Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Czy na świecie przybyło debili, czy to ja padłem ofiarą błędów poznawczych?

111 629  
191   128  
Pytanie jest oczywiście retoryczne, ale nie nieuzasadnione.

Jeśli przeglądacie internet tak jak ja, czyli codziennie, to powinniście się chyba wybrać do specjalisty to waszej uwadze nie mogło umknąć ostatnie zamieszanie. Nie zastanawiajcie się które, bo zjawisko, które tu opisuję, towarzyszy w zasadzie każdemu ostro grzanemu w mediach tematowi, więc nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności wracania pamięcią do którejkolwiek z niedawnych zadym w społeczeństwie. No ale jeśli zastrzyk dopaminy was nie przekonuje, to podpowiem, że chodzi o to, o co praktycznie chodzi zawsze.

A już – tylko jedno wam w głowie...

Chodzi o politykę.

Wtedy najlepiej widać, jak ludzie zmieniają się w bezmyślne stworzenia zainteresowane jedynie tym, by dać upust swojej złości. Samo w sobie nie jest to może mocno szokujące, bo wiadomo, że jak człowiek zły, to potwornie trudno mu panować nad sobą (nawet jeśli, jak zaraz się okaże, wcale nie ma powodów, by się złościć). Tylko co innego mnie zastanawia.

Jak to się dzieje, że podczas takiej zadymy oczytani ludzie, ludzie po studiach, czyli wykształceni, często mający wysokie życiowe ambicje, w miarę inteligentni, zachowują się jakby bakterie wyżarły im mózg? Jak to jest, że ludzie mający szeroki światopogląd, ludzie, którym nieobce są zagadnienia od filozofii przez problemy współczesnego świata po zainteresowanie technicznymi aspektami kolonizacji Marsa, nie potrafią czytać ze zrozumieniem? Dlaczego godzinami czytają prace Kanta, a nie chcą poświęcić trochę czasu, by spróbować zrozumieć, na co tak naprawdę się oburzają lub czy mają w ogóle powody, by się oburzać? I w końcu dlaczego ci ludzie odrzucają proste fakty? Ja mam kilka hipotez.

Po pierwsze, wysiłek. Weź człowieku dogrzebuj się do tego, co ktoś tam na przykład powiedział. Szukaj linków, wczytuj się, oglądaj nudne przemówienia jakiegoś starego dziada, którego w dodatku za bardzo nie lubisz. Wiem, że nie jest to przyjemne, bo sam czasem szukam takich starych dziadów w Internecie i tego, co mieli do powiedzenia. Jest to żmudna i nudna robota, a w dodatku na samym końcu może się jeszcze okazać, że tak naprawdę dziad nie powiedział nic sensacyjnego. Nie mówiąc już o innych dziadach, na których można się natknąć przy okazji. W takich momentach zawsze przywołuję motyw poszukiwania skarbu – człowiek się napoci, ubrudzi, nażre ziemi i błota, a koniec końców okaże się, że zamiast złota i diamentów nie znajdzie nic albo co gorsza znajdzie stare indiańskie kości i będzie musiał myśleć o sprzedaży domu, który ledwie co kupił.

Naprawdę, pytajcie sprzedających o wszystkie szczegóły.

Ogólnie słaba perspektywa, która jednak niemal niepostrzeżenie sprowadziła mnie do kolejnego wniosku.

Załóżmy, że taki oburzony zdecydował się poszukać i faktycznie nie znalazł żadnej sensacji wbrew temu, co mu podpowiadano. Postawmy się teraz w jego sytuacji. Może on spróbować przyznać się przed sobą, że może jednak nie ma się na co oburzać, bo może jednak ktoś zrobił z igły widły. W obliczu nowych okoliczności, faktów, które oburzony przecież osobiście zweryfikował dogrzebując się do prawdziwych źródeł, byłoby to dosyć racjonalne podejście. Mózg jednak, pomimo ogromu zalet, ma tę wadę, że rzadko chce przyznać się do porażki, więc często nie robi tego nawet pomimo faktu, że rzeczywistość jest mniej lub bardziej inna niż ta, którą oburzonemu ktoś próbuje kreować. Pamiętajmy, że nie mówimy tu o sytuacjach, które zostawiają pole do interpretacji, tylko o najzwyklejszych w świecie suchych faktach, takich jak ktoś coś powiedział lub nie. I tyle. Załóżmy jednak, że w mózgu oburzonego coś drgnęło i choć tym razem się jeszcze oburzył, to postanowił zweryfikować też kolejną informację.

Ku jego zdumieniu znowu okazało się, że przekazane mu informacje są nie do końca zgodne z prawdą. W tym momencie oburzony zaczyna być może zdawać sobie sprawę z tego, że może jednak rzeczy nie mają się do końca tak, jak mu się do tej pory wydawało. Być może jego dotychczasowy światopogląd, tak już przecież dobrze ugruntowany, opiera się na błędnych założeniach, a to, co do tej pory uważał za oczywiste, przestało być takie oczywiste. Być może oburzony będzie musiał podważyć jakiś autorytet. Może nawet uzna, że jakiś jego znajomy, z którym przecież tak doskonale mu się do tej pory zgadzało, żyje w takiej samej bańce co on. Oburzonego może ogarnąć strach, że ci dobrzy wcale nie są tacy nieskazitelni, natomiast ci źli mogą zrobić się mniej straszni. Truman ma w tym momencie do wyboru albo wyjść poza swoją strefę komfortu, albo zapomnieć, czego się właśnie nauczył. W obu sytuacjach trudno byłoby dziwić się jego postępowaniu. Człowiek jest z natury leniwy i lubi bezpieczne rozwiązania, bo wybierając bezpieczną opcję odczuwa duży komfort. Mało komu chce się żyć podważając wszystko na każdym kroku. Byłoby to męczące psychicznie, fizycznie i społecznie. I ja doskonale rozumiem, że ludzie pragną akceptacji i świętego spokoju. Nie daje mi natomiast spokoju to, że ludzie godzą się na życie z łatką inteligentnych idiotów, którzy są wystarczająco mądrzy, by wiedzieć, że być może coś jest nie tak, ale już nie próbują tego zrozumieć.

Nazwijcie mnie fetyszystą – albo Księciem Ciemności, jak kto woli – ale uwielbiam takie zadymy. Tylko ja się nie angażuję w nie. Nie wskakuję do dyskusji jak szympans po mefedronie do kolejki górskiej, nie zasrywam wagonika i nie wywijam ramionami drąc się wniebogłosy z żądaniem, by kolejka nie przestawała jechać. Ja siadam wieczorem przy kominku w swoim satynowym szlafroku w czerwono-czarny wzór, biorę do ręki szklankę whisky, odpalam cygaro, otwieram laptopa i kontempluję.

Tutaj jeszcze bez szlafroka.

Kontempluję, jak moi znajomi oburzają się na coś, co w rzeczywistości nie miało miejsca. Obserwowanie takich zachowań u ludzi, których swego czasu darzyłem szacunkiem, sprawiało mi kiedyś sporą przykrość. Byłem trochę jak ten oburzony, który odkrywa prawdę o bańce. Dosyć szybko jednak nauczyłem się zrywać z sentymentami bez większych wyrzutów sumienia. Z czasem zacząłem nawet czerpać z tego przyjemność i dlatego musiałem zainwestować w kominek i szlafrok. Smaku do whisky ciągle nie wyrobiłem, ale za to nauczyłem się sprawiać dobre wrażenie. Takie zadymy są jak papierek lakmusowy – dostarczają często pewnych wskazówek na temat innych osób. Nie zrozumcie mnie źle – każdy ma prawo uważać, że seria „Powrót do przyszłości” została stworzona przez siatkę międzynarodowych terrorystów, którzy za pomocą trylogii filmowej przekazywali sobie zakodowane wiadomości na temat przyszłych zamachów na World Trade Center, londyńskie metro i Paryż, ale takie samo prawo mają inni, by uważać to za debilizm. Tyle że jeśli ktoś angażuje się w spór odrzucając – celowo lub nieświadomie – twarde dowody, to jak to o nim świadczy? Jak takie podejście świadczy o człowieku, który próbuje ci wmówić, że nie masz racji, mimo że sypiesz twardymi danymi, wskazujesz konkretną minutę na filmie danej wypowiedzi, gdzie nie padają słowa, które twój rozmówca twierdzi, że padają, a za to mówi ci, że trzeba czytać między wierszami. Dzięki, między wierszami to ja wyczytuję, że klepki w twojej głowie obsunęły się trochę.

Ślepota na fakty osiąga – jeśli już nie osiągnęła – rozmiary epidemii i spodziewam się, że będzie jeszcze gorzej. Od dawna jesteśmy bombardowani informacjami z taką siłą, że nasze mózgi fizycznie nie dają rady ich przetwarzać. Sam mam ok. 1200 polubionych fanpejdży na Facebooku i nawet nie wyobrażam sobie, bym miał czytać wszystko, co dostaję w swoim feedzie – otwierać każdy link do artykułu, oglądać każde video.

Oprócz niezdarnych zwierzaków. Niezdarne zwierzaki można oglądać w każdej ilości.

Z drugiej strony podejrzewam, że irytowałbym się bardzo, gdyby w celu uzyskania interesujących mnie informacji twórcy fanpejdży zmuszaliby mnie za każdym razem do czytania ich wnikliwych analiz. W najlepszym razie po prostu ignorowałbym taki fanpejdż, a w najgorszym – poszedłbym do czarnoksiężnika voodoo z prośbą, by przeklął twórcę fanpejdża i jego rodzinę do siódmego pokolenia. To jest trudna sytuacja, bo z jednej strony popyt na nowe informacje przypomina umiłowanie Obelixa do pieczonych dzików, a z drugiej strony (i tak niebotycznie wysoka) podaż ciągle rośnie.

Obelix jest moralnym zwycięzcą, bo choć ma miażdżycę i cukrzycę, to przynajmniej przetwarza w całości to, co dostaje.

Gdzieś czytałem – i pewnie już o tym wspominałem – że w przeciętnym wydaniu dzisiejszej gazety znajduje się tyle samo wiadomości, ile człowiek przyjmował przez całe życie 200 lat temu. I nawet gdyby prasa umierała w takim tempie, jak się powszechnie uważa, to zostaje jeszcze – lub może przede wszystkim – internet, w którym informacje produkowane są taśmowo. Tylko kto ma na to wszystko czas? Facebook jako główne źródło informacji w dzisiejszym świecie nie zostawia wiele miejsca na głębsze analizy, więc co do zasady obowiązuje podejście „przyciągnij uwagę albo giń w tłumie”. Tak się składa, że jest to również jedna z reguł tworzenia skutecznych nagłówków. I ogólnie rzecz biorąc, to ja się z tym zgadzam – nagłówek jest jak wizytówka, pierwsze wrażenie, które decyduje o tym, czy osoba po drugiej stronie zechce poświęcić ci więcej uwagi. Stanowczo nie zgadzam się natomiast na cyniczną grę w kłamliwe informowanie odbiorcy albo granie na jego emocjach za pomocą nagłówka, tylko po to, by go zwabić albo wpłynąć na jego myślenie. Co więcej, kondensowanie poważnych zagadnień współczesnego świata do postaci nagłówka uważam za wysoce szkodliwe. Nie będę tu wspominał o roli mediów, które czują się bezkarne w kreowaniu rzeczywistości, ponieważ to materiał na osobną historię, a poruszę tylko temat zwany przeze mnie wiedzą nagłówkową.

Wiedza nagłówkowa to pokłosie tego, o czym już wspominałem: nienasyconej potrzeby poznawania nowych informacji i potężnego natłoku tych informacji. Aby dokładnie poznać jakieś zagadnienie, człowiek poświęcał kiedyś na nie mnóstwo czasu: czytał, studiował, analizował, szkolił się. Teraz wystarczy, że przeczyta o tym nawet nie artykuł, a nagłówek w internecie i już czuje się wystarczająco poinformowany. Podobno wystarczy zalogować się na Facebooka, by stać się ekspertem od spraw politycznych. A ja na ten przykład im więcej czytam, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak mało wiem w danej kwestii. I mimo że materiały do swoich artykułów zbieram nieraz tygodniami albo miesiącami i je później wnikliwie studiuję, to i tak znajdą się tacy, którzy wytkną mi błędy rzeczowe w moich tekstach.

Pamiętajcie, że to oni są zawsze w błędzie, a ja mam rację.

Niemniej jednak odnoszę wrażenie, że coraz więcej ludzi zaczyna przyjmować wizję świata jako miejsca, w którym niezwykle skomplikowane zagadnienia można sprowadzić do postaci nagłówka, kilku słów, które doskonale oddają istotę sprawy i wyczerpują dany temat. A tak nie jest, uwierzcie mi na słowo – niemal wszystko, o czym usłyszycie, przeczytacie i co obejrzycie, jest dużo bardziej złożone niż próbuje się wam wmówić. Owszem, szybkie wyciąganie wniosków jest bardzo wygodne, podobnie jak życie w bańce, tylko co to za życie, jeśli później robisz z siebie debila na każdym kroku.

Szukanie skarbu to żmudne i mało ekscytujące zajęcie, ale ma to do siebie, że potrafi dać ogromną satysfakcję. Może i się ubrudzisz, może i poświęcisz kupę czasu na szukanie, może nawet nic nie znajdziesz, ale może właśnie o to chodzi – o to, by nic nie znaleźć i przekonać się, że cała afera o nic. Odniesiesz zwycięstwo, bo będziesz bogatszy w prawdziwą, bo rzetelną wiedzę i nie dasz się podpuścić komuś, komu zależy na tym, byś myślał tak, a nie inaczej. Nie dasz zrobić z siebie kretyna, którego chcą z ciebie zrobić dla realizacji swoich celów. Im nie zależy na twojej wiedzy i osądzie opartym na wnikliwej analizie – im zależy na tym, byś myślał tak jak chcą. Fakty bywają nudne, ale ich największą zaletą jest to, że są faktami. Tylko tyle i aż tyle. Fakty opisują rzeczywistość taką, jaka jest – nie więcej, nie mniej. Ktoś tam powiedział, że masz prawo formułować własne opinie, ale nie masz prawa tworzyć własnych faktów. Ja bym podszedł do tego od trochę innej strony: zacznij w końcu sprawdzać istniejące fakty, bo jest ich tyle, że nie musisz tworzyć własnych.

Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o ostatniej z moich teorii. Jeśli śledzicie mój fanpejdż na Facebooku, to wiecie, że ostatnio pisałem o tym, jak marketingowcy niszczą pozytywne wspomnienia. Robią to wykorzystując naszą nostalgię za rzeczami, do których czujemy sentyment. Widzieliście nową Nokię 3310? Jest to zwykły dziadkofon, zupełnie nie odpowiadający potrzebom przeciętnego użytkownika. A dostrzegacie paradoks? Niszczenie wspomnień za pomocą powrotu wspomnień. To teraz mam taką teorię, że emocje niszczą nasze człowieczeństwo. Wiecie, emocje, czyli coś, co odróżnia nas od innych zwierząt, coś wyjątkowego i unikalnego, co czyni z nas tych, kim jesteśmy – wyższą i być może jedyną w swoim rodzaju formę życia w całym Wszechświecie. A teraz emocje niszczą nas, bo dajemy napuszczać się na siebie jak te wściekłe psy. I jeszcze nam wmawiają, że tak powinno być – że trzeba podążać za emocjami.

Otóż nie, wcale nie trzeba podążać za emocjami – trzeba analizować i zastanawiać się, na chłodno podchodzić do gorących tematów, choćby po to, żeby dowiedzieć się, czy ktoś przypadkiem nie chce zrobić z nas pionka w swojej grze, zwabionego emocjami i zaślepionego wściekłością pożytecznego idioty, który zrzeka się swojej godności na rzecz cudzych interesów.

UBW pisze zazwyczaj trochę inne teksty, ale tylko dlatego, że robi to na trzeźwo. Polub jego fanpejdż i pomóż zmienić go w alkoholika.
91

Oglądany: 111629x | Komentarzy: 128 | Okejek: 191 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.05

20.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało