdzie skręca sprawca - nieoceniona pomoc w takich przypadkach. Niejeden nietrzeźwy kierowca wpadł dzięki temu, że komuś chciało się za nim jechać - swego czasu często robili to warszawscy taksówkarze, czyszcząc sobie ulice z takich artystów. Wypadamy na kolejną szeroką drogę i widzimy, jak na kompletnie pustej ulicy auto sprawcy skręca na światłach w lewo, szybko też operator przekazuje nam „Sprawca skręcił w lewo w ulicę YYY”. Doganiamy go i zatrzymujemy, jest nasz. Z przodu dosyć dużego auta siedzi dobrze ubrany jegomość około czterdziestki. Gość jest tak napruty, że nic dziwnego, że wybrał samochód - na pieszo nie dałby rady. Na tylnym siedzeniu jego żona, też nieco nietrzeźwa, ze strachem w oczach. W tym momencie uderza mnie prosta myśl: skoro droga była pusta i nikt za nim nie jechał, to kto do cholery ciężkiej podawał jego lokalizację? Nawet włącznie z tą ostatnią ulicą, gdy już wyraźnie widzieliśmy, że nikogo dokoła nie ma? Patrzę na żonę kolesia, która trzyma kurczowo telefon komórkowy, chowając go nieco pod płaszczem. Nie odzywam się, ona też nie. Do dziś zastanawiam się, czy da się rozmawiać z operatorem i podawać na bieżąco ulice siedząc w samochodzie sprawcy. Koleś jedzie z nami na Fabrykę, jak niemal każdy nietrzeźwy kierowca jest problematyczny - standardowo wielki foch do świata o to, że zamiast zająć się „prawdziwymi przestępcami” męczymy jego, który przecież nic takiego nie zrobił. Kilka lat jazdy tramwajem da mu czas na zastanowienie się, kto miał rację. Alkomat podaje wynik taki, że jeszcze trochę i urządzenie zaczęłoby dymić, a my kończymy dokumentację i jazda w rejon.

Kolejne wezwanie nocne - pod popularnym w okolicy klubem jest jakaś awantura, ponoć grupa kilkunastu osób szarpie się przed wejściem. Docieramy na miejsce w trzy załogi i szybko wzywamy czwartą - jeden z plusów pracy w większym mieście jest taki, że zwykle wsparcie dociera błyskawicznie, podczas gdy koledzy na powiatach często muszą radzić sobie sami, w czasie kiedy druga załoga jedzie np. z sąsiedniej gminy. Tymczasem na miejscu okazuje się, że osób jest nie kilkanaście, ale kilkadziesiąt i spora grupka właśnie w tym momencie przepycha się przed wejściem pilnowanym przez ochronę. Dopadamy do grupy, pojedynczo odciągając kolejnych uczestników jednego po drugim. Wyjątkiem jest - jeżdżący tej nocy z kimś innym - kolega M, który mając jakieś 2 metry wzrostu i łapska jak szpadle po prostu naciąga polar tak, aby przykryć nim broń i wchodzi w środek tej zbieraniny, niczym pływak rozgarniając po kilka osób na raz. Po uspokojeniu sytuacji ogarniamy temat - okazuje się, że wewnątrz jakiś koleś zaczął awanturować się z ochroniarzem, który w pewnym momencie strzelił mu gazem po oczach. Historia w tym momencie zakończyłaby się happy endem (no, może nie dla kolesia…), gdyby nie to, że gaz nagle eksplodował - a jako że butla była rozmiarów gaśnicy, to i cały klub szybko opustoszał. Przed wejściem szybko zaczęto się awanturować, bo jedni chcieli wpieprzyć gościowi, który wszystko zaczął, inni go bronić, jeszcze inni atakować ochronę, kolejni ich powstrzymywać, dziewczyny odciągały swoich chłopaków, chłopaki osłaniali swoje dziewczyny i ogólnie zrobił się taki burdel, że brakowało już tylko obrońców krzyża i hiszpańskiej inkwizycji. Nic to, pierwszy awanturnik oddalił się przed naszym przybyciem, a klubu już dziś otwierać nie będą, państwo się rozejdą, dziękujemy, dobranoc. Tylko oczywiście nie „dobranoc”, bo kilka osób zostaje i kręci się dokoła awanturując się, hałasując i drąc japy. Nie zostawimy ich tak, bo za chwilę albo wybuchnie bijatyka, albo zadzwonią sąsiedzi, że spać nie mogą, więc przez dłuższy czas tłumaczymy im spokojnie i kulturalnie, żeby spadali na bambus - niestety bezskutecznie. Nie będziemy tu stali całą noc, a zostawić ich tak też nie możemy, toteż wyjście jest jedno: Kolska 2/4, kraina białych koszul. Ładujemy po dwie osoby do radiowozu i jazda. M do swojego zabiera jakiegoś chłopaczka i dwudziestokilkuletnią dziewoję - nader zgrabną i atrakcyjną, wciśniętą w obcisłą, czerwoną sukienkę, lecz za to z największym wkurwem na świat, życie i policję. Prowadzona do samochodu zasypuje go słowotokiem o tym, jak to będzie się skarżyć, bo to jest bezprawie, bo ona nic nie zrobiła, bo on to jest okropny, on jest chamski i ordynarny i ona tak tego nie zostawi, jak takiego do policji przyjęli, on zostanie zwolniony!


Podczas gdy M rozmawia z nią swoim spokojnym, opanowanym głosem, ja powoli ruszam w drogę, nie zazdroszcząc mu tej pasażerki. Dziesięć minut później jesteśmy już na Kolskiej, gdzie M dociera jako ostatni. Dziesięć minut to widać sporo, bo wyprowadzana dziewoja w czerwonej sukience jest już zdania, że taki przystojny policjant to jeszcze jej nie podwoził, że ona rozumie, że musiał ją tu przywieźć, ale on to fajny jest i w ogóle. Już siedząc na ławie dla doprowadzanych pyta go:
- A może dałby mi pan swój numer telefonu?
- No raczej nie.
- Albo może pan sobie mój zapisać…
- Obawiam się, że żona miałaby coś przeciwko.
- Oj tam, oj tam, żona nie musi wiedzieć...

Zadawane sobie przez wszystkich funkcjuszy pytanie „Jak on to robi???” po dziś dzień pozostaje bez odpowiedzi…

Na koniec wychodzimy z mroku nocy i zanurzamy się w chłodny, zimowy wieczór tuż przed Bożym Narodzeniem. Prosta interwencja - radiooperator wysyła nas, abyśmy sprawdzili, czemu na jednej z większych ulic w godzinach szczytu jeden z pasów blokuje ciężarówka. Parkujemy radiowóz w uliczce kawałek dalej i idziemy do kierowcy - mała awaria, już jedzie do niego laweta, spoko. W czasie naszej rozmowy chodnikiem za nami przechodzi jakiś jegomość - lat około czterdziestu, ubrany niezbyt schludnie, ale poprawnie. Poprawne natomiast nie jest jego zachowanie - ni z gruszki, ni z pietruszki zaczyna nas wyklinać drąc japę, że „Co wy tam, chuje, robicie? Te kurwy policyjne znowu się czepiają ludzi, co za chuje, no, no kurwa pojebany ten kraj, no…”. Z lekkim „WTF?” ruszamy za nim, na nasz widok jegomość próbuje uciekać, ale szybko zostaje złapany. Wygląda na to, że na sam koniec służby będzie jeszcze zatrzymanie do znieważenia - no PKP. Zbieramy kolesia do radiowozu i jedziemy na komendę, ale w trakcie przejazdu podczas rozmowy widać, że pan ewidentnie ma nierówno pod kopułą - bezsensowny słowotok bez ładu i składu, nawiązania do PRL, jak gdyby nadal istniał, gadanie o złej policji uciskającej obywateli poprzez zamykanie ich w zakładach psychiatrycznych - tu akurat widzę, skąd to się mogło pojawić… Zanim dotarliśmy na komendę, byliśmy już pewni, że jego umysł odjechał tak daleko, że nie wysyła nawet kartek. Pojawia się tu mały problem: zamykać go jest bez sensu, bo gość ewidentnie nadaje się do leczenia, nie karania. Wypuścić go też za bardzo nie możemy, a pogotowie zabiera psychików tylko wtedy, gdy stanowią zagrożenie dla siebie lub innych. Decydujemy się spróbować i wzywamy karetkę. W międzyczasie gość zaczyna drzeć japę i biegać po przejściówce (cela przejściowa, w której trzyma się osoby zatrzymane, podczas gdy policjanci robią dokumentację). Gdy wchodzę do niego i sadzam na ławce, koleś gryzie mnie w dłoń - na szczęście rękawica zapobiegła większym obrażeniom. Gdy zastanawiamy się, jak sprzedamy go lekarzowi, sam zainteresowany rozwiązuje ten problem za nas - nagle wstaje i drąc japę zaczyna uderzać głową w kraty celi dokładnie w momencie, gdy do pomieszczenia wchodzi lekarz i towarzyszący mu ratownicy. „Sprzedany” - myślę sobie widząc minę doktorka. Pokazuję mu jeszcze ślady po ugryzieniu i po kilku minutach jesteśmy już w drodze do Tworek - niestety, pan doktor zażyczył sobie naszej asysty, niewątpliwie mając na uwadze to, że jeśli w Tworkach klienta nie przyjmą, to z problemem zostaniemy my, a nie on. Szybka jazda i jesteśmy na miejscu, gdzie pracownicy od razu informują nas, że może być ciężko - dziś jest na dyżurze młoda pani doktor, która mało kogo uznaje za wymagającego ich opieki. Wchodzimy i pilnujemy gościa podczas rozmowy, która choć początkowo przebiega jak dyskusja dwojga zwykłych ludzi, to wkrótce schodzi na inne tory:
- Więc uważa pan, że został pan tu niesłusznie doprowadzony?
- Tak jest! Pani doktor, to znowu ta policja! Ja już nie mogę z nimi. No nie da się żyć w tym kraju!
- No to jeśli tak panu tu źle, to może powinien pan wyemigrować?
- A może tak zrobię! Może tak właśnie zrobię, już o tym myślałem, pani doktor.
- A gdzie pan chce wyemigrować?
- Jeszcze nie jestem pewien, ale może do RFN? Albo do NRD. Chyba w tamtą stronę.

Patrzymy na siebie z kolegą ponownie myśląc: „Sprzedany!”. Pan zostaje w Tworkach, my odjeżdżamy w stronę komendy bogatsi o kolejne doświadczenie i (w moim przypadku) siniak po ugryzieniu.

Epilog: Upływa około rok, pracuję już w innym wydziale. Na korytarzu zatrzymuje mnie kolega, z którym wtedy jeździłem i opisuje mi sytuację, która mu się przytrafiła: podjechał do innej załogi, aby użyczyć im alkomatu. Tam, podczas gdy „młody” badał kierowcę, on gadał sobie z koleżanką. W tym momencie podszedł do nich jakiś jegomość i z oburzeniem w głosie zażądał:
- Ja poproszę pana numer służbowy!
- Co?
- Pana numer!
- Ale kim pan jest, o co chodzi?
- Pan mi poda swój numer służbowy!!!
- Człowieku, podać ci swój numer mogę wtedy, gdy będę wykonywał wobec ciebie jakieś czynności, a tego chyba nie potrzebujesz…
- Pan mi poda numer! Nie pamięta mnie pan?!
- Aaaaaa, pan Roman! Dzień dobry! :D
- DZIESIĘĆ DNI PRZEZ WAS W TWORKACH SIEDZIAŁEM! CAŁE ŚWIĘTA!!!

Kurtyna...

A w kolejnym odcinku przestaniemy na chwilę szlifować krawężniki i przeniesiemy się w świat dochodzeniowców i kryminalnych - ale jeśli komuś wydaje się, że wówczas stężenie absurdu spadnie, to srogo się zawiedzie...

<<< Poprzedni odcinek <<< - >>> Kolejny odcinek >>>