Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Przepis na głos idealny, czyli o kastracji i kastratach słów kilka VI - Zmierzch i współczesne echa

21 371  
65   11  
Na tej części zakończę moją próbę przedstawienia Wam intrygującego świata kastratów. Jego stopniowy upadek zaczął się już XVIII w. i trwał aż do początku wieku XX. Coraz częściej zwracano uwagę na nienaturalność takiego śpiewu.

Dopuszczenie kobiet do publicznych występów także stworzyło im sporą konkurencję i pomimo że ci najwybitniejsi nadal oszałamiali swoimi występami, to śpiew kastratów powoli zaczynał być passé. Lekcja na dziś: Jak poskromić dzikie świnie.

Zanim jednak napiszę o tych ostatnich, na chwilę powrócę jeszcze do obecności kastratów na ziemiach polskich. Na wspomnianym w części III Balcerku oczywiście się nie skończyło. W założonej przez Władysława IV kapeli królewskiej, obok Ferriego występowało jeszcze kilku sprowadzonych z Włoch trzebieńców. Kapela ta swym poziomem zaskarbiała sobie bardzo pozytywne opinie słuchaczy. Za przykładem króla szli magnaci i zakładali własne kapele, do których także ściągano rzezańców. Zachowały się również informacje o protegowanym królowej Marysieńki, kastracie Giuseppe Luparini-Beccari, który towarzyszył jej podczas podróży do Rzymu. Wiadomo też o kastratach ściąganych do Polski przez Augusta III oraz Augusta Poniatowskiego. Dzięki staraniom tego ostatniego we wrześniu 1785 r. wystąpił w Warszawie w swojej popisowej roli najwybitniejszy kastrat swojego czasu – Marchesini.


Zdarzały się również przypadki rzezania podejmowane w Polsce – najbardziej znanym z naszych rodzimych kastratów był występujący w pierwszej połowie XVIII w. w kapeli jasnogórskiej Piotr Polakowski.
Wspomniany Marchesini, właściwie Luigi Ludovico Marchesi, również był interesującą postacią. Swoją drogę ku sławie rozpoczął w chórze katedralnym w rodzinnym Mediolanie, a jako śpiewak operowy zadebiutował w 1774 r. w Rzymie, w wieku 20 lat. Występował we Włoszech oraz w Niemczech, a jego popisy były przyjmowane bardzo entuzjastycznie. W 1785 r. udał się do Petersburga, ale wytrzymał tam tylko 3 lata. Podobno pokonał go rosyjski klimat.

A i tak okazało się, że odśnieżyłeś osła sąsiada...

Z Rosji Marchesini uciekł do Wiednia, a w 1788 r. przeniósł się do Londynu, i to właśnie okres londyński przyniósł mu największy rozgłos. Jednak nie samym śpiewem zasłynął. Należał do tych szczęśliwców, z którego wyglądem natura obeszła się bardzo łagodnie (przypomnijmy – kastracja często pociągała za sobą charakterystyczny, groteskowy wygląd) i uznaje się, że był najprzystojniejszym ze wszystkich śpiewających rzezańców, co oczywiście pociągało za sobą szaleńcze wręcz uwielbienie ze strony kobiet. Jak przystało na prawdziwego gwiazdora, był też bardzo kapryśny i obrażalski, co z kolei przyprawiało o ból głowy jego impresariów. Jego talent wzbudzał zazdrość i niechęć ze strony konkurencji. I to tak dużą, że śpiewak ma na swoim koncie nawet próbę otrucia ze strony popleczników jednej z jego scenicznych rywalek. W samych Włoszech Marchesini zdobył największe uwielbienie odmawiając, z pobudek patriotycznych, występu przed Napoleonem po jego wkroczeniu do Mediolanu w roku 1796. Marchesini nie popadł w zapomnienie nawet po zakończeniu kariery. Również na swojej emeryturze dawał okazjonalne koncerty, niekiedy o charakterze dobroczynnym. Zmarł w swojej prywatnej willi w Inzado 14 grudnia 1829 r.

Mimo wielkich tryumfów, czas kastratów nieuchronnie zbliżał się ku schyłkowi. Bezwzględny zakaz kastracji pojawił się we Włoszech wraz z Napoleonem, który po zajęciu kraju, powodowany troską o zasoby dla swojej armii, pod karą śmierci zakazał tego procederu w 1809 r. Jednakże sam też uległ urokowi śpiewu eunuszego za sprawą śpiewaka Crescentiniego i, paradoksalnie, dzięki cesarzowi był to jedyny okres, gdy kastraci święcili w dotychczas nieprzychylnej im Francji prawdziwe tryumfy.


Ze scen opery kastraci zniknęli w II połowie XIX w. Ostatnim wielkim śpiewakiem operowym świata kastratów był zmarły w 1861 r. Giovanni Battista Velluti.
Śpiew rzezańców został rozpowszechniony za sprawą Kościoła i także za jego przyczyną ostatecznie odszedł do lamusa. 22 listopada 1903 r. papież Pius X wydał edykt nakazujący kastratom opuszczenie chóru Kaplicy Sykstyńskiej. Złośliwie można powiedzieć, że objawiła się dzięki temu moc Kościoła – dzikie świnie przestały rzucać się na przyrodzenie małych chłopców, a konie przestały zrzucać ich z wiadomym skutkiem. W rzeczywistości wygląda jednak na to, że tym razem to Kościół poddał się świeckiemu trendowi. Niemniej jeszcze na początku XX w. ciągle można było posłuchać śpiewu kastratów. Ostatnimi byli Domenico Mustafa oraz Alessando Moreschi.

Domenico Mustafa

Mustafa urodził się 16 kwietnia 1829 r w Steparze. W 1848 r. został przyjęty do chóru Kaplicy Sykstyńskiej. Szybko zdobył rozgłos dzięki dużej inteligencji, zdolnościom kompozytorskim i rzecz jasna – wspaniałemu, silnemu głosowi o dużej skali. Jedna z jego uczennic określiła jego śpiew jako „dziwny, bezpłciowy, nadludzki, niewytłumaczalny”, a inny ze słuchaczy Mustafy określił jego głos jako „słodki i przyjemny”. W 1860 r. papież Leon XIII zatrudnił go jako dyrygenta, a w 1878 r. dożywotnio powierzono mu posadę direttore perpetuo Kaplicy Sykstyńskiej. Był również bardzo cenionym nauczycielem śpiewu. Ciekawostką jest, że Richard Wagner rozważał obsadzenie Mustafy w roli kastrata w operze „Parsifal”, lecz ostatecznie przeznaczył tę partię dla barytonu. Mustafa opuścił Sykstynę w 1902 r. i zamieszkał w luksusowej willi w Montefalco. Zmarł 17 marca 1912 r. Dom, w którym spędził ostatnie lata swojego życia jest obecnie hotelem-muzeum znanym pod nazwą Villa Mustafa.

Ostatnim kastratem przyjętym do chóru Kaplicy Sykstyńskiej był urodzony 11 listopada 1858 r. Alessandro Moreschi. Już jako dziecko odczuł na własnej skórze, że trzebieńcy tracą swoje miejsce w świecie muzyki. Rodzice ostatniego kastrata mieli problem ze znalezieniem mu odpowiedniego nauczyciela, przez co podjął naukę dopiero 6 lat po dokonaniu zabiegu, w wieku 13 lat. Kwestią sporną jest, czy sam zabieg był podyktowany chęcią zapewnienia synowi kariery, czy może faktycznie przeprowadzono go ze względów medycznych. W 1873 r. Moreschi został mianowany pierwszym sopranem w kaplicy Loretańskiej, a 10 lat później przyjęto go do Sykstyny, gdzie, jako solista, uświetniał wszystkie uroczystości kościelne. W 1898 r. powierzono mu również funkcję dyrygenta.


Alessando Moreschi

Moreschi dawał popisy swoich umiejętności również na uniwersytetach, salonach i w klubach, a w 1900 r. wystąpił podczas uroczystości pogrzebowej króla Włoch Umberto I. Udzielał się także jako pedagog. Dzięki swojemu wyjątkowo pięknemu głosowi otrzymał przydomek Angelo di Roma. Analiza jego repertuaru dowodzi, że dysponował bardzo rozległą skalą. Jednocześnie natura okazała się bardzo łaskawa dla ostatniego kastrata, gdyż nie mówił charakterystycznym dyszkantem, tylko całkiem zwyczajnym, męskim głosem, a jego fizjonomia również, na pierwszy rzut oka, nie sugerowała wiadomego okaleczenia. Kunszt Moreschiego sprawił, że w 1914 r. kompozytor Franz Haböck chciał powierzyć mu wykonywanie niektórych partii w jednej ze swoich oper, ale wybuch wojny i pogarszający się stan zdrowia dość już leciwego w tym czasie śpiewaka pokrzyżowały te plany.
Po wydaniu zakazu występowania kastratów w chórze Kaplicy Sykstyńskiej Kościół zachował się wobec ostatniego kastrata bardzo przyzwoicie, gdyż pozwolono mu nadal piastować funkcję dyrygenta. Moreschi opuścił Sykstynę w 1913 r. i tym ostatecznie zamknął epokę śpiewających kastratów. Zmarł 21 kwietnia 1922 r., pozostawiając po sobie bezcenną spuściznę w postaci jedynych nagrań śpiewu rzezańca.
„Ave Maria” w wykonaniu Moreschego zaprezentowałam w pierwszej części mojego tekstu. Z komentarzy wnioskuję, że kastrat nie zdobył wśród Was fanów (czemu zresztą wcale się nie dziwię), ale jeszcze Was podręczę. Poniżej inny przykład jego śpiewu:

https://www.youtube.com/watch?v=m2e5DBddsTc

W sumie znane jest 17 utworów z jego udziałem, z czego 12 to utwory wykonane solo. Wszystkie one zostały wydane przez wytwórnię Opal na płycie CD „Alessandro Moreschi. The last castrato”. Śpiew kastrata został zarejestrowany w 1902 oraz 1904 roku przez przedstawicieli londyńskiego Gramofon Company. Nagrania te, mimo że bardzo interesujące, są jednak, co tu dużo mówić – kiepskie i niekiedy trudno jest połączyć je z zachwytami nad umiejętnościami ostatniego kastrata, które przetrwały w źródłach pisanych. Wiele można zrzucić na karb tego, że technologia rejestracji dźwięku w tamtym czasie dopiero raczkowała. Badacze jednakże zwracają też uwagę na ogromną manieryczność i nadmierną afektację śpiewaka. Poza tym, na jakość pierwszej serii nagrań wpłynęła też olbrzymia trema kastrata. Należy też pamiętać, że Moreschi nie był już aż tak młody i można przypuszczać, że jego głos w tamtym czasie nie był już aż tak zachwycający, jak na początku kariery. Niemniej są to jedyne nagrania, które mogą dać jakiekolwiek pojęcie o brzmieniu śpiewu kastratów.

W potocznej świadomości wiedza o kastratach jest dość mglista, jednak w świecie opery wydają się oni być swoistym kamieniem filozoficznym. Po ich repertuar chętnie sięgają zarówno kontratenorzy, jak i sopranistki. Do tradycji kastratów odwołał się m.in. Diego Fasolis wystawiając w 2012 r. „Artaserse” Leonarda Vinciego, w którym, tak samo jak podczas premiery w 1730 r., zarówno w rolach męskich, jak i kobiecych obsadzono wyłącznie mężczyzn.

https://www.youtube.com/watch?v=svLFzbjjpQw

Przedsięwzięcie cieszyło się tak dużą popularnością, że twórcy postanowili wystawić kolejną operę Vinciego, tym razem pod kierownictwem kontratenora Maxa Emanuela Cenčića, „Catone in Utica" – również w czysto męskiej obsadzie.

https://www.youtube.com/watch?v=nC0ocNCxQxc

Dziś już nikt nie widzi problemu w publicznych występach kobiet – przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, a operę trudno sobie wyobrazić bez ich udziału. I już na zakończenie serii chciałabym oddać im głos. Poniżej możecie posłuchać arii „Son qual nave”, napisanej dla Farinellego przez jego brata, w wykonaniu jednej z najwybitniejszych współczesnych mezzosopranistek - Cecili Bartoli. Moim osobistym zdaniem jest to jeden z najlepszych bitów muzyki operowej. Nagranie jest trochę kiepskiej jakości, ale można w nim podziwiać prawdziwy popis wokalnych umiejętności artystki. Miłego słuchania.

https://www.youtube.com/watch?v=2AeariisA9Y

Źródła: Barbier Patric, „Farinelli. Prawdziwa historia genialnego kastrata”, Warszawa 1998, oraz: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9
1

Oglądany: 21371x | Komentarzy: 11 | Okejek: 65 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało