Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

5 wstrętnych kłamstw, którymi nakarmił nas przemysł spożywczy

253 189  
744   279  
Producenci żywności to specjalny rodzaj ludzi. Mając w rękach zdrowie i życie całej ludzkości powinni – przynajmniej z założenia – stawać na rzęsach, by dopilnować żeby to, co ląduje w naszych żołądkach, nie wzbudzało cienia wątpliwości. A jednak bardziej prawdopodobne, że dla producentów żywności istnieje specjalne miejsce w piekle, gdy się spojrzy, jak próbują nam wkręcić, że...

#1. Soki są zdrowe


Sok jest zdrowy, bo robi się go ze zdrowych owoców i warzyw. Nie bez kozery mamusia za każdym razem powtarzała, że jak nie chcesz jeść ziemniaków, to zjedz chociaż surówkę. Czasy się jednak trochę zmieniły i zwyczajnie nie zawsze mamy okazję targać ze sobą główkę kapusty, jabłka, marchew, koper i tarkę, więc pijemy sok, aby móc odhaczyć jedną z pięciu porcji warzyw i owoców. Sok jest prosty, łatwy i poręczny, a że robi się go ze zdrowych produktów, to mamusia na pewno by nas pochwaliła. W związku z tym nie ma się co dziwić, że reklamy soków wyglądają jak reklamy tatrzańskich sanatoriów. Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z sytuacją, w której każdy wygrywa, tymczasem coraz częściej mówi się o tym, że jedynymi wygrywającymi w tej grze są producenci soków i insuliny.

No, może jeszcze producenci opakowań. I graficy. I może telewizje. Ale to już naprawdę wszyscy.

Ostatnimi laty soki stały się przedmiotem dużych kontrowersji. Pojawia się coraz więcej głosów, które mówią wprost, że należałoby zaprzestać picia soków, ponieważ nie różnią się one zanadto od dosładzanych napojów gazowanych. Tłoczenie bowiem pozbawia sok wielu składników odżywczych, w tym błonnika, który zostaje w miąższu owocowym, a ten z kolei idzie pewnie później na żarcie dla świń, co oznaczałoby, że świnie odżywiają się lepiej niż wy.

Żywy dowód.

Błonnik pełni wiele funkcji, ale w kontekście warzyw i owoców – a w szczególności owoców – jest ważny o tyle, że hamuje metabolizowanie w wątrobie zawartych w owocach cukrów – głównie fruktozy – co spowalnia wzrost poziomu insuliny w organizmie. Fruktoza z soków (pozbawionych błonnika) wchłania się znacznie szybciej i powoduje nagłe skoki insuliny, może też zaburzać funkcjonowanie wątroby. Spożywanie cukrów w takiej formie może w dłuższej perspektywie prowadzić do problemów ze zdrowiem, w tym cukrzycy. Jabłko jest lepsze od soku jabłkowego również pod tym względem, że dzięki błonnikowi powoduje w nas uczucie sytości, czego nie można powiedzieć o soku jabłkowym, który co prawda dostarcza nam kalorii, ale w żadnym razie nie tłumi głodu.

No chyba że do soku wypijesz pół litra odżywczego izotoniku.

Według wielu ekspertów sok z owoców nie różni się prawie niczym od sztucznie słodzonych napojów, a często zawiera więcej cukru niż one. Nawet śladowe ilości witamin i minerałów, które zostają w soku, nie rekompensują znajdującej się w nim wysokiej zawartości cukru.

Jedna z pięciu porcji warzyw i owoców.

Choć producenci podkreślają zdrowotne właściwości soków, to specjaliści od żywienia uważają, że soku nie należy w żadnym razie traktować jako zdrowej przekąski. Eksperci zalecają spożywanie nie więcej niż 150 ml niedosładzanego soku dziennie, a znajdą się i tacy, którzy zasugerują całkowitą rezygnację z picia soków. Coraz częściej słychać także głosy, które mówią, że należy jak najszybciej zaktualizować rządowe wytyczne dotyczące spożywania soków. Niektóre szkoły w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Stanach już zakazały podawania soków dzieciom.

#2. Tłuszcz jest gorszy od cukru


Wiele mówi się dzisiaj o szkodliwości cukru i konieczności ograniczania do minimum jego spożycia. Zachęcają do tego lekarze, dietetycy, pracownicy różnych organizacji rządowych i pozarządowych, a nawet jacyś śmieszkowie z internetu twierdzący, że soki są niezdrowe. Cukier stał się wrogiem nr 1 w walce o zdrowie publiczne, a rosnąca w społeczeństwie świadomość szkodliwości cukru zmusiła największe światowe korporacje do podjęcia adekwatnych działań, przy czym „adekwatne działania” w żadnym razie nie oznaczają rezygnacji z cukru lub ograniczenia do minimum jego użycia, tylko coś bardziej w stylu „przerzućmy się na argumentację zupełnie odwracającą uwagę konsumenta od sedna sprawy”.

Może i dalej zawiera dawkę cukru, która powaliłaby słonia, ale zobacz jaka jest zielona i ma ŻYCIE w nazwie.

Trudno sobie wyobrazić, że jeszcze do niedawna sądzono, że to tłuszcz, a nie cukier powinien być większym zmartwieniem, ale tak się zazwyczaj dzieje, gdy wielkie korporacje wspierają naukowców z prominentnych placówek naukowych. W 1967 roku opłacona przez przemysł cukrowy grupa naukowców z Harvardu opublikowała pracę naukową, w której bagatelizowano ryzyko związane ze spożywaniem cukru, a podkreślano niebezpieczeństwo wynikające ze spożywania tłuszczu. Publikacja, w której słowem nie wspomniano o sponsorach badania i przez którą wiele lat zachęcano Amerykanów do spożywania niskotłuszczowych, ale bogatych w cukier produktów, stanowi do dzisiaj jedną z przyczyn debaty na temat tego, co jest większym zagrożeniem dla serca: tłuszcz czy cukier.

Twojej byłej i tak nic nie przebije.

Związek między spożyciem cukru a chorobami serca odkryto już w latach 50. i już wtedy Sugar Research Foundation – amerykański związek handlarzy cukru – dostrzegał potrzebę pilnej ochrony własnych interesów. W 1964 roku John Hickson, jedna z najważniejszych osób w branży, podkreślał na spotkaniu z innymi przedstawicielami przemysłu cukrowego, jak ważne jest przekierowanie uwagi opinii publicznej gdzie indziej „za pomocą badań, kampanii informacyjnej oraz ustawodawstwa”. Zgodnie z dokumentami, do których dotarli dziennikarze „New York Timesa”, Sugar Research Foundation zapłaciła ok. 6,5 tysiąca ówczesnych dolarów (50 tys. dzisiejszych) naukowcom z Harvardu, by ci opublikowali pracę, która podważy znaczenie badań nad szkodliwością cukru. Jeden z zaangażowanych w sprawę badaczy tak pisał Hicksonowi w liście:

Jesteśmy świadomi pańskich oczekiwań, więc zrobimy wszystko, co w naszej mocy.

I zrobili, choć zadanie nie było łatwe, ponieważ wyniki badań wskazujące na ryzyko spożywania cukru ukazywały się hurtowo. W końcu jednak udało się – praca przerzucająca uwagę z cukru na tłuszcz została opublikowana w 1967 roku w piśmie New England Journal of Medicine. Hickson był bardzo zadowolony, choć nie ma jednoznacznych dowodów, że przedstawiciele przemysłu bezpośrednio wpływali na treść pracy. Autorzy analizy bardzo krytycznie podeszli do badań na temat cukru, podważając ich metodologię czy kompetencje badaczy, natomiast bardzo luźno potraktowali badania na temat tłuszczu, ignorując ewentualne wątpliwości. Poproszeni pół wieku później przez dziennikarzy NYT o komentarz przedstawiciele Sugar Association – która wywodzi się bezpośrednio od Sugar Research Foundation – powiedzieli, że trudno im komentować zdarzenia sprzed 50 lat. Trudności nastręcza także fakt, że ludzie bezpośrednio zaangażowani w cały proceder już nie żyją.

Nie wiadomo, czy zabił ich tłuszcz, czy cukier.

Żyje za to – i ma się bardzo dobrze – idea wspierania naukowców przez korporacje. W 2015 roku dziennikarze NYT dotarli do mejli pomiędzy przedstawicielami Coca-Coli a opłaconymi badaczami, którzy mieli dowieść, że to zła dieta, a nie napoje gazowane są przyczyną otyłości. Rok później agencja Associated Press opublikowała artykuł, w którym opisywano jak przemysł cukierniczy opłacał i wpływał na badania, które miały dowieść, że dzieci, które jedzą słodycze, mają zdrowszą wagę niż dzieci, które słodyczy nie jedzą.

#3. Prawdziwe jedzenie nie musi wyglądać jak w reklamie


Nie denerwuje was, gdy zamawiając burgera w Macu czy innym Burger Kingu dostajecie ochłap, który wygląda jak krowie gówno zwymiotowane przez bociana? W sumie to nie znam się aż tak na fizjologii zwierząt, ale blada bułka, sflaczały ogórek i cebula wyglądająca tak jakby została wygrzebana z piwnicy jakiegoś domu 20 lat po wybuchu jądrowym nijak ma się do reklam, na których widać soczysty kawał mięsa między dwoma kawałkami zarumienionej bułki, przełożonej plastrem topionego sera, na zielonych jak trawnik Pana Boga liściach sałaty i ułożonych na niej chrupiących pikli. Od samego patrzenia na ten porządek człowiek ma ochotę zeżreć ulotkę.

Tylko z sosem z atramentu.

Najgorsze w tym wszystkim jest, że każda sieć fast foodów pogrywa sobie w ten sposób z konsumentami, choć opisywana praktyka nie dotyczy wyłącznie fast foodów. Producenci żywności robią dokładnie to samo. Ich produkty na opakowaniach wyglądają jak świeżo wyciągnięte z gara, natomiast po otwarciu opakowania wyglądają jak świeżo wyciągnięte z dupy. Niezawodny Internet dostarcza masy materiałów, na których widać, jak oczekiwania rozjeżdżają się z rzeczywistością.

Propozycja podania.

Nie jest to także nowa praktyka – wystarczy spojrzeć na przemysł modowo-kosmetyczny, gdzie idealne twarze i sylwetki namawiają konsumenta do zakupu, tworząc przed nim obraz oczekiwań, których spełnienie jest (teoretycznie) na wyciągniecie ręki. Zgadza się nawet mechanizm doprowadzania końcowego produktu do perfekcji, tak by nie można było oderwać od niego oczu, a ręce same sięgały po portfel. Producenci żywności wydają krocie na tzw. stylistów jedzenia, którzy mają sprawić, byśmy zaczęli ślinić się na widok prezentowanych produktów. Dzięki stosowanym przez stylistów trikom i zabiegom jedzenie wygląda pysznie, choć w wielu przypadkach nie ma z jedzeniem nic wspólnego. No chyba że ktoś lubi wychylić szklankę oleju silnikowego, który w reklamach potrafi pełnić funkcję miodu.

Smaruje wnętrze jak żaden inny.

Inne, równie smakowite triki, mające poprawić wygląd jedzenia na obrazku, uwzględniają użycie kleju, pasty do butów czy tamponów. Ale tak jak wiele mówi się o ukróceniu procederu upiększania modelek, tak o kłamliwych reklamach jedzenia mówi się w zasadzie tylko w Internecie.

Powiedz STOP kreowaniu nieosiągalnych standardów w mediach. Wszystkie burgery są piękne.

Jeśli na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z ordynarnym kłamstwem, to istnieją chyba jakieś przepisy prawa, które pozwalałyby na to kłamstwo odpowiednio reagować. Wszelkie komisje etyki reklamy mają odpowiednie narzędzia, by powstrzymywać nieuczciwe zapędy producentów jedzenia i właścicieli sieci fast food. Po to przecież istnieją, prawda? Petrol z blogu Maltreting.pl przebrnął przez ustawę o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym i znalazł kilka zapisów, które teoretycznie umożliwiałyby ściganie nieuczciwych producentów, ale jakoś nikt się do tego nie kwapi – i to zarówno u nas, jak i za granicą.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że większości ludzi zupełnie nie przeszkadza, że otrzymują ledwie namiastkę tego, co im się obiecuje. W tym chyba tkwi cały geniusz producentów i tłumaczy to brak reakcji ze strony różnych instytucji.

#4. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia


Patrząc po reklamach telewizyjnych, zjedzenie śniadania jest dla człowieka jak zastrzyk z turboplutonu, po którym człowiek tryska energią przez cały dzień. Cudowne właściwości śniadania zdają się być oczywiste, więc kto nie zje śniadania, ten pewnie zemdleje z braku energii zaraz po wyjściu z domu i albo rozjedzie go autobus, albo zgwałcą bezdomni i wezmą kredyt na skradziony mu dowód. Dlatego nieważne, czy masz apetyt z rana, czy nie – masz trzymać przy łóżku kanapki, jajka, parówki, bekon, płatki owsiane i mleko, żeby móc zjeść śniadanie zaraz po przebudzeniu.

Szafki nocnej na wszelki wypadek nie trzymaj.

Tak przynajmniej chcieliby producenci żywności, mimo że w śniadaniu nie ma nic wyjątkowego. Jeśli nie zjesz śniadania, nic specjalnego się nie wydarzy. Nie umrzesz na atak serca, nie roztyjesz się, twoje dziecko nie opuści się nagle w nauce i wbrew pozorom uda ci się nie zemdleć w drodze do szkoły czy pracy. Śniadanie jako najważniejszy posiłek dnia to mit, który został wykreowany przez producentów żywności i fanatyków religijnych, którzy uważali, że masturbacja to dzieło szatana.

Przynajmniej ostatnie się zgadza.

Moda na lżejsze śniadania przyszła wraz z rewolucją przemysłową w Stanach. Ludzie potrzebowali czegoś bardziej lekkostrawnego niż smażone jajka czy resztki z poprzedniego dnia, którymi żywili się do tej pory. Posiłek rolnika musiał zostać zastąpiony jedzeniem biurowym. Potrzeba zmiany nawyków żywieniowych zeszła się w czasie z narodzinami Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, do których należeli twórcy płatków śniadaniowych James Caleb Jackson i John Harvey Kellog. Obaj mężczyźni byli bardzo religijni, a Kellog nawet do tego stopnia, że uważał, że masturbacja to zło, któremu można zapobiec spożywając mało wyraziste w smaku, lecz zdrowe produkty, takie jak płatki zbożowe, które stanowiły główny produkt żywieniowy pensjonariuszy sanatoriów należących do adwentystów. Bo do sanatoriów nie jeździ się przecież dla zabawy.

Ci tutaj obchodzą sylwestra i z tej okazji dostali do płatków mleko 3,2%.

Gdy adwentyści przekonali się, jakim super energetycznym żarciem jest zbożowa papka z mlekiem, przyszła pora, by nakłonić resztę świata do uwierzenia w magiczne właściwości śniadania. Na początku XX wieku zaczęto wmawiać ludziom, że dzięki lżejszemu i zdrowszemu śniadaniu będą bardziej produktywni w pracy. Odkrycie istnienia i znaczenia witamin sprawiło, że płatki zaczęto w latach 40. reklamować jako największe źródło witamin, przez co rola śniadania w powszechnej świadomości rosła coraz bardziej. Wyobrażenie o jego niezastąpionej roli przypieczętowała kampania reklamowa firmy Beech-Nut, za którą odpowiadał specjalista PR, Edward Bernays. Udało mu się nakłonić pewnego lekarza do podpisania dokumentu stwierdzającego, że śniadanie złożone z jajek i bekonu jest bardziej wartościowe niż lekkie śniadania. Bernays rozesłał ten sam dokument do podpisania pięciu tysiącom amerykańskich lekarzy, a później przekonał gazety do opublikowania rezultatów swojego eksperymentu, jak gdyby była to praca naukowa. W ten sposób bekon i jajka wróciły do łask, śniadanie stało się „uzasadnione” z medycznego punktu widzenia i od tamtej pory funkcjonuje w świadomości większości ludzi jako „najważniejszy posiłek dnia”.

Tymczasem największy problem ze śniadaniem polega na tym, że nie można w niemal żaden sposób potwierdzić jego cudownych właściwości. Szereg badań naukowych, które przeprowadzono na temat, nic nam tak naprawdę nie mówi, ponieważ ma jedynie charakter obserwacyjny i nie wskazuje jednoznacznie na związek przyczynowo-skutkowy.

#5. Do picia nadaje się tylko woda butelkowana

Co byście powiedzieli, gdyby się okazało, że to:


… różni się od tego:


… jedynie tym:


No i może tym:


Jeśli tak jak większość ludzi na świecie oczekujecie, że woda nie będzie trująca, a za to mokra i przy okazji ugasi wasze pragnienie, to gratulacje – za chwilę odkryjecie prosty sposób na to, jak nie przepłacać setek albo i nawet tysięcy razy za produkt codziennego użytku.

Uwaga, uwaga: woda z kranu nadaje się do picia równie dobrze jak woda butelkowana.

[PRODUCENCI WODY BUTELKOWANEJ GO NIENAWIDZĄ]

W społeczeństwie panuje jakiś dziwny pogląd, że tylko woda z butelki nadaje się do picia, bo po kranówce człowiek zacznie wygadywać brednie typu „Amy Schumer jest śmieszna” albo coś. Wynika to z niewiedzy i strachu, że coś, co płynie rurami i leci z kranu, nie może być czyste ani bezpieczne, a woda butelkowana to zupełnie co innego, bo przecież musi mieć atesty, przejść kontrole i pobiera się ją pewnie z jakiegoś lodowca albo innego górskiego źródła, do którego człowiek nie miał wstępu od milionów lat, a tymczasem niedźwiedzie srają pewnie do niego regularnie, ale wiecie co – nie szkodzi, bo gówno też jest naturalne, a nie ma nic bardziej naturalnego niż gówno niedźwiedzia.

Gówno niedźwiedzia zawiera dużo witamin z grupy B.

Strach przed kranówką może wydawać się uzasadniony, gdy weźmie się pod uwagę kolor wody, która jeszcze do niedawna potrafiła lecieć z naszych kranów. W tym miejscu należy jednak zadać sobie jedno zajebiście ważne pytanie: „Kiedy ostatnio zawiesił ci się Windows?”. Czas płynie i nawet nie zauważamy, że z naszego życia zniknął niebieski ekran. Tak samo z kranów zniknęła brązowa woda. W czasach PRL-u rozpuszczano w niej ekstrakty komunizmu – stąd jej kolor – ale komunizmu już u nas nie ma, zaś jakość wody kranowej uległa radykalnej poprawie. Wprowadzono rygorystyczne normy dotyczące jakości wody, prowadzi się regularne kontrole, wymienia instalacje doprowadzające wodę do gospodarstw domowych. Przepisy, którym podlega woda kranowa, są niejednokrotnie ostrzejsze niż uregulowania dotyczące wody butelkowanej. Co więcej, woda kranowa bywa zdrowsza od wody butelkowanej, tzn. zawiera więcej składników mineralnych. Rozpoznać je możesz po kamieniu odkładającym się na przykład w czajniku – to związki wapnia, te same, które można znaleźć w butelkowanej wodzie mineralnej.

Ciekawostką jest na przykład fakt, że jedne z najbardziej popularnych marek wód butelkowanych w Stanach – należąca do Coca-Coli Dasani oraz Aquafina od Pepsi – to zwykłe kranówki pochodzące z lokalnych dla danego obszaru ujęć wody pitnej. Skąd o tym wiemy? Amerykańskie przepisy nakazują producentom informowanie na etykietach butelek skąd pochodzi dana woda.

Wydobywana z głębokości trzeciego piętra przy Piątej Alei.

Skoro przy butelkach już jesteśmy… Szacunki wskazują, że w 2017 roku na świecie zostanie sprzedanych 391 miliardów litrów wody w butelce. Łatwo sobie wyobrazić, że potrzeba w cholerę plastiku na całą tę wodę, a wbrew temu, co pokazują w telewizji, plastik nie rośnie na drzewach – plastik produkuje się z ropy naftowej. Obliczenia wskazują, że ropa potrzebna do produkcji tylu plastikowych butelek wystarczyłaby na zasilanie miliona aut rocznie. Do tego dochodzi transport wszystkich tych butelek. Największą ironię stanowi jednak fakt, że do wyprodukowania jednego litra wody butelkowanej potrzeba nawet... dwóch litrów wody.

Strach czy brak świadomości – no, może czasem brak dostępu do wody bieżącej – to nie jedyne czynniki, które powstrzymują ludzi od picia wody z kranu. Duży w tym udział mają korporacje, które tworzą przed konsumentami obraz wody butelkowanej jako nie wiadomo jakiego cudu natury. Drogę im zaś wytyczył producent francuskiej wody Perrier, który w latach 70. postanowił wejść na amerykański rynek z szeroko zakrojoną kampanią reklamową przedstawiającą Perrier jako wodę dla młodych, pięknych, bogatych i wysportowanych. Amerykanie – którzy wcześniej nawet nie myśleli o tym, żeby pić wodę inną niż kranową – błyskawicznie zdali sobie sprawę z tego, że kluczem do osiągnięcia sukcesu, zdrowej sylwetki i zachowania młodości jest przepłacanie setki razy za coś, co można mieć prawie za darmo.

„Kto nie pije Perrier, ten brzydki biedak, a jego stary chodzi po basenie w garniturze”.

UBW jest już spakowany i gotowy do drogi, bo nie sądzi, by producenci żywności ze zrozumieniem patrzyli na jego dalsze poczynania. Nie próbuj go szukać ani w Ameryce Południowej, ani na jego fanpejdżu. Może kiedyś wróci, a może nie.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15