Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak działa Katar? Okiem Europejczyka

144 807  
1159   67  
Miałem okazję pracować trochę w Doha, więc postanowiłem podzielić się z wami swoimi doświadczeniami na temat Kataru.

Spojrzenie na dzielnicę biznesową. Może to nie Dubaj, ale tu również ćwierć wieku temu była pustynia.

Ten niewielki emirat jest od kilku dni na ustach wszystkich, pojawiło się więc masę ciekawostek na jego temat, dotyczących takich tematów jak zamożność, zasoby naturalne czy kultura. Ja patrzę na to trochę od środka i z trochę innego, mniej „faktopediowego” punktu widzenia.

Na wstępie zaznaczę, że nigdy nie mieszkałem w Doha na stałe, a jedynie przylatywałem co 2-3 tygodnie na kilka dni. Nie jestem więc typowym ekspatą. Druga ważna uwaga: w ciągu ostatnich kilku lat Katar bardzo się zmienił i rozwinął. Ja w zasadzie co miesiąc widziałem na własne oczy ogromne tempo inwestycji.

Kraj i społeczeństwo

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest rozmiar Kataru. Jest wielkości przeciętnego województwa, a zamieszkuje go trochę ponad 2 miliony mieszkańców. Jednak jest coś jeszcze – Katarczycy stanowią tylko kilkanaście procent mieszkańców. Jest ich więc około 230-250 tys. W praktyce oznacza to, że są totalną mniejszością w swoim państwie i to bardzo wyraźnie widać na ulicach, a w zasadzie to wszędzie.

Więcej o tym opowiedziałem tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=1VGpD-YTlCU

W Katarze panuje taka dziwna odmiana systemu feudalnego – jest mniejszość panów, których roli i pozycji nikt nie podważa, oraz reszta społeczeństwa, która na nich pracuje. Katarczycy bez tej armii specjalistów po prosu by zniknęli, ponieważ mam wrażenie, że większość z nich nie byłaby w stanie samodzielnie zrobić sobie kanapki, a co dopiero prowadzić wielkie firmy. Na każdym stanowisku, od pracownika budowy, po eksperta bankowego, są obsadzeni obcokrajowcy, i – jak się łatwo domyślić – specjalistów wyższego szczebla rekrutuje się wśród Europejczyków czy, generalnie, ludzi Zachodu. Proste prace wykonują zaś różnej maści Azjaci. Przy czym na stanowiskach topowych zawsze są obecni Katarczycy, nawet jeśli pełnią funkcje typowo reprezentacyjne. Takie są przepisy i taka jest tradycja, więc top managment musi się użerać nie tylko z problemami biznesowymi, ale często również ze swoim dyrektorem czy prezesem, który jest osobą decyzyjną, choć rzadko kompetentną. Zarządzanie jest więc w pewnym stopniu sztuką manipulacji swoim szefem – trzeba go umieć przekonać do swoich racji tak, żeby myślał, że to jego decyzja.

Wielki Gołębnik, czyli próba przywrócenia tradycji do życia.

Krajem rządzi jeden ród Emirów, którzy mają ogromne poparcie. Emir-dziadek (zmarł w zeszłym roku, co skończyło się ogromną żałobą) rządził od drugiej połowy XX wieku, po czym został obalony przez swojego syna, obecnego Emira-ojca. Ten zaś, nauczony doświadczeniem, sam oddał władzę swojemu synowi i teraz w każdym urzędzie, banku, biurze znajdziecie dwa portrety władców, które są nieodzownym elementem wystroju. Sam Emir jest wykładnią prawa, osobą trochę kontrowersyjną, ale nie idiotą. Dlatego opcja współpracy z Państwem Islamskim, która stała się zarzewiem obecnego kryzysu, wydaje mi się mocno naciągana.

Katarczycy są mocno kastowi, co oznacza, że przy dwustu tysiącach obywateli znają się praktycznie wszyscy i dokładnie wiedzą kto jest kim. Istnieje ścisła hierarchia nazwisk, za którą idą pewne profity, ale też ograniczenia, trudne do zrozumienia dla Europejczyka. W tym kontekście trochę to przypomina „Grę o Tron”, a trochę XVIII-wieczną Francję. Obserwując ich z bliska widzisz niestety „chów wsobny” – te rodziny mieszają się między sobą, co niezbyt korzystnie wpływa na genetykę. Jest może 4-5 typów urody mężczyzn i wszyscy w danym typie wyglądają tak samo, abstrahując oczywiście od identycznych strojów.

Praca

Ta kastowość niestety kładzie się wyraźnym cieniem na całym systemie pracy w Katarze. Istnieje tutaj specyficzny system, w którym nie znajdziemy nic ze znanego nam prawa pracy czy ogólnie pojętych praw pracowniczych, nazwany kafala. Jeśli próbowałbym wejść w skórę Katarczyków, to chyba musiałbym uznać, że w Katarze pracownik traktowany jest jak zasób. Jak prąd elektryczny czy cement. Nie oznacza, że jest traktowany źle, co to to nie – Katarczycy cenią dobrych fachowców, ale nie ma tu żadnego systemu emerytalnego dla ekspatów. Twoje pozwolenie na pracę odnawiane jest regularnie co dwa lata, aż mniej więcej w wieku 55 lat następuje kres współpracy, a ty masz raptem parę tygodni na opuszczenie kraju. Dotyczy to zarówno biednych robotników najemnych, jak i wykształconych inżynierów z Europy. Oczywiście twoja w tym głowa, aby przez te lata odłożyć trochę grosza na emeryturę. Jeśli więc słyszałeś, że w Katarze nie ma podatków czy ubezpieczeń społecznych, to wiedz, że ma to też swoje ciemne strony. Choć uczciwie trzeba przyznać, że wiele świadczeń jest zupełnie bezpłatnych, np. służba zdrowia.

Więcej – tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=N7OAKeqlB88

Nie da się więc nie wspomnieć o masowo zatrudnianych, mało wykwalifikowanych obywatelach Azji. W Katarze buduje się bardzo dużo i z ogromnym rozmachem. Nie ma innej drogi, niż wypełnienie tych budów tysiącami ludzi z całego świata. Gdy więc w mediach pojawiają się informacje, że pracodawcy zabierają paszporty pracownikom, to mnie – zapewne jak i wam – trudno to zaakceptować, ale jednocześnie trochę to rozumiem. Zapewnienie działania tego wszystkiego to ogromna operacja. Wiele razy rozmawiałem z pracownikami różnych specjalności i mógłbym o tym napisać osobny tekst. Generalnie może trudno w to uwierzyć, ale nikt nie narzekał. A już na pewno nie ci najbiedniejsi. Oni pracę w Katarze uznawali za awans społeczny.

Kafala jest trudnym prawem dla przyjezdnych. Jedno z ograniczeń sprawia, że w praktyce nie możesz opuścić kraju bez zgody swojego oficjalnego szefa, zwanego sponsorem. Po prostu na lotnisku cię cofną, więc trzeba mieć dobre relacje z szefami. No, ale z punktu widzenia Europejczyka wygląda to jak niewolnictwo. I dotyczy każdego, kto pracuje tam na stałe.

Bogactwo i prawo

Jak powszechnie wiadomo, dochód Katarczyka per capita jest drugim największym dochodem na świecie. A przy tym jest to kraj bardzo religijny. W ramach swoich obowiązków przywoziłem do Doha ekspertów z różnych części świata i podczas pierwszych spotkań oni często mówili mi „Nie martw się, pracowałem w Dubaju, rozumiem kraje Bliskiego Wschodu”… Sorry, nic nie rozumiesz. Dubaj przy Katarze jest jak Nowy Orlean w Mardi Grass. Katarczycy, jako osoby bardzo religijne, mają ogromny problem z publicznym prezentowaniem swojej zamożności. Na ulicach raczej nie spotkasz tyle drogich samochodów co w Dubaju. Katarczycy inwestują dużo poza swoim krajem, również w rozrywkę. Mój znajomy fascynuje się wyścigami motocyklowymi, więc ma w Barcelonie prywatnego trenera, którego regularnie odwiedza, choć nie chwali się tym powszechnie.

Zresztą latem, po ramadan, większość rozsądnych Katarczyków wyjeżdża na wakacje do Europy, aby trochę odetchnąć. Lipiec i sierpień są trudne do zniesienia, bo upały są ogromne, a na miejscu nie ma za wiele rozrywek. We wrześniu dochodzi do tego ogromna wilgotność.
Może i kraj zamknięty, ale wyobrażacie sobie, że na polskim lotnisku w najbardziej wyeksponowanym miejscu ktoś umieści rzeźbę-instalację z miśkiem, któremu z dupy wyrasta wielka lampka biurowa?

Temperatura to kolejny temat, który pokazuje status Katarczyka. Wszystkie urzędy, hotele, mieszkania mają włączoną klimatyzację na maksa. Oznacza to, że w Katarze dużo częściej marzłem, niż się pociłem. Dla gospodarza punktem honoru jest zapewnić chłód i dla osoby nieprzyzwyczajonej to jest masakra. Szczególnie jeśli przechodzisz z 40 stopni do 20…

Nie funkcjonuje temat powszechnego oszczędzania energii. Pracowałem w biurowcu, w którym na całe skrzydło (kilkaset metrów kwadratowych) przypadały jedynie dwa zespolone wyłączniki światła. Po prostu włączaliśmy światło na całym piętrze alby wyłączaliśmy – nic pośrednio. O regulacji klimy nawet nie było mowy.

Kultura i religia

Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że Katarczycy po prostu kupują sobie to, czego sami się nie dorobili. Wszystkie wielkie imprezy sportowe czy kulturalne są po prostu kwestią inwestowania ogromnych pieniędzy w lobbing. Katar ma swoją ligę piłkarską, co jakiś czas sprowadza tam już lekko przechodzonych piłkarzy z Europy, którzy gwarantują jej jako taki poziom. Są też stadiony, ale świecą pustkami. Meczów prawie nikt nie ogląda, bo jest za gorąco.

Co innego wyścigi wielbłądów, którym poświęca się wiele uwagi. Najważniejsze zawody realizowane są w sposób tak zaawansowany, że producenci Formuły 1 mogliby się sporo nauczyć. Trzeba pamiętać, że Katar przez wiele lat żył głównie z wypasu wielbłądów i sokolnictwa, i to w Katarczykach pozostało. Jako ciekawostkę dodam, że w niektórych gonitwach może brać udział zrobotyzowany dżokej, ale nie jest to żadna kosmiczna technologia. Po prostu na siodle umieszcza się zdalnie sterowaną wkrętarkę akumulatorową z niewielkim bacikiem na końcu.

Katarczycy regularnie uczestniczą w życiu religijnym, więc jak chcesz coś załatwić, to musisz zapoznać się z godzinami poszczególnych modlitw. Jest ich pięć każdej doby i na pierwszej stronie każdej gazety znajdziesz małą rozpiskę, o której dokładnie godzinie się zaczynają. Oczywiście imamowie regularnie nawołują przez megafony, a w starej części miasta jest naprawdę dużo meczetów, więc średnio co 2-3 godziny trafiasz na kakofonię śpiewów. Każdy budynek użyteczności publicznej czy biuro ma też specjalne pokoje modlitw, osobne dla kobiet i mężczyzn.

Poza tym Katarczycy wiele rozrywki nie mają. Raz w roku odbywa się wielkie święto narodowe – Darb Al Sai – które jest w zasadzie dwutygodniowym festynem. Buduje się specjalne miasto na pustyni i tam świętuje przez kilkanaście dni. Co tak celebrują? Siebie samych, to że osiągnęli tak wiele i że się rozwijają. Budują w ten sposób poczucie dumy narodowej. Całość kończy National Day, czyli taki Dzień Niepodległości, a w pakiecie Emir często dorzuca jakieś dni wolne od pracy.

No i wreszcie temat dla każdego Polaka kluczowy, a więc alkohol. Ekspaci, po uzyskaniu specjalnego pozwolenia, mogą kupić bardzo określoną ilość w jednym tylko sklepie. A pozostali? Ja mogłem odwiedzić jeden z kilku lepszych hoteli, gdzie są zamknięte bary. Odźwierny sprawdza paszport, a następnie możesz się napić piwa za 70 zł od kufla. Istnieje też skromny drugi obieg, ale to nie żadne meliny ani bimber, tylko raczej wymiana i odsprzedaż zapasów. Nikt raczej nie pozwoli tu sobie na zbyt wiele, bo wpadka skończyłaby się wywaleniem delikwenta z kraju. A nie jedziesz do Kataru, zmieniając diametralnie swoje dotychczasowe życie, tylko po to, żeby cię wyprosili, zanim zarobisz.

W tym tekście celowo nie poruszam tematu relacji damsko-męskich, bo to wymagałby więcej miejsca, niż zniesie jeden artykuł. Jeśli będziecie zainteresowani, chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami na ten temat. Dziś trochę ogólnie i o wszystkim, więc chętnie opowiem coś więcej, jeśli temat się spodoba.
5

Oglądany: 144807x | Komentarzy: 67 | Okejek: 1159 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.07

24.07

23.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało