Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Przylecieliśmy z Kraju Baozi do Krainy Uśmiechu, ale akurat była żałoba - relacja

42 811  
138   18  
Rocznie, pomimo krótkiego sezonu turystycznego, Rzeczpospolitą Polską odwiedza ok. 17 mln turystów. Prawie dwa razy większe Królestwo Tajlandii, w którym sezon turystyczny trwa praktycznie cały rok, odwiedza rocznie 30 mln. Zatem czy Polska jest bardziej turystyczna od Tajlandii, czy statystyki nabijają nam przesiadający się w Europie Środkowej handlarze narkotyków i przyjeżdżający do pracy Ukraińcy?


Cóż, myślę, że ani jedno, ani drugie, a porównywanie tych krajów, chociaż ciekawe, do niczego odkrywczego nas nie zaprowadzi. Tak więc dzisiejszy artykuł będzie pisany z perspektywy życia w Chinach.

Jak w całej Azji, proste "tak i nie" nie istnieje. Są tylko niewerbalne sugestie.

Będąc w Bangkoku nie można sobie odmówić przyjemności przejazdu przez centrum tuk-tukiem.

Tajlandczycy co chwila zarzucają jakimś żartem, a Tajlandki są energiczne i sprawiają wrażenie, jakby nie znały problemu w co się jutro ubrać. Ludzie, chociaż biedniejsi, wydają się tutaj o wiele pogodniejsi od Chińczyków. Może nie lubią się użalać i potrafią cieszyć się słońcem, którego w Chinach jest o wiele mniej, a może to Maybelline za sprawą słynnego Tajskiego yim, czyli uśmiechu wyrażającego więcej niż 1000 słów. Nie jest on na siłę. Jest jedynie rodzajem ekspresji, tak jak gestykulacja u Włochów, brak mimiki twarzy dodawanie samogłosek do wyrazów u Chińczyków, czy "k***a" u nas. Za jego pomocą wyraża się oprócz radości również zakłopotanie, zrezygnowanie, a nawet strach, tak więc jeśli pokazać Tajowi lub Tajce Kac Wawę - zawsze będą wyglądać jakby w myślach odtwarzali sobie Nietykalnych. Albo Chappie. To właśnie od yim pochodzi sugerujący nazwę przedszkola turystyczny termin na określenie Tajlandii: "Kraina Uśmiechu".


Pozostając przy temacie przedszkoli - to, co rzuca się w oczy, a co nie wyda nam się dziwne przyjeżdżając z Polski, to to, że na ulicy prawie nie ma dzieci. Chociaż współczynnik dzietności obu krajów jest prawie identyczny, podczas gdy w Chinach dziecko dopóki nie pójdzie do szkoły, towarzyszy mamie/tacie w okolicy ich miejsca pracy, tu najwyraźniej jest w... hmm - jakiejś Krainie Uśmiechu.

China Town. Chińczycy stanowią od 15%-20% obywateli Tajlandii.

Tajlandzkie The King Speech

Nie trzeba żyć w Korei Północnej, aby kochać swojego władcę.

Tak się jakoś złożyło, że Krainę Uśmiechu odwiedziliśmy podczas trwającej tam rocznej żałoby po śmierci króla Ramy IX. Jak to mawiał Sidney Polak - nic nie trwa wiecznie i urodzony w 1927 w USA Bhumibol Adulyadej, panujący 80 lat od 1946 roku, odszedł w październiku 2016. W kraju coraz bardziej wewnętrznie podzielonym, w którym sytuację polityczną mógłby komentować Jacek Gmoch, w którym ciężko stwierdzić, kto tak naprawdę jest opozycją - ludzie zakładają antyKOD, protestując na ulicach przeciwko demokracji, a zamachy stanu są częstsze niż reklamy na Polsacie. Od 1932, kiedy to kraj z monarchii absolutnej stał się monarchią konstytucyjną, było ich 20 - mały posturą, ale wielki osobowością król nadawał kierunek polityce w państwie, spajał naród i był i jest przez niego kochany.

W hotelowej telewizji wyglądał na osobę miłą, pogodną, dobrze ubraną, zawsze z aparatem na szyi, która pomimo tego, że była jednym z najbogatszych władców (majątek $30 mld), czego jakoś nie ukrywała (samochody, kolekcje ubrań królowej czy skrzyń do powozów od Louis Vuitton, ale i wspieranie wielu organizacji charytatywnych i ekologicznych), miała wyjątkowo ludzką twarz. Większość studentów zapytana o możliwość zostania królem jakiegoś kraju odpowiedziałaby: pewnie, już biorę dziekankę! Bhumibol odłożył w czasie początek swojego panowania, aby skończyć studia w Szwajcarii. Wydaje się być rozsądnym gościem.


Na ulicach, w metrze, prasie, telewizji, bankomatach, na billboardach, telebimach, przed budynkami rządowymi, firmami prywatnymi, restauracjami, hotelami, w oknach domów i na deskach rozdzielczych autobusów - wszędzie znajdziemy zdjęcie króla przeplecione czarną wstążką lub coś, co mówi nam o tym, że (teraz pełen tytuł) "Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu (jeśli ktoś nie wie, do 1949 Tajlandia nazywała się Syjam), Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona" odszedł, ale "jego oddani słudzy nigdy go nie zapomną". Ludzie przypinają sobie czarne wstążki, zakładają czarne ubranie. W sklepach półka z czarnymi sukienkami zajmuje 1/3 asortymentu. Wstęgi z biało-czarnych tkanin ciągną się setkami metrów po ogrodzeniach, a okolice Pałacu Królewskiego w Bangkoku wyglądają trochę jak zjazd fanów Nightwisha.

Dubaj Dubajem, ale tajlandzka policja też nie próżnuje. Policja ma nawet własną aplikację na telefon, dzięki której możemy wezwać pomoc. A tak naprawdę na policję w Tajlandii zawsze można liczyć. Wielu policjantów zna angielski, a jeśli go nie znają i tak zawsze proponują swoją pomoc. Jeśli już nas zatrzymają, nie robią problemów i nie rozdrabniają się.

W wielu miejscach urządzone są wioski żałobne, w której żałobnicy za darmo mogą się najeść, napić, w specjalnych ciężarówkach skorzystać z łazienki i ubikacji. Możliwe, że za sprawą okolic Święta Wielkiego Buddy (podczas którego alkoholu nie kupicie, a spora część klubów, sklepów czy restauracji jest zamknięta), jednak kolejka żałobników chcących oddać hołd królowi miała od 2 do 4 km długości i ciasno upchana rozciągała się nie tylko na terenie kompleksu świątyń i pałacu, ale i w przypałacowych, zamkniętych dla ruchu ulicach.

Autobusy w Bangkoku, nawet jeśli nie wyglądają, są o niebo fajniejsze od tych w Chinach. Bilet kosztuje 10-30 THB (1,3-3,5 zł), prawie zawsze można liczyć na miejsce siedzące na wygodnym, mięciutkim, skórzanym fotelu, nie szarpie i najważniejsze... można poczuć się jak kierowca BMW i jeździć na zimny łokieć.

8,2-milionowa stolica 581 wieżowców



Z punktu widzenia Chin, miasto nie robi wrażenia swoją nowoczesną architekturą, a znajdujący się tutaj najwyższy budynek w Tajlandii, 85-piętrowy Baiyoke Tower II (328 m - 23. miejsce na świecie) z zewnątrz nie wygląda tak dobrze jak chińskie wieżowce.

Baiyoke Tower II

Na 78. piętrze za nieduże pieniądze wykupiliśmy wieczorną kolację z widokiem na Bangkok (link). To rodzaj szwedzkiego stołu i dobre miejsce, aby spróbować prawie wszystkich tajskich przysmaków naraz i móc później szukać ich bardziej dopieszczonych wersji na straganach. Patrząc na wirujące wśród budynków ślimaki autostrad nachodzi mnie myśl, jak ponure i nieciekawe byłoby to miasto z tej perspektywy, gdyby wszyscy przesiedli się na rowery, a z ulic zniknęłyby płynące niczym krew w żyłach światła samochodów.

Widok z naszego stolika.

Dzienne zwiedzanie Bangkoku zaczęliśmy na ostatniej stacji niebieskiej linii metra Hua Lamphong. Stęsknieni klimatu Chin, wąskimi, pełnymi różnorakich sklepów uliczkami, dochodzimy do dzielnicy China Town, która jest po drodze do Targu Kwiatów, gdzie przystanek ma tramwaj wodny płynący na drugi brzeg (40 THB - drogo, ale Tajlandia z roku na rok tańsza się nie staje) rzeki do wiecznie remontowanej Wat Arun (50 THB - 5,8 zł) i przyległego jej kompleksu.






Bankomatów w Tajlandii jest więcej niż koszy na ulicach. Na ATM-y można się natknąć dosłownie co 100 m. Wszystkie, za wyjątkiem nieistniejących fioletowych bankomatów firmy AEON, pobierają 200-250 THB prowizji, więc jak już kraść, to miliony.

Stamtąd kolejny tramwaj (4 THB - 0,47 zł) do imponującej Wat Pho (100 THB - 11,6 zł) gdzie oprócz lasu wysokich czedi, czeka na nas 46-metrowy leżący, złoty Budda.





Za widocznym ze świątyni białym murem znajdują się sąsiadujące z nią Wat Phra Kaew i Na Phra Lan Grand Palace (500 THB - 58 zł), czyli świątynia Buddy z przewysokim złotym czedi na swoim terenie i Wielki Pałac Królewski.







Przy tej temperaturze (37°C - luty!) to wystarczająco jak na jeden dzień. Dzień, bo nocą można udać się na słynną ulicę Khaosan.

Khaosan za dnia - nie mamy zdjęcia z nocy, ale impreza skończyła się po 3. Tylko wyobraźcie sobie: 4 razy więcej ludzi, zapalone neony, muzyka i (to nie jest jakaś metafora) ludzie sprzedający gaz rozweselający.

Przerwa!

Ostatnio ktoś napisał, że artykuł o Pekinie był za długi. Przeczytałeś/łaś właśnie 1/2 kartki A4. Możesz teraz iść napić się kawy, piwka, soku lub zjeść jarmuż. Jeśli chcesz doczytać kolejne 1/2, popatrz przez 15 sekund na jakiś oddalony punkt. Ponoć pomaga oczom odpocząć :)

Zjedz je wszystkie! Straszna faza tutaj z tymi Pokemonami. 7Eleven (odpowiednik Żabki) jest więcej niż Biedronek w Polsce i można je spotkać co kilka metrów. Można w nich zjeść ciepły, tani obiad (od 3 do 6 zł), są otwarte 24/7, jednak alkohol w sklepach kupimy jedynie w godzinach od 11-14 i 17-24.

W Chinach prawie niewykonalne jest znalezienie rodzimego piwa, które ma więcej niż 3,5% vol. Piwa w Tajlandii są lepsze w smaku i startują od 5%. Najlepsze jest najsłynniejsze chyba Leo, którego akurat nie ma na zdjęciu. Tajlandia słynie z durianów. Cóż, spróbować można, ale truskawki to to nie są. Dobrze jest też mieć przy sobie pastę i szczoteczkę, albo coś do popicia... byle nie durianowego.

Pickupy są tu mroźniami, busami, taksówkami, a nawet... ambulansami!
Lewy górny róg: występuje w mniejszych miejscowościach. Mieszkańcy nazywają go autobusem (nie taxi), ponieważ jeździ on po "w miarę wyznaczonej trasie". Jeśli kierowca już zgodzi się zmienić dla nas trasę, słono za to płacimy (od 150 THB/osobę).

Corolla, Vios, Hiace i oczywiście Hilux. Tajlandia jest dosłownie zbudowana z Toyot. Większość taksówek, busów i spora część ciężarówek zasilana jest CNG.

Tajlandzki Hummer jest nieco węższy.

*Czedi? Co to jest to czedi? Czedi jest mniej więcej w Tajlandii tym, czym pagoda w Chinach. Jest to rodzaj stupy, w której przechowywane są relikwie lub czyjeś ciała.

Bangkok to jeden wielki stragan

Patpong - z lewej podróbki ubrań, torebek i zegarków, z prawej miłości.

Targowiska są wszędzie. Nie musimy iść na nocny bazar lub jakikolwiek inny targ, aby kupić chińskiego smartfona za 300 zł, "prawie" nieużywanego iPhone'a, jakiś obraz, ubranie lub podróbkę torebki/zegarka/paska/okularów itd.

W Tajlandii, jak i wszędzie, są ludzie, którzy próbują wydrenować twój portfel, dlatego na każdym możliwym kroku nie można, ale wręcz trzeba i należy się targować. To część tutejszej kultury sprzedaży. Choć w porównaniu do Chin nie spotkaliśmy się tu ze zwykłą próbą oszustwa, zasada jest taka, że jeśli ktoś pyta: "Hej maj frend, łer ar ju from?" nie chce ci bezinteresownie pomóc, ale zwyczajnie bada jak bardzo może cię... ekhm. - Ooo Polaaand - hi/szi sej - For ju diskont, onli ejt handret bahts. Upewnij się, czy przez wszechobecny na ulicach Bangkoku hałas wydobywający się z klubów, nawoływaczy i skuterów, sprzedawca nie usłyszał Holland (a to zdarza się często), bo wtedy zejść z ceną będzie o wiele ciężej i cała transakcja może zakończyć się ciszą. Poza tym nie wiem jacy Polacy mieszkają w San Eskobar, ale na to hasło dostaje się zwyżki większe niż 18-latek na ubezpieczenie pierwszego samochodu z prawdziwym silnikiem.

Khaosan, Patpong i SoiCowboy, czyli nocne życie w stolicy taniego seksu

Khaosan to taki Pasaż Niepolda we Wrocławiu, albo ul. Mazowiecka w Warszawie, albo Mielno. Za dnia kolejna ulica targowisko. Po zmroku pełna jest huczących bitów, bambidujących basów i ludzi, którzy tańczą wokół tabliczki "piwo za 150 bahtów". Co ciekawe, wiele straganów i barów z jedzeniem jest dalej otwarta, więc możesz się upić, kupić sobie strój kąpielowy Adidasa, zjeść Pad Thai'a i pójść z nowo poznaną osobą do jednego z wielu znajdujących się przy tej ulicy hoteli z całodobową recepcją.

(stacja metra: Si Lom)
Patpong. Funkcjonuje tu nocny market, na którym kupić można podróbki, które swoją jakością przewyższają podróbki dostępne w Chinach (nawet jeśli niektóre też są z Chin). Jednak to nie temu dzielnica zawdzięcza swą sławę, ale klubom z tańczącymi tam prostytutkami/tancerkami. Pełno tu naganiaczy, próbujących wciągnąć cię na pokaz BDSM czy słynne ping-pong show. Wiadomo, nic nie jest za darmo, nawet jeśli tak mówią, i trzeba uważać.


(stacja metra: Sukhumvit, po wyjściu pierwsza uliczka w prawo)
Soi Cowboy to stosunkowo krótka ulica, na której znajdują się nie tylko zwykłe puby czy pizzeria, ale też podobne do tych na Patpongu kluby z "tancerkami". Jest jednak jeden wyjątek. W ponad połowie tych klubów obsługują niemal wyłącznie kobiety, które kiedyś nie były kobietami. Chciałoby się powiedzieć "ale jaja", ale nie zawsze poznamy je/ich z wyglądu. Nie poznamy ich też wcale po tym, jak układa się ich dolna część bielizny, bo układa się tak jak u zwykłych kobiet. To co je/ich naprawdę odróżnia, to o wiele niższy głos. Ceny w tutejszych barach (piszę o drinkach i jedzeniu!) są naprawdę dobre, zarówno w odniesieniu do Chin, jak i Polski.

Pływający Market

Odjazd z Southern Bus Terminal (kiedyś jeździły bezpośrednio z Victory Monument), (80 THB) - dojechać tu można z ronda Victory Monument darmowym shuttle busem lub minivanem za 35 THB


Pływających marketów w samym Bangkoku, jak i jego okolicy, jest wiele. My jednak udaliśmy się na naszym zdaniem najbardziej urzekający widokami, oddalony 1,5-2 h drogi od Bangkoku Damneon Saduak Floating Market na obrzeżach Amphawy. Tuż obok znajduje się słynne z telewizji targowisko, przez które przejeżdża pociąg - Maeklong Railway Market/Talad Rom Hub w Samut Songkhram.


Lecimy na północ! - Chiang Mai i Chiang Rai


Chiang Mai to urocza, zadbana, mała miejscowość, której stare miasto zbudowane jest na planie kwadratu ograniczonego sielankową, kwiecistą fosą i znajdującymi się nad nią ruinami murów. Nie przesadzę mówiąc, że aż połowa ludzi tutaj to biali turyści. Na ulicach aż roi się od niemieckich emerytów i towarzyszących im w ich ostatnich wzwodach Tajek.





Znajduje się tu piękny ogród botaniczny, wiele marketów i świątyń, w tym najsłynniejsza, leżąca w geometrycznym środku tego historycznego miasta, pochodząca z XIV wieku i zniszczona przez trzęsienie ziemi - ogromna Wat Chedi Luang (40 THB, 4,65 zł). Wiąże się z nią pewna ciekawostka.



Savoir-vivre tajlandzkich świątyń, oprócz obowiązkowego zdejmowania butów przed przekroczeniem progu świątyni, nakazuje ubiór zakrywający nogi i ramiona. Mnisi nie są zawsze tak samo restrykcyjni i do niektórych świątyń kobieta w legginsach lub obcisłej sukience czy mężczyzna w krótkich spodenkach nie wejdzie. Nie wolno też nosić okularów i czapki. Czasem nie wolno robić zdjęć, a już nigdy, ale to nigdy nie wolno wskazywać Buddy stopą. Nieczęstym jest jednak to, że do niektórych budynków sakralnych kobietom wchodzić po prostu nie wolno. Nigdy. Tak jest właśnie w Wat Chedi Luang, gdzie po raz pierwszy widzieliśmy naprawdę zdenerwowanego Tajlandczyka, wyciągającego ze świątyni za rękę oburzoną angielską turystkę, która nie zauważyła wielkiego napisu po... angielsku.

Wat Chedi Luang



W Chiang Mai, w zależności od twojego budżetu, spróbować możesz wszystkiego. Od jazdy na słoniach, crossach, buggy, quadach, Tajkach, latania balonem, paralotnią, spływów kajakowych, pontonowych, nocnych safari, parków linowych i bungee. Nas na północ zawiodło jednak coś innego...

Chiang Rai


Znajduje się tam Tajlandzka Sagrada Familia - Wat Rong Khun. Pełną ukrytej symboliki świątynię projektu tajskiego kuzyna Gaudiego, Chalermchaiego Kositpipatego, zaczęto budować w 1997 roku i chociaż praktycznie wszystko wygląda na gotowe - "zakończenie prac budowlanych przewiduje się na 2070 rok". Zdjęcia i kibelek mówią same za siebie:



Pattayę, jak i Chiang Mai, najlepiej zwiedzać skuterem, którego wypożyczenie na 24h kosztuje już od 100 THB - 11,60 zł - benzyna kosztuje ok. 4 zł.


W porównaniu do Chin, gdzie wsiadanie na skuter jest równie niebezpieczne co jazda limuzynami BOR-u, w Tajlandii to pełna przyjemność. Panują tutaj zasady. Nie jakieś przesadne, ale jednak. Nikt tu nie trąbi bez potrzeby, samochody zatrzymują się, gdy widzą pieszych na swojej drodze i nikt tu nie jeździ po chodnikach...

Pattaya - najlepsza pozostałość po wojnie w Wietnamie

(autobus Bangkok - Pattaya - 108 THB odjeżdżający z Bangkoku z Southern Bus Terminal)


Plaża w Pattayi i woda w Zatoce Tajlandzkiej do najczystszych nie należą. Oprócz kubków, reklamówek, na piasku znajdziemy też złoto opalonych Rosjan i mieszkających tu na stałe emerytów z krajów anglojęzycznych. Wieczorem po plażach pałęta się dużo bezpańskich psów. Nie sposób się tu nudzić. Są tu aquaparki, tory gokartowe, ulice w stylu Khaosan, ulice w stylu Patpongu i mnóstwo innych atrakcji, których możecie się spodziewać po naszpikowanym wieżowcami kurorcie.



My wybraliśmy dwie:


Satchatham Prasat, czyli Sanktuarium Prawdy (500 THB, 440, jeśli kupisz bilet przez KLOOK-a - dojeżdżają tu tylko taksówki - z centrum ok. 200 THB). Leżąca niczym Meczet Hassana II w Casablance nad brzegiem morza drewniana świątynia może nie robi takiego wrażenia co jej marokański odpowiednik, ale nie można odmówić jej misterności, piękna i ogromu (ze swoimi 105 metrami jest wyższa niż jakakolwiek katedra w Polsce). Ponieważ świątynia jest ciągle w budowie, przed wejściem na teren świątyni dostaniemy kask. Można tu również nakarmić słonia (100 THB) lub na nim pojeździć (400 THB/30 min).


Nong Nooch Tropical Botanical Garden (395 THB razem z show - przez serwis KLOOK, taksówka-skuter 150, taksówka od 400 THB). 600 hektarów niesamowitości - oprócz pięknej tropikalnej roślinności mamy tu ogród włoski, francuski, dolinę dinozaurów, ogrody wypełnione sztucznymi zwierzętami, chińskie pagody, indyjskie stupy, ogrody na wodzie oraz przecudowną wystawę samochodów sportowych.





W cenie jest pokaz kultury tajskiej oraz...

Słoniowy show, w którym dowiadujemy się, że słonie azjatyckie są idealnymi zwierzętami domowymi dla Cyganów i potrafią zbierać trąbą pieniądze mądrzejsze od afrykańskich, należy je chronić i potępiać handel kością słoniową.



Tajlandia to pełen naprawdę miłych ludzi piękny kraj, który co najważniejsze wciąż jest bardzo przystępny cenowo i chyba każda rzecz jest tutaj tańsza niż w największej dziurze nad Bałtykiem. Jest tutaj tyle do zobaczenia, że zwiedzenie całego kraju zajęłoby chyba ponad miesiąc i to właśnie z tego powodu na pewno tu jeszcze wrócimy.


Tradycyjnie zapraszamy do polubienia naszego profilu na Facebooku, Instagramie i Pinterest (jeszcze więcej zdjęć pięknej Tajlandii).

Źródła: 1, 2, 3
5

Oglądany: 42811x | Komentarzy: 18 | Okejek: 138 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało