Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Krawężnik od kuchni III - z życia polskiego policjanta

83 371  
781   95  
Joe Monster uczy i bawi – w myśl tej zasady prześledzimy dziś drogę zatrzymanego od miejsca popełnienia czynu do zatrzaskujących się za nim bram aresztu – będzie akcja, będą pościgi, wszystko będzie!

Potem rozerwiemy się nieco przy alkoholu, a przy tej okazji odwiedzimy pewne miejsce, do którego po nadmiernym spożyciu napojów wyskokowych trafić nietrudno...

Zaczynamy ciepłą, letnią nocą, krążąc po rejonie. Radiowóz – Fiat Ducato prowadzony przez kolegę „tempem patrolowym” (dwójka bez gazu) po niemal pustych ulicach Warszawy. Sielankę przerywa interwencja zlecona – tu i tu oczekuje ofiara rozboju. Jesteśmy niedaleko, więc docieramy całkiem sprawnie. Na miejscu oczekuje młody chłopak, który napotkał na swojej drodze dwóch lokalnych Sebixów, co zakończyło się kilkoma siniakami i utratą portfela oraz telefonu. Po fakcie oni udali się jedną z głównych ulic „w miasto”, on zaś do pobliskiej restauracji, skąd obsługa zadzwoniła na 112. Bierzemy pokrzywdzonego na pokład, podajemy załogom przez radio rysopis sprawców i ruszamy. Chłopak siedząc z tyłu ma niezły widok na okolicę, samemu nie będąc widzianym. Od zdarzenia minęło łącznie kilkanaście minut, więc jest szansa.

Kilka minut później na jednym ze skrzyżowań kierowca dostrzega dwóch odpowiadających rysopisowi ludków przechodzących przez ulicę. Po zwróceniu uwagi zgłaszającemu ten mówi, że tak, to oni!

Teraz pozostaje kwestia taktyki – my stoimy na czerwonym, oni przechodzą kawałek dalej, tak że widzą nas i ewidentnie „obcinają”, czy aby nie ruszamy w ich stronę. Poker face i czekamy, aż pójdą dalej – w tym czasie z innej strony tego samego skrzyżowania podjeżdża i również staje na światłach inny radiowóz. Jest bliżej sprawców, ale nie ma jak dać mu znać – ktoś właśnie nawija na radiostacji z radiooperatorem, swoją przydługą wypowiedzią blokując nam kanał. Po numerze radiowozu widzę, że to mój stary Sensei – znając go pewnie już sam zobaczył obu klientów, lecz nie mając na pokładzie zgłaszającego nie ma pewności, czy to oni. Szybka decyzja – „Jak ci dwaj będą tyłem, to dawaj za nich, jak chłopaki to zobaczą, to będą wiedzieli o co chodzi”.

Sprawcy przechodzą kawałek dalej, kolega przecina skrzyżowanie i staje tak, że po otwarciu drzwi wypadam z radiowozu kilka metrów za nimi. Jeden z nich obejrzał się, krzyczy i obaj zaczynają wiać. Wiedziony pierwotnym instynktem wszystkich policjantów i terrierów – gdy coś ucieka, zaczynam to gonić. Obieram sobie jednego z nich na celownik i biegnę, podczas gdy drugi odłącza się i przecina obie jezdnie mając nadzieję czmychnąć w osiedle. Trudno, nie rozdwoję się. Tymczasem pędzę za swoim – koleś wieje jak oparzony, bo goni go 2 do 12 lat w celi z kolegą o ksywie „Igor Penetrator”. Trudno opisać to uczucie, gdy się kogoś goni – maksymalny wysiłek organizmu, uderzenie adrenaliny, płuca na granicy wyplucia, przeszkadza ci każdy większy gadżet, który umieściłeś w kieszeniach udowych, a cały pas z oporządzeniem nagle waży jeszcze więcej niż zwykle. W moim przypadku zawsze towarzyszy temu kompletny, wszechogarniający mnie strach... że gość mi ucieknie. Ot, tak już mam.

Jakieś 100-200 metrów dalej widzę, że Sebix zaczyna zwalniać – jeszcze chwila, jeszcze kawałek i gość pęknie, zatrzyma się. W tej chwili mój partner jadąc na sygnale pod prąd podjeżdża tuż obok niego i otwiera drzwi – sprawca nie ma nawet czasu się zdziwić, gdy 100 kilo dwumetrowego policjanta spada na niego wprost z wysokiego siedzenia kierowcy Ducato i przygniata do chodnika. Musiało boleć, ale cóż – przestępstwo nie popłaca. Dobiegam, kujemy go, sprawdzamy kieszenie i pakujemy do radiowozu. Jednocześnie podjeżdża druga załoga – chłopaki złapali drugiego uciekiniera, znajdując przy nim telefon pokrzywdzonego. Zmęczeni, ale zadowoleni wracamy na fabrykę, gdzie po krótkim rozpytaniu jeden z nich mówi, gdzie wyrzucili portfel pokrzywdzonego – grupa dochodzeniowo-śledcza pojedzie go zabezpieczyć procesowo.

Co dalej? Papiery – protokoły zatrzymania, notatki urzędowe opisujące „co i jak”. Protokoły przeszukania obu sprawców, protokół przyjęcia zawiadomienia o przestępstwie od pokrzywdzonego – wszystko, co robimy musi zostać udokumentowane i wyjaśnione w aktach sprawy. Zajmuje to zwykle od godziny do kilku – w zależności od stopnia skomplikowania zdarzenia i ilości dokumentacji, którą trzeba sporządzić. Zatrzymany zostaje poinformowany o swoich prawach i obowiązkach, może się wypowiedzieć na okoliczność zatrzymania i prosić o powiadomienie osoby najbliższej, pracodawcy lub adwokata. Wiele osób sądzi, że niczym w amerykańskich filmach mamy obowiązek pozwolić im wykonać jeden telefon – nic bardziej mylnego. Ewentualne powiadomienia wykonywane są przez policjanta, który nie będzie podawał żadnych szczegółów osobie po drugiej stronie słuchawki, jedynie udzieli informacji, że Sebuś jest cały i zdrowy, ale na chwilę obecną do naszej dyspozycji. Następnie w razie potrzeby następuje badanie lekarskie zatrzymanego – jeśli cierpi na jakieś poważne choroby lub ma obrażenia, lekarz musi się wypowiedzieć, czy i w jakich warunkach może przebywać w celi. Po tym osadzenie w PDOZ – Pomieszczeniu Dla Osób Zatrzymanych. Dwóch rządzących tym przybytkiem policjantów oceni, czy wszystko się zgadza i zamelduje naszego zatrzymanego w chwilowym hotelu. Chwilowym, ponieważ może tam spędzić nie więcej niż 48 godzin od chwili faktycznego zatrzymania – w tym czasie musi zostać rozliczony i albo zwolniony, albo przekazany do dyspozycji Sądu. Po osadzeniu policjanci są przesłuchiwani (siłą rzeczy są świadkami w tej sprawie) i mogą ruszać dalej. Na tym rola Dzielnych Ogrów się kończy.

Następnego dnia do akcji wkraczają dochodzeniowcy, wykonując kolejne czynności procesowe, gromadząc materiał dowodowy i ogólnie nadając sprawie formę, w której można ją pokazać prokuratorom – muszą ogarnąć wiele elementów i zaprowadzić porządek w tym chaosie. W przypadku naszych pechowych Sebixów rozbój i ucieczka z miejsca kwalifikują ich do wniosku o tymczasowe aresztowanie – znane też jako pucha, sankcja lub, pieszczotliwie, „sanki”. Dochodzeniowcy piszą wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania, a sprawcy zostają przewiezieni do prokuratury. Tam prokurator (w przypadku śledztwa) stawia zarzuty i sam występuje z wnioskiem o aresztowanie do Sądu. Od momentu doręczenia tam akt zatrzymani (mający teraz status podejrzanego – nadążacie?) są „do dyspozycji Sądu” – do puli 48 godzin dodajemy kolejne 24, w czasie których Sąd zadecyduje, czy na rozprawę będą oczekiwali na wolności, czy jednak poznają Igora. Nasi „bohaterowie” otrzymali od losu tę okazję poszerzenia horyzontów, choć nie wiem, czy byli z tego powodu nadmiernie radzi – oto więc konwojówka ładuje ich do samochodu i gdy z głośnym trzaskiem zamyka się za nimi ciężka brama aresztu już wiedzą, że oto ich nowy „dom z dala od domu”. Tak jakby.

* * * * *

A teraz kolejny przeskok czasu i miejsca akcji. Pamiętam, jakby to było wczoraj – chłodny poranek w spokojny, świąteczny dzień... A może weekendowy? No dobra, chyba jednak nie „jakby to było wczoraj”... Tak czy inaczej – poranek w dniu, gdy ulice miasta są puste i spokojne. Jadąc radiowozem spostrzegamy jegomościa stojącego przy drzewie. Klient stoi pochylony obejmując drzewo obiema rękami – albo jest nawalony jak szpadel, albo pała do tego dębu niezwykle silnym uczuciem. Rachunek prawdopodobieństwa nawet nie tyle „wskazuje” na tę pierwszą opcję, co podświetla ją neonem, rysuje strzałki i odpala flary. Zatrzymujemy się, a Sensei mój wzdychając mówi:
- Kurrr... bierzemy go, co?
- Kurrrr... No stoi tuż obok ulicy, jak się tam wtoczy, to zaraz coś go pi**dolnie... No trzeba będzie.

Podchodzimy do jegomościa, z bliska widząc, że gdyby nie nieoczekiwana pomoc ze strony lokalnej flory, klient nie utrzymałby się w pionie. Bierzemy go pod ramiona i z wysiłkiem holujemy do radiowozu, gdzie ląduje na tylnym siedzeniu. Rozpoczyna się rozmowa, Sensei pyta, ja notuję. Ważne info: mój partner, będąc ode mnie starszy o kilka lat, wyglądał jak na swój wiek nader dojrzale, ja zaś - jak gdybym urwał się po lekcjach i w mundur wskoczył.
Sensei: Jak się pan nazywasz?
Gość: Kurrrhhh... Szszszszzzzzysztof... NowakSzszszszysztof...
S: Gdzie mieszka?
G: Szszszekaj chwilę, czekaj...
S: Magister, gdzie mieszkasz?
G: No czeeeekaj...
S: Nie czekaj, tylko gdzie pan mieszka?
G: Szekaj, szekaj... No... (patrząc na mnie) Młody, skocz po jeszcze jedną, co?

Patrzymy na siebie z kolegą i... jak na komendę wybuchamy śmiechem, gromkim. Koniec końców wydobywamy od gościa dane osobowe, ale z adresu to tylko „na Pradze”, a w dowodzie meldunek gdzieś spoza Warszawy. Izbo Wytrzeźwień, ty jesteś jak zdrowie... Ten pan za chwilę się o tym dowie. Zgłaszamy wszystko radiooperatorowi i ruszamy.

Ach, Izba Wytrzeźwień – od kilku lat znana jako „Stołeczny Ośrodek dla Osób Nietrzeźwych”, ale choć nazwa marki jest inna, to zawartość pozostała. To właśnie w tej „krainie białych koszul” zawiązują się piękne przyjaźnie („ZZZZZZzzzygmunt jestem, uszanowanko...”), to ona dostarcza, ekhem, niezapomnianych wspomnień swym radosnym gościom. Na miejscu dwa pomieszczenia, gdzie oczekuje się na wejście, kolejne, gdzie od klienta przyjmuje się depozyt i dalsze, prowadzące w głąb budynku. W zestawie pierdyliard kamer, alkomat i łóżka na kółkach, na których przywieźć można tych najbardziej „zmęczonych” – tudzież przywiązać do nich tych najbardziej krewkich. Szysztof, przepraszam, Krzysztof nie należy ani do jednych, ani do drugich, toteż dziarsko wchodzi do swego dzisiejszego hotelu (ciężko powiedzieć, ile to będzie gwiazdek). Tylko przed wejściem staje jak wryty i pyta:
- Aaaale... czy to Praga jest?
- Pewnie, no przecież to twój blok, nie poznajesz?
- Aaaaa no rzeszywiście...
Spokojnie i bez problemów wchodzi do wewnątrz, gdzie jeszcze kilka razy pyta, czy może już wyjść z tej przychodni, po czym zostaje odprowadzony „na pokoje”, gdzie żyje długo i szczęśliwie. Tak jakby.

* * * * *

Inny czas, inne miejsce. Nad ranem, gdy na około godzinę przed zakończeniem nocnej służby walczymy ze snem, nagle dostajemy zleconą – dzwoni matka, bo jej syn grozi, że się zabije. Przy takich sytuacjach zwykle kończy się na groźbach rzucanych w celu zwrócenia na siebie uwagi, ale kontakt z psychiatrą trzeba wtedy zapewnić. Dajemy sobie dwie sekundy na donośne „kurrrrr”, bo pewnie czeka nas przejazd z klientem do psychiatryka i służba przeciągnie się o kilka godzin, po czym włączamy „bomby” (sygnały) i ruszamy z kopyta – gdyby syn nie tylko groził, ale spróbował zrealizować. Czasem informacje na drodze osoba dzwoniąca => telefonista => radiooperator => załoga potrafią ulec pewnemu zniekształceniu, więc zasadniczo jeśli dana sytuacja może mieć kilka „stopni nasilenia”, zwykle przyjmuje się ten najgorszy. Docieramy na miejsce i pukamy do drzwi, które otwiera nam kobieta w takim wieku, że Mojżeszowi piątkę wisi. Okazuje się, że „synuś”, do którego jechaliśmy to facet w wieku 50 lat, który od kiedy żona wyrzuciła go z domu za pijaństwo mieszka z biedną matką, muszącą znosić jego humory. Oczywiście pani nie widzi w swojej sytuacji nic niewłaściwego („No synuś, no trochę lubi popić, ale to złoty chłopak jest...”), ale przestraszyła się o jego życie i zdrowie, więc wezwała nas na miejsce.
Wchodzimy do jego pokoju, krótka analiza sytuacji („Nooooo ja chory jestem, a ona nie chciała mi kanapki zrobić, że mam sobie sam zrobić, a ja to chory jestem, no jak tak żyć, panie władzo, no jak tak, kurwa, żyć?”) i mój Sensei chwyta stację, wywołuje operatora i rzuca krótko: „Mamy tu tego pana. Pan mówi, że jest chory, ale doktor Kolski go wyleczy...”. Kurtyna. Znaczy się dosłownie – mieli tam taką kotarkę oddzielającą pomieszczenia. Syn marnotrawny znika nam z oczu, obyśmy go więcej nie oglądali...

* * * * *

Kolejna noc – chłodna, na przełomie jesieni i zimy. Patrolując z kolegą ulice widzimy kobietę w wieku 60 lat, którą z tłumu wyróżniają pewny krok, zawadiackie spojrzenie i brak spodni. Głównie brak spodni. Butów też nie nosi, zaś co do bielizny stwierdzić się nie da, gdyż długi sweter litościwie zakrywa przed nami te rejony. Zatrzymujemy się, wychodzimy i pytamy, czy nie trzeba jej pomóc. Potok przekleństw wyrzucany z wielkim fochem sugeruje, że nie, ale zionący od niej przy tym alkohol potwierdza, że chyba jednak tak. Kobieta nie chce powiedzieć gdzie mieszka i po co chodzi po tym zimnie na bosaka, ogólnie to chce, byśmy się odstosunkowali. My w sumie najchętniej to właśnie byśmy zrobili, ale nie zostawimy nawalonej jak autobus w godzinach szczytu babki samej na tym zimnie bez spodni i butów. Werdykt może być tylko jeden, ale w międzyczasie wzywamy załogę z alkomatem, by zbadać naszą dzisiejszą gwiazdę. Po kilku minutach przybywają na miejsce, a wynik jest taki, że aż dziw bierze, że urządzenie się nie spaliło. Koleżanka z drugiej załogi pyta mnie:
- A ona ma coś pod tym swetrem? Jakieś majtki?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?
- A chcesz sprawdzić?
- ... Wiesz co, aż taka ciekawa nie jestem.
Kolejna podróż do krainy białych koszul, gdzie na pytanie dowodzącej zmianą depozytariuszy „Ale jak ja mam ją przyjąć? Tak bez spodni? No jak?” odpowiadam: „No swoich to ja jej nie oddam, nie ma mowy”.

* * * * *

A podchodząc do tematu z innej strony – w któreś spokojne popołudnie dostajemy zgłoszenie dotyczące awantury domowej. Na miejscu czekają nas zgłaszająca kobieta oraz jej mąż – postępujący od lat w myśl zasady, że lepiej być znanym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem. Mąż śpi, ale to akurat najstarsza sztuczka świata – udawać, że się śpi grzecznie, a żona wszystko wymyśliła. Nie z nami te numery, Menel. Obudzony naszą obecnością (i gromkim „POBUDKA!”) przeciera oczy i mówi, że on to nic nie zrobił, ona dramatyzuje. Standard. Rozpytujemy kobietę odnośnie tego, co się tu działo. Ano wróciła, a on leżał pijany!
- No i?
- No całkiem pijany! A wczoraj zrzucił doniczkę z parapetu! A teraz pijany jest!
Pytamy, czy awanturował się?
- Nie, jak miał się awanturować, jak pijany spał!
- A może groził? Bił? Szarpał? Nasrał do tej doniczki? Cokolwiek?
Odpowiedź jakoś nas nie zaskakuje:
- No nie, ale pijany jest!
Grzecznie informuję panią, że bycie pijanym w swoim mieszkaniu zabronione nie jest, a skoro nikomu nie zagraża, to na Izbę też go nie weźmiemy. Jeśli jest problem alkoholowy, to można się skontaktować z dzielnicowym, on coś doradzi.
- Ale jak to? Jak to tak? Przecież (uwaga, plot twist!) jest pijany!
- Ano tak.
- Wasza pensja jest z moich podatków!
- Nie, moja jest z podatków kolegi, a jego z moich. W czymś jeszcze możemy pomóc? Nie? To do widzenia.
Pod blokiem w radiowozie nie zdążyłem nawet rozpisać notatnika, gdy zgłaszająca z fochem wypisanym na twarzy (Drukowanymi literami. Gotycką czcionką. Z pogrubieniem) wystrzeliła z klatki, by udać się bezpośrednio na komendę i złożyć na nas skargę. Okazało się, że kobieta składała miesięcznie około 15-20 skarg na policjantów, których przewinieniem było - uwaga uwaga, tego nie zgadniecie - niezabranie jej męża na Izbę, gdy był pijany.

Tym optymistycznym akcentem zamykamy kotarkę prowadzącą do gościnnych pomieszczeń sodon, by pozwolić jej „gościom” w spokoju dochodzić do siebie, wytrzeźwieć i odpowiedzieć na pytania „Gdzie ja qrwa jestem, co robiłem wczoraj i czemu dupa boli, a schodów nie ma?”. A w kolejnym odcinku czeka nas m.in. „zezwierzęcenie maksymalne”...

<<< Poprzedni odcinek <<< - >>> Kolejny odcinek >>>

5

Oglądany: 83371x | Komentarzy: 95 | Okejek: 781 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

11.12

10.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało