Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"To, co mnie przytłoczyło, to kompletna cisza" - wybuch gazu w Gdańsku

72 813  
383   81  
17 kwietnia 1995 roku - Gdańsk. Wybuch gazu w 11-piętrowym bloku niszczy trzy dolne piętra, reszta budynku osiada na rumowisku.

17 kwietnia 1995 rok, Poniedziałek Wielkanocny. W jedenastopiętrowym wieżowcu przy Alei Wojska Polskiego 39 większość mieszkańców śpi. Nieliczni są już na nogach, przygotowują się na poranną mszę. Tej nocy w budynku doszło do rozszczelnienia instalacji gazowej. Jako pierwsza na zapach gazu zareagowała jedna z mieszkanek siódmego piętra. Obudziła męża, z którym obeszła sąsiednie mieszkania. Zaspani sąsiedzi także wyczuwali charakterystyczną woń. Nie była bardzo intensywna, jednak mimo wszystko poinformowali pogotowie gazowe o problemie.

Było już jednak zbyt późno. Kilka minut później w dolnej części budynku dochodzi do silnej eksplozji, która rozrywa ściany i zawala stropy. Konstrukcja dosłownie opada o trzy zniszczone piętra i osiada na rumowisku.

Akcja ratownicza

O godzinie 5.53 w Poniedziałek Wielkanocny dyżurny Komendy Rejonowej Policji otrzymał informację o wybuchu gazu. Chwilę później alarm rozbrzmiewa w dwóch jednostkach straży pożarnej w Gdańsku.

Dziesięć zastępów strażackich przyjeżdża na miejsce zdarzenia chwilę przed szóstą.


Przybyłym na miejsce ratownikom ukazał się niecodzienny widok. Byli zaskoczeni panującą głuchą ciszą, jakby nic się nie stało. Jednak widok powybijanych szyb, gruz wokół budynku oraz jego przechylenie w stronę ulicy wskazywały na to, że chwilę wcześniej miała tu miejsce tragedia. Wokół bloku strażacy widzieli również elementy zmiażdżonych kondygnacji, pogięty sprzęt domowy. Na balkonach i w oknach w bezruchu stali zszokowani ludzie. W takiej właśnie atmosferze zaczęła się akcja ratownicza, która trwała ponad osiemdziesiąt godzin.

Organizacja

Po wstępnym rozpoznaniu dowódca akcji zażądał wsparcia w postaci jednostek straży pożarnej, a także przysłania pogotowia ratunkowego, gazowego oraz energetycznego. Poprosił także o przysłanie ekipy PCK z psami ratowniczymi, przeszkolonymi w zakresie poszukiwania ludzi pod gruzami. W tamtej chwili najważniejszym celem była ewakuacja ludzi z budynku.
Utworzone zostały dwa odcinki bojowe. Odcinek pierwszy, pracujący od strony ulicy, miał za zadanie ewakuację ludzi z wyższych pięter za pomocą drabin. Drugi odcinek, do czasu przyjazdu kolejnych wozów z drabinami, zajmował się ratowaniem osób uwięzionych w gruzach.

Sama akcja ratunkowa była bardzo niebezpieczna. Drzwi wejściowe właściwie przestały istnieć. Budynek, odcięty od fundamentów, chwiał się i trzeszczał, odchylał od pionu. W bardziej zniszczonej części przechylenia stropów i podłóg wynosiły ponad 20°. Dodatkowo sprawę utrudniał fakt, że zaobserwowano wydobywający się spod gruzów dym. Kolejną grupę bojową stworzono w kilka minut - jej celem było zlokalizowanie i ugaszenie pożaru.

Każdy z zastępów musiał być odpowiednio zabezpieczony. Konieczna była łączność radiowa z dowódcą danego odcinka bojowego. Wszyscy członkowie ekipy ratunkowej mieli obowiązek informowania reszty o napotkanych trudnościach i warunkach bezpieczeństwa. Sami ratownicy starali się tak zachowywać, żeby w razie niebezpieczeństwa mogli wyjść tą samą drogą, którą weszli do budynku.

Zasypani ludzie

Dokopanie się do niektórych zasypanych było bardzo ciężkie. Jednego mężczyznę, przygniecionego stropem do tapczanu, strażacy ratowali 80 minut. Gruzy przycisnęły także małżeństwo z dzieckiem. Ojciec z pociechą leżał w jednym miejscu, matkę wyrzuciło pod ścianę. W tych przypadkach niezwykle przydatne okazywały się poduszki powietrzne, bez których strażacy byliby bezradni. Żaden większy sprzęt nie mógł być użyty ze względu na zniszczenia budynku. Liczyła się siła ludzkich rąk i inwencja twórcza ratowników. Kilkukrotnie ogłaszana była cisza, próbowano nawiązać kontakt z osobami zagruzowanymi. Teren przeszukiwały wcześniej wspomniane psy - niektóre próby zakończyły się sukcesem.

W trakcie akcji doszło do osunięcia jednej z części budynku. Było to bardzo groźne - wszechobecne pęknięcia świadczyły o tym, że konstrukcja została mocno osłabiona. Blok osiadł odchylony o 120 cm od pionu, zaś nachylenie ciągle się zwiększało. Mimo tego akcja ratownicza wciąż trwała - priorytetem było życie poszkodowanych.

Przerwanie akcji

Około godziny 12 odchylenie ściany od strony Alei Wojska Polskiego zaczęło gwałtownie wzrastać. W godzinach popołudniowych, podczas próby odgruzowania dolnych pięter, doszło do kolejnego uszkodzenia bloku. W tym punkcie zagrożenie było już tak duże, że akcję przerwano, żeby nie pogrzebać pod gruzami kolejnych osób - ratowników.

Plan rozbiórki i ciężkie decyzje

Do późnego wieczora trwały konsultacje i planowanie dalszych działań. Do Gdańska skierowano ciężki sprzęt - koparki, ciężarówki, agregaty oświetleniowe. Zwołano komisję ekspertów - geodetów, specjalistów budownictwa, ściągnięto także projektanta i realizatora budynku. Przed nimi stało ciężkie zadanie - z wywiadów przeprowadzonych z mieszkańcami wynikało, że w gruzowisku ciągle znajdowało się 17 osób, a ich los zależał od podejmowanych właśnie decyzji.

Powoli zapadała noc. Gruzowisko zostało oświetlone za pomocą sprowadzonych wcześniej agregatów. Zgromadzeni specjaliści dokonali oceny bloku. Po szczegółowych oględzinach stwierdzono, że stan techniczny obiektu - ze względu na jego niestabilność oraz odcięcie od fundamentów - nie pozwala na jakiekolwiek zabezpieczenie go przed zawaleniem, stanowi ciągłe zagrożenie i wymaga natychmiastowej rozbiórki. Komisja dodatkowo orzekła, że jedynym możliwym sposobem na rozbiórkę jest wysadzenie budynku w taki sposób, aby konstrukcja przewróciła się na bok, jednocześnie odsłaniając gruzowisko, w którym znajdowali się uwięzieni ludzie.

Zburzenie rozchwianego blok było bardzo złożonym przedsięwzięciem. Zwrócono się o pomoc do specjalistów z Wyższej Szkoły Oficerskiej z Wrocławia, a także saperów z Marynarki Wojennej. Przygotowali oni projekt wyburzenia, który został później zaakceptowany przez kierownika akcji. On też, na prośbę mieszkańców, zdecydował o wyniesieniu ważnych i cennych przedmiotów z rozchwianego bloku. Ludzie, ewakuujący się w szoku, zostawiali na miejscu cały swój dobytek, wychodzili z mieszkań najczęściej ubrani w to, w czym spali.

Płk dr inż. Jan Marzec tak wspomina te chwile:
Na mój rozkaz zjechaliśmy z powrotem, dlatego że zauważyłem tak zwaną niemoc chwilową oficerów. Był to tak zwany szok widokowy. To, co myśmy zobaczyli w środku w mieszkaniach. To były przecież święta. To były przygotowane wszystkie smakołyki świąteczne w kuchniach, na stołach, masę zabawek. Rzeczy, szczególnie rzeczy dziecinne, do tej pory pamiętam jeszcze ten widok mieszkań i cały majątek rodzin, który pozostał w domach, szafach.

Całość może wydawać się bardzo chaotyczna, jednak plan przygotowano w najdrobniejszych detalach. Opisywał nawet dokładne ruchy ciężarówek podjeżdżających po gruz, tak by nie dochodziło do niepotrzebnych zatorów ani kolizji.

Przygotowania i wyburzenie

Chwilę po północy zaczęło się przygotowywanie terenu. Strażacy wycięli drzewa, krzewy, płoty. Przygotowano podjazdy pod ciężki sprzęt. Teren przygotowano tak, aby do budynku był dostęp z każdej strony. Obok wieżowca zgromadzono wszystkie potrzebne materiały. Mimo tego, że był drugi dzień świąt, to dzięki łańcuchowi osób dobrej woli zebrano materiały na czas.

Saperzy przygotowali czwarte piętro do podłożenia materiałów wybuchowych. Na piątym piętrze na balkonach strażacy przyczepili plandeki zabezpieczające - ich zadaniem była ochrona przed odrzutem odłamków oraz falą dźwiękową.

O godzinie 6 rano dwuosobowe ekipy saperów wzmocnione strażakami zaczęły montować materiały wybuchowe w budynku. W trakcie akcji minerskiej dwukrotnie doszło do gwałtowniejszych odchyleń budynku - wtedy akcja była przerywana, a ludzie ewakuowani.

Ludzi mieszkających w promieniu do 700 metrów ewakuowano, polecając zostawienie otwartych okien. Znajdującą się niedaleko zajezdnię tramwajową zamknięto. Najbliższe ulice i boisko sportowe zostały odgrodzone zastępami policji oraz wojska, ponieważ wokół zaczęły zbierać się tłumy gapiów, których bezpieczeństwo mogło być zagrożone w trakcie eksplozji. Na okolicznych ulicach zaczęto gromadzić ciężkie maszyny - buldożery, ciężarówki, wywrotki.

Nad Gdańskiem zapadła głucha cisza.


O godzinie 12.58 ładunki wybuchowe zostały zdetonowane. Konstrukcja kładzie się w całości. Żaden sąsiedni budynek nie został naruszony.

Wznowienie akcji ratowniczej po rozbiórce

Kiedy opadł pył po wybuchu, na teren wjechał ciężki sprzęt. Teren gruzowiska podzielono na cztery części, na każdej pracowało od 40 do 50 osób, które wymieniały się co 15-20 minut. Rozbiórka trwała przez kolejne dwie doby. Tempo pracy podyktowane było myślą, że pod gruzami mogą znajdować się żywi ludzie. Ratownicy mieli tym większe nadzieje, bo w pewnym momencie pod stertą gruzu znaleźli przerażonego kota, który przeżył to wszystko bez szwanku.

Góra gruzu sięgała 10 metrów - z tego powodu ciężki sprzęt nie mógł sięgnąć do samego szczytu. Większe płyty ściągane były linami, pakowane na ciężarówki i wywożone na najbliższe wysypisko. W dalszym ciągu w użyciu były psy ratownicze, a także kamery termowizyjne i geofony.

Na jednym bloku betonu wisiał człowiek, wyglądający tak, jakby trzymał się rękami. Ratownicy stanęli zszokowani. To było tylko złudzenie, był martwy.

W pewnym momencie na gruzowisku ujawniło się kolejne zagrożenie, w powietrzu można było wyczuć gaz. Po namierzeniu miejsca, w którym stężenie gazu było największe, okazało się, że jest go tak dużo, że w każdej chwili może dojść do wybuchu. Mimo tego akcja ratunkowa nie została przerwana, zamiast tego wykonano podkop i zaczęto wietrzyć gruzowisko. W ten sposób stężenie gazu spadło do takiego poziomu, że zagrożenie wybuchem było mniejsze, a ratownicy dalej mogli przeszukiwać teren. Taka akcja była także podyktowana tym, że wszyscy mieli nadzieję na odnalezienie żywych ludzi - świeże powietrze miało zwiększyć ich szansę na przeżycie*.

Pomimo ciężkiej walki i poświęcenia strażaków, z gruzowiska wyciągano już tylko zwłoki. Nadzieja przygasała, ale ratownicy nie poddawali się, bo wciąż brakowało kilku osób. Zwłoki ostatniej z nich odnaleziono dopiero przeszukując gruz wywieziony na wysypisko.

---

*Źródło wycieku gazu, który przeszkadzał w akcji ratowniczej, zostało wykryte dopiero następnego dnia rano. Był to stary, uszkodzony gazociąg, którego prawdopodobnie nie było nawet na planach. Budynek był przed akcją odcięty od mediów przez odpowiednie służby, gazownicy też zamknęli dopływ gazu do budynku, co odpowiednio zaraportowali, mimo wszystko w starym gazociągu wciąż znajdował się gaz. Co ciekawe, najprawdopodobniej nie miał z wybuchem nic wspólnego.

Śledztwo

Niemal od samego początku brano pod uwagę dwie hipotezy. Pierwsza z nich pojawiła się po wysłuchaniu zeznań kobiety mieszkającej naprzeciwko wyburzonego budynku. Mówiła ona, że widziała płomienie wydobywające się z jednego mieszkania na parterze. Szybko ustalono, że właścicielem mieszkania był Jerzy Szachowski - starszy mężczyzna skłócony z administracją budynku. Groziła mu eksmisja za niepłacenie czynszu. Mimo braku pieniędzy zdołał ubezpieczyć mieszkanie na wysoką sumę. Kilka dni przed wybuchem sąsiedzi słyszeli odgłosy kucia. Po oględzinach rumowiska okazało się, że wykonał w podłodze otwory do piwnicy - nie były one wynikiem eksplozji. W momencie eksplozji Jerzy Szachowski był ubrany "do wyjścia" i znajdował się przy wyjściu z bloku.

W ocenie prokuratury to właśnie on rozszczelnił instalację gazową, co doprowadziło do ulotnienia się bardzo dużej ilości gazu oraz późniejszego wybuchu. Nie był to wypadek, a celowe działanie człowieka, który chcąc wyłudzić odszkodowanie za zniszczenie mieszkania, doprowadził do śmierci własnej oraz 22 innych osób. Nie znaleziono jednak wystarczających dowodów na to, aby Jerzemu Szachowskiemu przypisać odpowiedzialność za wybuch.

Pozostałe hipotezy

Druga hipoteza wspominała o kradzieży zaworów gazowych przez nieznanego złomiarza. Miało to spowodować ulatnianie się gazu, zaś bezpośrednio do wybuchu miała przyczynić się mieszkanka bloku, która zapaliła światło w piwnicy i wznieciła iskrę, co zainicjowało wybuch. Zaworów gazowych nie znaleziono w żadnym skupie złomu.

Co ciekawe, w połowie 2016 roku członek IPN, Sławomir Cenckiewicz, przedstawił bardzo śmiałą, trzecią hipotezę. Wyjawił, że w trakcie zbierania wywiadów do książki na temat Lecha Wałęsy dowiedział się od byłych pracowników UOP, że wybuch miał być wywołany celowo, gdyż w jednym z mieszkań tego bloku znajdowały się teczki obciążające Lecha Wałęsę. Po ewakuacji budynku miały zostać przechwycone przez agentów. Hipoteza brzmi bardzo odważnie, więc w tej chwili zostawiam ją tylko jako ''smaczek'' w całej tej sprawie - cała treść oświadczenia Sławomira Cenckiewicza - tutaj (link).

Śledztwo zostało umorzone w grudniu 1995.

Następstwa zdarzenia

Mieszkańcy wyburzonego bloku przez dwa lata byli praktycznie bezdomni - mieszkali w hotelach, u rodziny, przyjaciół. Władze Gdańska, sponsorzy oraz różne instytucje wspólnymi siłami zgromadzili środki na zbudowanie nowego budynku, w którym zamieszkali ocaleni. Budynek nie został podłączony do instalacji gazowej. Na ścianie budynku zawisła tablica upamiętniająca tamto tragiczne wydarzenie.




Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12

Oglądany: 72813x | Komentarzy: 81 | Okejek: 383 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.01

26.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało