Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Do dziś nie wiemy, co tak naprawdę wydarzyło się 9 października 1962 roku

124 830  
753   106  
Zginęły dziesiątki ludzi, w tym wiele dzieci, a obłuda ówczesnych władz sięgnęła zenitu. Agenci niszczyli archiwa, bo prawda nie mogła wyjść na jaw.

Przenosimy się do 1962 roku, czyli do czasów, w których nie wszystko było tym, na co na pierwszy rzut oka wyglądało, a do świadomości przeciętnych obywateli dostarczano jedynie słuszne informacje w jedynie słusznej formie. W TEJistycznym skrócie: w traktorze nie było jednego zepsutego koła, tylko aż trzy dobre. I to koniec żartów na dziś, bo od tego miejsca robi się już niezwykle poważnie. Omówimy wydarzenia z jednego konkretnego dnia, na który opadł całun ciemności i zapomnienia.

Okolice Rzeszowa – kontrola drogowa

9 października 1962 – w okolicach Rzeszowa zainteresowanie patrolu Milicji wzbudza grupa motocyklistów – zostają wezwani do kontroli. Motocykliści zatrzymują się, tworząc wraz z pasażerami małą grupkę na poboczu drogi, a funkcjonariusz MO sprawdza ich dokumenty. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem, ponieważ w grupę z pełnym impetem wjeżdża samochód. W miejscu rutynowej kontroli rozgrywa się masakra. Dwie osoby giną na miejscu, kolejne trzy z ciężkimi obrażeniami trafiają do szpitala.

Moszczenica pod Piotrkowem Trybunalskim – pociągi pośpieszne

9 października 1962 – około 21:00 dochodzi do kolejnego, jeszcze bardziej katastrofalnego w skutkach wydarzenia.
Na wysokości wsi Moszczenica pod pociągiem jadącym z Gliwic do Warszawy najprawdopodobniej pęka szyna. Na czele składu czuć tylko bardzo mocny wstrząs.

Kolejarze zatrzymują pociąg, wyskakują z niego i biegną w kierunku końca składu, by sprawdzić skalę zniszczeń i pomóc ewentualnie poszkodowanym. Sprawy nie ułatwia ciemność i mgła, która tej nocy rozlała się po okolicy. W świetle latarek widzą, że kilka ostatnich wagonów wykoleiło się. W tym miejscu najgorsze było jednak to, że trzech wagonów brakowało. Kolejarze pobiegli jeszcze dalej i zauważyli najgorszy z możliwych scenariuszy: trzy ostatnie wagony oderwały się od składu i zostały wyrzucone na sąsiedni tor. Przy takim obrocie sprawy priorytet był jeden:

„Zatrzymać pociąg!”

W 1962 roku kolej nie dysponowała metodami łączności radiowej, które mogłyby pozwolić na kontakt z pociągiem jadącym z naprzeciwka, więc kolejarze pobiegli w kierunku, z którego miał nadjechać drugi pociąg, by go zatrzymać.

Mija kilkanaście minut, gdy z mgły wyłaniają się światła pociągu pośpiesznego jadącego z Warszawy do Budapesztu. Kolejarze robią co mogą, ale w tych warunkach maszynista rozpędzonego składu dostrzega ich zbyt późno. Zaciąga hamulec, jednak wyhamowanie rozpędzonego do 105 km/h składu nie jest sprawą prostą, a na tak krótkim odcinku absolutnie niemożliwą. Z prędkością 90 km/h pociąg pośpieszny uderza w wykolejone wagony leżące na jego torze.

Po chwili ludzkim oczom ukazują się spiętrzone wagony pociągu pośpiesznego, które powpadały jeden na drugi tworząc wielopoziomową mieszaninę stali i ludzkich szczątków. Pozostałe wagony zostały wyrzucone z ogromną siłą poza tor. Wagon pocztowy zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej, na drodze, utrudniając tym samym dojazd ekip ratunkowych.

Według relacji świadków, wszystkie miejsca w tym pociągu były zajęte, a każdy z wagonów mieścił nawet 80 osób.

Wagon, który ma 30 metrów długości, był ściśnięty jak harmonijka i może miał około 12 metrów, a w środku nikt nie przeżył. Wyciągano ludzi w częściach. Nie byłem odporny na taki widok, ludzkie szczątki zmasakrowane wyglądały jak mięso. To była masakra.
– opowiada jeden ze świadków.


Pierwsze ekipy ratunkowe pojawiają się na miejscu dopiero godzinę po katastrofie. Pomoc nie jest dobrze zorganizowana. Nikt nie był też przygotowany na taki rozmiar tragedii. Ranni rozwożeni są do szpitali w Łodzi, Radomsku, Tomaszowie, Rawie i Piotrkowie. Ciała i szczątki ciał zabitych wrzucane są na ciężarówki. Powołana zostaje specjalna komisja mająca za zadanie zbadać okoliczności wypadku. Tor zostaje czym prędzej uprzątnięty i przywrócony do działania.

Już po trzech dniach ogłoszono wyniki śledztwa, do których jeszcze wrócimy.

Szczecin – przemarsz wojsk

9 października 1962 – na ten dzień zaplanowano prezentację wojsk w Szczecinie. Nie była to wielka defilada, raczej pokazowy przemarsz jednostek wracających z ćwiczeń „Odra-Nysa”. Całe ćwiczenia, zakończone tym pokazem, były dla władz PRL ważne z dwóch względów. Pierwszym z nich było pokazanie zachodowi, że Polska stoi twardo w obrębie swoich granic i jest gotowa ich bronić, a drugim względem było pokazanie społeczeństwu, że nie musi się obawiać tego, że te tereny znów wpadną w ręce Niemców. Ludzie w tamtych czasach nie czuli się jeszcze bardzo pewnie na terenach ziem odzyskanych i wielu z nich obawiało się, że Niemcy wrócą, odbierając ich domostwa i zakłady pracy. Przemarsz miał te nastroje uspokajać.

„Wypadek”

W trakcie przemarszu dochodzi do wypadku. Po wyjściu z zakrętu jeden z mechaników nie utrzymał czołgu na torze przejazdu (część ze świadków wskazuje, że mogło dojść do poślizgu na torze tramwajowym), co sprawia, że pojazd zbacza z kursu o parę metrów i z prędkością 25 km / h wjeżdża w grupę dzieci.

Sytuacja wyglądała tragicznie. Czołg T-54 to 36-ton stali - ludzkie ciała nie mają z nim żadnych szans, a sprawa rozegrała się wśród dzieci. Mechanik zatrzymuje maszynę, ale jest już zbyt późno – parędziesiąt osób zostaje poszkodowanych. Są to uczniowie pobliskiej szkoły podstawowej, którzy zgodnie z odgórnym poleceniem stali przed swoją szkołą w trakcie przemarszu. Dzieci machające żołnierzom i rzucające im kwiaty były częścią rządowej propagandy – nie znalazły się tam z własnej woli, ani z przypadku.

Ciężko opisać to, co działo się na miejscu. Jeden z kierowców karetek wspominał po latach łamiącym się głosem:

Zabrałem trzech chłopaków w wieku 12-13 lat, których zawiozłem na prosektorium (…) zaczęliśmy przykładać (…) ręce do tych dzieci, ale okazało się, że kończyn było więcej.

W pobliskich szpitalach sytuacja była równie krytyczna, co zrelacjonowała jedna z pielęgniarek:

Do nas zaczęto zwozić karetkami, gazikami wojskowymi i przypadkowymi samochodami, masę zwłok bardzo zmasakrowanych, zniszczonych, wśród tych zwłok były żywe dzieci (...)

Bilans wypadku to co najmniej 7 ofiar śmiertelnych i 21 ciężko rannych. Najgorsze dla władz było jednak to, że przemarsz miał dawać poczucie bezpieczeństwa i być świetną propagandą sukcesu, tymczasem pod kołami czołgu zginęły niewinne dzieci. Nie można tego było tak zostawić.

*cytaty pochodzą z wywiadów z reportażu „I wjechał czołg” Pani Iwony Bartólewskiej

Jak wyglądał ten problem dla władz?

Żeby lepiej zrozumieć jakiego tematu w ogóle w tym miejscu dotykamy, musimy postawić się na miejscu władz PRL. Ich celem było ukazanie tego, że system działa świetnie, że doskonale radzą sobie z zarządzaniem państwem i dbają o potrzeby obywateli. Osiąga się to na różne sposoby, np.:

1. Wytwarzanie jak największej ilości pozytywnych informacji i skojarzeń (dzienniki, wiadomość publiczna, propaganda).
2. Zapewnianie obywateli o tym, że dba się o ich potrzeby i chroni ich interesy.
3. Dyskredytowanie swojej konkurencji politycznej (zgniły zachód)
4. Ukrywanie faktów niewygodnych, które mogłyby stawiać w złym świetle działania państwa.

W obliczu wydarzeń z 9 października 1962 władze stanęły przed bardzo trudnym zagadnieniem. Wszelkie informacje na temat katastrof były w czasie PRL chętnie ukrywane, bo ukazywanie jakichkolwiek kryzysów w państwie osłabiało jego pozycję w oczach obywateli. Nie można też było ukazać swojej nieporadności, więc wszystkie czynniki, które mogłyby wskazać na jakiekolwiek przewinienie ze strony służb państwowych, miały być ukrywane.

Katastrofa kolejowa taka jak ta w Moszczenicy nie była pierwszą i ostatnią tego typu, a jak wiemy na podstawie podobnych przypadków z tego okresu, aparat państwowy był w stanie taką sytuację „opanować”. Rzecz dzieje się w nocy, w lesie, nie ma tam wielu świadków, miejsce otacza się kordonem Milicji i/lub wojska, osoby postronne nie mogą robić zdjęć, te, które zdjęcia zrobiły muszą oddać swoje klisze i aparaty. Pozostałych bardzo wymownie prosi się o trzymanie gęby na kłódkę. Taka ilość rannych i zabitych i tak trafia do różnych szpitali i prosektoriów (przy dużych katastrofach zwłoki mogą być składowane także w pomieszczeniach naprędce zaadoptowanych na prosektoria). W każdym ze szpitali usuwa się po czasie informacje o przyjętych pacjentach i w efekcie nikt nie wie, ile tak naprawdę było poszkodowanych osób – nie da się tego sprawdzić, bo każdy z pracowników każdego ze szpitali ma tylko wycinek informacji na temat całości wydarzenia. Ostatecznie, gdyby komuś nawet udało się poza okiem i uchem Służb Bezpieczeństwa zebrać całość informacji z innych szpitali, to i tak nie miałby żadnych dokumentów na potwierdzenie swoich danych.
Sama informacja na temat katastrofy nie dostaje się w takim wypadku do prasy lub jest podawana w sposób bardzo lakoniczny. Ta sprawa miała średnią wagę dla PRL.

Wypadek pod Rzeszowem, w którym giną motocykliści, jest w tym wszystkim zupełnie nieistotny. Nie jest też bardzo niezwykły, bo można go określić jako wypadek drogowy, a takie się przecież zdarzają. Należy pamiętać o tym, że w latach 60. samochodów na polskich drogach było bardzo mało, więc wypadki zdarzały się stosunkowo rzadko, jednak w dalszym ciągu nie było to tak naprawdę dla całej politycznej rozgrywki nic niezwykłego, więc ten fakt był całkowicie pomijalny. Ta sprawa miała małą wagę dla PRL.

Wypadek w Szczecinie był z punktu widzenia władz najgorszy. Chcieli pokazać siłę państwa, gotowość sojuszników (ZSRR) do współpracy w zakresie obrony terytorialnej, zademonstrować siłę armii wyposażonej w dużą ilość nowoczesnego sprzętu, pokazać młodych, dziarskich chłopców, którzy z uśmiechem na ustach będą bronić ojczyzny… Z przemarszu wojsk powstał też film, który miał ocieplać wizerunek wojska i władz.
Przez tragiczny wypadek wszystko wyglądało teraz bardzo źle. PRL starała się o jak najlepsze podejście obywateli do ZSRR, jednak nie da się ukryć, że „Mateczka Rosija” nie była szczególnie uwielbiana przez Polaków, a w przemarszu uczestniczyło też radzieckie wojsko. Sytuacja była jeszcze gorsza, bo przecież ofiarami były wyłącznie dzieci, więc jakie emocje musiało to wzbudzać! A jeszcze gorzej dla władz, że stało się to na oczach setek osób w centrum miasta. Katastrofę kolejową w środku lasu łatwo „ukryć”, ale to? Nad tym trzeba było zapanować w zupełnie inny sposób. Mieszkańcy zaczęli "gadać". Po mieście zaczęły krążyć już plotki o tym, że to radzieccy żołnierze zabili polskie dzieci – sytuacja zaczęła robić się naprawdę napięta. Ta sprawa była sprawą najmniej wygodną dla władz PRL, a jej opanowanie miało najwyższą wagę.

Sposób dawkowania informacji i obłuda władz

Sposób działania był bardzo wyrafinowany. Nie powinno się podawać informacji o katastrofach, a trzeba było ukrócić plotki i rozbić uwagę obywateli, by nie zajmowali się zbytnio niewygodnym tematem. Ludzie zaczęli mówić o wypadku, ale były to tylko plotki, więc mieszkańcy szukali informacji. Podano ją w bardzo ciekawy sposób.

10 października (dzień po wypadku) pierwsza strona Kuriera Szczecińskiego wyglądała tak (Kurier Szczeciński, 1962 nr 238):

1 dzień po katastrofie


To jasne, że informacja o karambolu w Rzeszowie jest zupełnie nieistotna dla lokalnej gazety szczecińskiej, jednak ludzie w Szczecinie rozmawiali między sobą o wypadku, więc trzeba było podać im informację na temat wypadku, żeby zaspokoić ich ciekawość. Zauważmy, że w historii spod Rzeszowa występują funkcjonariusze państwowi, pojazd wjechał w grupę ludzi, są zabici, są ciężko ranni. Brzmi znajomo, prawda?

W całym wydaniu Kuriera poświęca się sporo miejsca na opis ćwiczeń wojskowych, ale nie ma nawet wzmianki o wypadku w trakcie przemarszu. Tę informację znajdziemy w Głosie Szczecińskim z tego samego dnia.

Przeanalizujmy ją, bo jest tu kilka sprytnych sztuczek, mających na celu wywołanie odpowiednich reakcji u odbiorców (źródło skanu: InGremio nr 11 (19) 2005):


1.Polska jednostka” – zaznacza się jednoznacznie, że był to polski pojazd, żeby ukrócić plotki mówiące o tym, że to radziecki czołg brał udział w wypadku.
2. Jednostka zmechanizowana” – to brzmi o wiele łagodniej niż „czołg”.
3. Zdarzył się nieszczęśliwy wypadek” – słowem "wypadek" automatycznie zdejmuje winę z mechanika, choć śledztwo dopiero się zaczęło.
4.W wyniku doznanych obrażeń” – brzmi o wiele lepiej niż „śmierć na miejscu poniosło”.
5.Sześć osób, w tym pięcioro dzieci” – brzmi lepiej niż „zginęły same dzieci”, a było to kłamstwo, bo na miejscu zginęły same dzieci.
6.Brak zdyscyplinowania mieszkańców Szczecina” – przenoszenie odpowiedzialności za wydarzenie na rzekomo rozentuzjazmowany tłum.
7.Wielu rodziców pozostawiło swoje dzieci bez właściwej opieki” – przenoszenie odpowiedzialności na rodziców, choć wypadek miał miejsce, kiedy dzieci miały planowe zajęcia, więc były pod opieką wychowawców.

Jak widzimy, w tej króciutkiej notce udało się zamieścić ogromne ilości kunsztu redaktorskiego i zarazem peerelowskiej propagandy. Władza usilnie zdejmowała z siebie odpowiedzialność za tragedię.

11 października 1962 ukazuje się kolejne wydanie Kuriera Szczecińskiego, pierwsza strona wygląda tak (Kurier Szczeciński, 1962 nr 239):

2 dni po katastrofie


Ogromna część okładki poświęcona jest w dalszym ciągu propagandzie sukcesu i ćwiczeniom wojskowym. Jest też informacja o katastrofie. Tym razem w Moszczenicy. Wiadomość o tak wielkiej katastrofie miała przyciągać uwagę ludzi i tym razem skupiać ich uwagę na omawianiu właśnie tego przypadku. Gołym okiem widać, że liczba ofiar musiała być mocno zaniżona, ale tego mieszkańcy Szczecina nie mogli wiedzieć.

W całym wydaniu znów nie poświęca się ani pół linijki na informację o wypadku z udziałem czołgu.

3 dni po katastrofie


Tutaj pojawia się kolejny element sprytnej dezinformacji. Znów podaje się informację o wypadku kolejowym, tym razem w Rzymie. Dalej nie pojawiają się już żadne informacje dotyczące katastrof i wypadków.

W kolejnym numerze na okładce znów pojawia się informacja o kolejach – tym razem dotyczy ona punktualności pociągów. Jest też informacja o chłopcu, który bohatersko uratował tonące dziecko, a do tego katastrofy i rozróby na „zgniłym zachodzie”.

Tak kończy się informacja na temat tych tragicznych dni. Trzeba przyznać, że PRL opanowała dawkowanie informacji i wzbudzanie dezinformacji perfekcyjnie.

Prace komisji śledczej w Szczecinie

Podczas gdy sztab ludzi manipulował przy informacji publicznej, szczecińska komisja powołana do wyjaśnienia okoliczności wypadku ustaliła, że pomimo tego, że w planie przemarszu (przed przemarszem przygotowano dokładne instrukcje) szerokość przejazdu miała wynosić 10 metrów, to ludzie znajdowali się na ulicy do głębokości 2 m, co spowodowało zwężenie dostępnej jezdni. Pojazdy miały też poruszać się z prędkością 20 km/h, a poruszały się z prędkością w zakresie 25 – 30 km/h.

Więc w skrócie: według planu osoby, które znalazły się pod gąsienicami czołgu, powinny stać o dwa metry dalej – na chodniku – i wtedy nic by się nie stało. Brzmi to dość jasno i ściąga odpowiedzialność z mechanika, przekładając ją na osoby znajdujące się w niewłaściwym miejscu.

Oczywiście jest to przekaz w subtelny sposób zmanipulowany, bo to przecież wojsko odpowiadało za zabezpieczenie przejazdu, więc i za dopilnowanie, by widzowie znajdowali się w odpowiednich miejscach. Czołgi powinny też jechać wolniej. Znów dzięki manipulowaniu informacją zdejmujemy odpowiedzialność z PRL. Bo przecież Polska Rzeczpospolita Ludowa była nieomylna i w każdym centymetrze właściwa i słuszna. Bez skazy.

Bilans

1) W Szczecinie zginęło co najmniej siedmioro dzieci – nie mamy pewności ile dokładnie ich było. W trakcie śledztwa ze szpitalnych dzienników przyjęć precyzyjnie wycięto strony z przyjęciami pacjentów w dniu 9 X 1962. To wydarzenie zostaje „wymazane” z historii. Tablica upamiętniająca ten dzień została umieszczona na budynku szkoły dopiero w 2006 roku. Śledztwo umorzono, a za wypadek nikt nie poniósł odpowiedzialności.


2)
Nie wiemy, ile było ofiar katastrofy kolejowej w Moszczenicy. Oficjalne komunikaty mówią o 34 zabitych i 67 rannych. Według świadków można było mówić o przeszło 100 osobach martwych. Śledztwo zakończyło się już po trzech dniach, „pękła szyna, nie ma winnych”. Dokumentacja ze szpitali zniknęła. Ta katastrofa prawdopodobnie w ogóle nie wyszłaby na jaw, dziś przypuszcza się, że posłużono się informacją o niej jedynie w celu odwrócenia uwagi opinii publicznej od tych najmniej wygodnych dla PRL wydarzeń w Szczecinie. Pomnik upamiętniający ofiary tego wydarzenia odsłonięto dopiero w 2007 roku. Śledztwo umorzono, za wypadek nikt nie poniósł odpowiedzialności.

3) Nie mamy pewności, czy wypadek drogowy pod Rzeszowem w ogóle miał miejsce, choć informacja prasowa podaje nawet imię i nazwisko kierowcy oraz jego miejsce zatrudnienia. Brak dalszych danych.

Podsumowanie

To doskonały przykład manipulacji informacją publiczną przez reżimowy rząd. Tematy zastępcze, ukrywanie niewygodnych faktów, swoi ludzie obsadzeni na odpowiednich stanowiskach, podpisujący raporty jak leci. Są osoby, które uważają nawet, że katastrofa w Moszczenicy nie tylko posłużyła za „zasłonę dymną”, a wręcz została wywołana przez SB w celu przykrycia wydarzeń ze Szczecina.

Brzmi absolutnie okrutnie i nieprawdopodobnie, ale w świetle tego, czego dowiadujemy się w ostatnich latach na temat działań SB, UB, a być może nawet UOP – to wcale nie jest takie do końca nieprawdopodobne.

Jednego możemy być dziś pewni: działania Służb Bezpieczeństwa były wyrafinowane i bardzo skuteczne, ponieważ…

…my w dalszym ciągu nie wiemy, co dokładnie wydarzyło się 9 października 1962 roku.

---

Pustych kart w historii Polski jest wiele, jeśli jesteście w posiadaniu informacji na temat podobnych do opisanych wyżej wydarzeń, bądź znacie osoby, które mogą takie informacje posiadać - skontaktujcie się z IPN.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8
9

Oglądany: 124830x | Komentarzy: 106 | Okejek: 753 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.11

20.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało