Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Nie szczep dziecka, bo autyzm! - parę słów o ruchu antyszczepionkowym

79 634  
304   318  
Pewnie nie raz spotkaliście się z tą dziwną grupą osób, które pomimo pozornego oleju w głowie, pozbawione są wrodzonej nieufności do materiałów serwowanych w sieci. To z tego właśnie kręgu wywodzą się zagorzali przeciwnicy szczepień, którzy powołując się na mało wiarygodne źródła głoszą, że zabiegi te są niczym innym jak planowanym przez żydowsko-masońskie lobby projektem depopulacji ludzkości.

W osiągnięciu tego celu pomocne mają być zawarte w szczepionkach metale ciężkie (np. Pantera i Cannibal Corpse) oraz cały szereg śmiertelnie niebezpiecznych, rakotwórczych substancji.

Jeśli jednak uważacie, że ruch antyszczepionkowy jest produktem naszych czasów, to jesteście w błędzie. Sprawa jest starsza niż można by się tego spodziewać, a człowiek, na którego badania powołują się współcześni przeciwnicy szczepień, okazał się wyrachowanym oszustem.

W 1157 roku przed naszą erą kopyta wyciągnął faraon Ramzes V. Zabiła go tajemnicza zaraza, którą współcześnie, dzięki dokładnym badaniom mumii zmarłego władcy, udało się ustalić. Mężczyzna wykończony został przez ospę. To jeden z najstarszych śladów obecności tej wirusowej choroby.


Z Egiptu ospa, najprawdopodobniej dzięki wędrownym handlarzom, przeniosła się do Indii, aby w ciągu kilku kolejnych wieków rozciągnąć swoje „wpływy” na Azję i praktycznie cały Bliski Wschód. Europejczykom się upiekło i aż do XI wieku mieli spokój. Potem ktoś wpadł na urządzanie sobie wycieczek krajoznawczych do Jerozolimy. Krucjaty otworzyły wirusowi nowe możliwości szybkiej ekspansji na nowe tereny. Wraz z dzielnym krzyżowcami do ich ojczyzn przybywała też ospa.
Dziadostwo było trudne do leczenia, a w zależności od rodzaju wirusa śmiertelność choroby wahała się od 30% do nawet i 95%!
W okolicach XVI weku, kiedy Hiszpanie zaczęli bawić się w zbrojne wyprawy do Nowego Świata, ospa okazała się ich sprzymierzeńcem. Zupełnie nie odporni na jej wirusy, Indianie padali jak muchy po bardzo krótkim czasie zmagania się z infekcją.


Pierwsze szczepienia, które zapewniały ludziom względną ochronę przed wirusem pojawiły się już w II wieku przed Chrystusem. Chińscy lekarze zbierali ropą wydzielinę osoby lekko chorej i za pomocą igły aplikowali takiego gluta pacjentowi. Wariolizacja, bo tak zwała się ta procedura, zyskała wiele wieków później sporą popularność w Europie i faktycznie była skuteczną metodą zwiększania ludzkiej odporności na chorobę, jednak miała też i pewną wadę - osoba zaszczepiona najczęściej zarażała też wszystkich wokół…

Pod koniec XVIII wieku angielski lekarz – Edward Jenner z zainteresowaniem zapoznał się z pewną tradycyjną, można by rzec – babciną, metodą prewencyjnego zapobiegania chorobie. Otóż na wsiach zwykło się uważać, że osoby, które zachorują na tzw. krowiankę – odmianę ospy atakującą głównie bydło, nabierają odporności na ospę prawdziwą.


Jenner przeprowadził eksperyment (godny nazistowskiego lekarza z obozu zagłady… ale czego nie robi się dla większego dobra?). Uczony zaaplikował wirusa krowianki ośmioletniemu chłopcu. Dzieciak oczywiście zachorował, jednak gdy wrócił do zdrowia okazało się, że faktycznie uodpornił się na wirusa ospy prawdziwej. Oznaczało to, że dzięki swej metodzie, Jenner był w stanie uratować życie niezliczonej ilości ludzi!

Podczas gdy większość osób czym prędzej skorzystała z proponowanego przez angielskiego lekarza rozwiązania, od razu pojawiły się też głosy malkontentów. I podobnie, jak to ma miejsce dzisiaj – najgłośniej przemawiały osoby niedouczone i wyjątkowo łatwowierne. Pobożni obywatele bili na alarm twierdząc, że aplikowanie sobie substancji pozyskanej ze zwierzęcia jest niechrześcijańskie. Inni upierali się, że Jenner jest idiotą, a ospa to efekt rozkładu materii obecnej w atmosferze.

Niektórzy przeciwnicy szczepień uważali, że aplikowanie sobie zwierzęcego materiału może doprowadzić do ujawnienia się u pacjentów pewnych krowich cech...

Wszyscy antyszczepionkowcy zgodnie jednak twierdzili, że pomysł wprowadzenia przymusowych szczepień godzi w ich osobistą wolność. W 1853 roku w Wielkiej Brytanii zaczęło obowiązywać prawo nakazujące szczepienie każdego dzieciaka. Podczas gdy coraz mniej osób umierało z powodu choroby, rozwścieczeni przeciwnicy metody Jennera darli paszcze i machali łapami.
Powstawały antyszczepionkowe gazety, ulotki, organizowano też spotkania „uświadamiające” niepomnych zagrożeń płynących ze szczepień, obywateli.


Nie myślcie sobie, że grupa zbuntowanych przeciw tej ratującej życie, medycznej procedurze była mniejsza niż ilość fanów pizzy z ananasem. W 1885 roku na ulice Leicester wyszło prawie 100 tysięcy antyszczepionkowców! Demonstranci targali ze sobą transparenty, kukłę Jennera oraz dziecięcą trumienkę. Władze brytyjskie, przerażone ilością protestujących, zdecydowały się wtedy na zniesienie kar dla osób, które nie zaszczepiły się.
Podobnie sytuacja wyglądała w USA, gdzie w tamtym czasie powstała nawet organizacja zwana Antyszczepionkowym Stowarzyszeniem Ameryki.


Na szczęście badacze nie zniechęcali się i kontynuowali swoje prace nad kolejnymi szczepionkami. Jeszcze pod koniec XIX wieku powstały te przeciw cholerze, Waldemar Haffkin stworzył szczepionkę chroniącą przed dżumą, a Louis Pasteur zapewnił nam ochronę przed wścieklizną…


W 1971 roku pojawiły się pierwsze szczepienia typu MMR, czyli takie, które łączą w sobie wirusy trzech różnych chorób – świnki, odry i różyczki. Początkowo takie zastrzyki były nie do końca stabilne – pierwszy szczep wirusów przeciw śwince wywoływał u jednego na 11-14 tysięcy pacjentów niegroźne zapalenie opon mózgowych, więc trzeba było zastąpić go innym, bezpieczniejszym szczepem.
I kiedy praktycznie udało się wyeliminować z naszych społeczeństw choroby, które jeszcze parę wieków wcześniej wyrzynały w pień całe populacje, nieoczekiwanie na arenie pojawił się nowy zawodnik – Andrew Wakefield.
Ten brytyjski naukowiec, który wytykał producentom szczepionek typu MMR niedostateczne testowanie swojego produktu przed wprowadzeniem go na rynek. Uczony zebrał więc dwunastu innych lekarzy, z którymi wspólnie napisał zatrważający raport obnażający niebezpieczeństwa płynące ze szczepienia Bogu ducha winnych pacholąt.


Wakefield twierdził, że szczepienia MMR wywołują u pacjentów autyzm i zapalenie okrężnicy. Opublikowany w czasopiśmie medycznym „Lancet” w 1998 roku artykuł wywołał panikę wśród zatrwożonych rodziców i… podejrzliwość wśród ludzi nauki. Otóż Wakefeild swoje rzekome obserwacje przeprowadził na zbyt małej grupie badawczej, a większość ekspertyz to nic innego jak zeznania rodziców, a nie lekarskie diagnozy.
Przez kolejne lata przeprowadzono szereg niezależnych od siebie badań, które mogłyby potwierdzić rewelacje Wakefielda. Bezskutecznie. Mimo że w 2010 roku, po dwunastu latach od ukazania się artykułu, oficjalnie wycofano go z publikacji, wiele osób było już święcie przekonanych, że szczepionki to samo zło.


Tymczasem na jaw wyszły nowe poszlaki dotyczące raportu brytyjskiego naukowca. Dowiedziono, że wyniki jego badań były w wielu przypadkach naciągnięte, a wręcz sfałszowane. Dotąd jednak nie było wiadome, czemu Wakefieldowi zależało na oczernieniu tak bardzo potrzebnej i skutecznej procedury medycznej. Dzięki dziennikarskiemu śledztwu Briana Deera udało się znaleźć odpowiedź i na to pytanie.
Na początku lat 90. grupa brytyjskich rodziców uważających, że szczepionka MMR wywołała u ich pociech szereg poważnych efektów ubocznych, założyła organizację o nazwie JABS. Wakefield oczywiście sympatyzował z jej członkami.


Wkrótce jednak sprawa nabrała większego rozmachu – uzbrojeni w najlepszych prawników aktywiści mieli w planach wytoczyć sprawy sądowe producentom szczepionek. Potrzebne były jednak niezbite dowody na ich szkodliwość. Jeden z prawników pracujących dla JABS bardzo zbliżył się do Wakefielda. Ba, nakłonił go do płatnej współpracy. Lekarz dostawał od organizacji regularną wypłatę. Panowie stworzyli listę symptomów, których rodzice zaszczepionych dzieciaków maja doszukiwać się u swoich pociech.

W wyniku współpracy Wakefielda z JABS powstał absolutnie przekłamany artykuł, którego wyniki, jak się okazało zostały sfałszowane, a chorobowe objawy opisanych przypadków zostały przedstawione tak, aby jak najbardziej dopasować się do z góry postawionej tezy o szkodliwości szczepionek.


Kiedy sprawa wyszła na jaw, Wakefield znalazł się w ogniu krytyki. Paradoksalnie, mimo że oczywiste już było to, że lekarz posunął się do bardzo brzydkiego oszustwa i grania na emocjach rodziców, odezwały się też głosy usiłujących bronić naukowca antyszczepionkowców.
Uczony nie wywinął się jednak od kary. Dostał naganę od Generalnej Izby Lekarskiej oraz zabrano mu pozwolenie na wykonywanie swojego zawodu na terenie Wielkiej Brytanii.


Mimo że od czasu tej głośnej sprawy minęło już parę ładnych lat, a szczegóły działań przekupnego lekarza są jawne, to rewelacje przedstawione przez niego w sfałszowanym raporcie w dalszym ciągu są głównym orężem antyszczepionkowców. Mało tego – większość z nich nawet nie wie kim jest Wakefield i jakie pobudki stały za jego pracą.

Trochę szkoda, że ludzie wytykający koncernom farmaceutycznym pazerność i chęć wzbogacenia się kosztem bojących się o swoje zdrowie obywateli, nie zdają sobie sprawy, że osoba odpowiedzialna za najważniejsze postulaty przeciwników szczepionek, zachowała się dokładnie w taki właśnie sposób.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5
21

Oglądany: 79634x | Komentarzy: 318 | Okejek: 304 osób