Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Homo smartphonus, smombie. Świecące ekrany i kciuki władające światem

62 630  
212   75  
Sygnalizacja świetlna umieszczona w chodniku, by przechodzący przez jezdnię nie musieli odrywać wzroku od swoich telefonów to ewidentny znak, że z rozwojem cywilizacyjnym coś poszło bardzo nie tak. Dokąd zmierzamy i dlaczego odpowiedzi na to akurat pytanie lepiej nie szukać w Google?

Moda na zbieranie Pokemonów pojawiła się nagle, wykorzystując fakt, że mnóstwo ludzi nie rozstaje się ze swoim smartfonem na dłużej niż parę minut. Zniknęła równie szybko, co można uznać za wprost modelowy przykład tego, jak w dwa miesiące zmarnować potencjał na co najmniej kilka lat doskonałej zabawy. Mimo że Pokemon Go zostało już niemal zapomniane, puste oblicza przykute do świecących ekranów telefonów trwają.

Dzisiaj nikt nikogo nie pyta o drogę. Po co - w telefonie jest przecież nawigacja. Dzisiaj nikt nie prosi o polecenie restauracji - dwa kliknięcia w telefonie i mamy dostęp do kilkuset recenzji wszystkich lokali w dzielnicy. Nikt nie kupuje książek - smartfon przecież doskonale sprawdzi się w roli czytnika e-booków. Dzisiaj nikt nie rozgląda się wokół, wypatrując przyjaznego uśmiechu u nieznajomej - łatwiej przecież odrzucać kolejne profile na Tinderze, szukając optymalnego współczynnika łatwodajności.

Takie mamy czasy, taki mamy klimat - wypada powiedzieć. I zastanowić się, co dalej z tym fantem…

„Plemię z głową w dół”


Inaczej niż zwykle w przypadku cywilizacyjnych nowości, zjawisko najbardziej widoczne jest nie na zachodzie, a na dalekim wschodzie. W Chinach, Korei i Japonii - stolicach świata technologicznych gadżetów - naukowcy mówią już o całych plemionach chodzących z głową w dół. Co więcej, lekarze już dzisiaj alarmują o nadciągających coraz poważniejszych problemach, wśród których urazy kręgów szyjnych to tylko początek.

Tłumy snujące się ze wzrokiem wbitym w ekran to nie tylko zwiastun apokalipsy czy koszmar reumatologa. To także zagrożenie dla nich samych. Zamiast pozostawić rzecz selekcji naturalnej, władze zaczęły d-z-i-a-ł-a-ć.


Zaczęło się od eksperymentu, który w lipcu 2014 roku przeprowadzono w Waszyngtonie na zlecenie kanału National Geographic. Chodnik podzielono tam na dwie części - podwójną ciągłą linią. Lewa strona przeznaczona była dla normalnych przechodniów. Prawą, dodatkowo przedzieloną na pół, mieli poruszać się korzystający z telefonów. Dla pewności namalowano też strzałki wskazujące kierunek wędrówki.

Idea miała być żartem, pewną satyrą na współczesną rzeczywistość. Ta - jak zwykle zresztą - wyprzedziła jednak oczekiwania prześmiewców. Wkrótce potem kolejny chodnik dla smartfonowych zombie otwarto w Chinach.


Naukowcy z Uniwersytetu w Ohio już w 2013 roku zauważyli, że gwałtownie rośnie liczba wypadków podczas nieuważnego chodzenia. W 2005 roku do przychodni w USA w wyniku chodnikowych kontuzji trafiło 256 osób. Pięć lat później było to już ponad 1,5 tysiąca przypadków i liczba stale rośnie. Pomysłów na leczenie nie brakowało - aczkolwiek propozycje karania 50-dolarowym mandatem za nieuważne chodzenie w pobliżu pociągów (jak w Utah) czy budowę 30-metrowego chodnika tylko dla smombie (jak w Chongqing) uznać należy bardziej za medialny element społecznej kampanii uświadamiającej ryzyko, to na tym oczywiście nie poprzestano.

W latarnię i pod samochód

Z przeprowadzonych niedawno w europejskich stolicach badań wynika, że aż jedna czwarta pieszych w wieku 25-35 lat niemal nie odrywa wzroku od ekranu telefonu, a najgorzej pod tym względem jest w Sztokholmie. Tomas Fredlund, rzecznik szwedzkiej komórki ds. transportu, stwierdził, że „najgorsze są przypadki zderzeń pieszych z samochodami. Zdarzają się niemal równie często, jak zderzenia pieszych z latarniami, tylko mają poważniejsze skutki”. Dlatego w stolicy Szwecji rozwieszono już mnóstwo znaków ostrzegawczych - nieoficjalnych - licząc najwyraźniej, że ktoś, kto nie jest w stanie zauważyć nadjeżdżającego samochodu lub latarni na środku chodnika, dostrzeże znak.


Niemcy z góry założyli, że edukacja swoich obywateli nie ma sensu. Zamiast więc apelować do rozsądku, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Umyślili sygnalizację świetlną wbudowaną w chodnik. Na początku w Augsburgu, w ramach pilotażowego programu i tylko na dwóch stacjach, zainstalowano sygnalizatory wyposażone w 16 diod LED o zmiennych kolorach. Mają sprawić, że nawet osoba przykuta do ekranu smartfona chociaż kątem oka zauważy informację.

Podobne rozwiązanie próbuje się zastosować w Kolonii - tam ziemną sygnalizację drogową zamontowano póki co na trzech stacjach przesiadkowych. Monachium poszło z duchem czasu - zamiast modyfikować sygnalizatory, wymyślono, że lepsza będzie… aplikacja na smartfon, która w pobliżu niebezpiecznych skrzyżowań wyświetlałaby komunikat „UWAGA!”.


W lutym ubiegłego roku niemieckie rozwiązania postanowiła skopiować Holandia - początkowo w Bodegraven. Choć sygnalizacja została wykonana bardzo estetycznie, pomysł napotkał spory opór. Przeciwnicy argumentują, że to wręcz „premiowanie złych zachowań” i uzasadniają, że nie wystarczy popatrzeć na kolor światełka, niezależnie od tego, czy będzie na chodniku, na słupie czy na Księżycu. Trzeba jeszcze rozejrzeć się i upewnić, że samochody faktycznie stosują się do sygnalizacji. Zawsze może bowiem wydarzyć się coś nieprzewidzianego. A instalacja dodatkowych świateł, dzięki którym nie trzeba by odrywać wzroku od ekranu telefonu, uczy czegoś dokładnie przeciwnego.

Smartfonowa obsesja

Chciałoby się powiedzieć, że problem smartfonowej obsesji został rozdmuchany - jako kolejna modna głupota, którą udałoby się odwrócić uwagę od spraw naprawdę poważnych. Tymczasem, co znamienne, poważny jest ten właśnie problem. Znaleźliśmy się w czasach, w których ludzie są tak zaaferowani elektronicznymi gadżetami, że nie wyobrażają sobie bez nich życia. Niekiedy wręcz dosłownie - życie ze smartfonem albo wcale - o czym świadczy rosnąca liczba również śmiertelnych wypadków powodowanych nieuwagą.


Pod koniec ubiegłego roku popularność zdobyło nagranie z Chin, na którym wolno ruszający SUV przejeżdża dwulatkę tuż przy jej niczego nieświadomej matce, która dopiero ileś sekund po zdarzeniu orientuje się, że nie ma przy niej dziecka. Dlaczego nie zapobiegła wypadkowi, przecież samochód poruszał się na tyle wolno, że właściwie nic złego nie miało prawa się wydarzyć? Oczywiście dlatego, że nie była w stanie oderwać wzroku od telefonu.

Dziewczynka zmarła na miejscu, zanim zdążyła przyjechać pomoc. Nagranie ze zdarzenia można znaleźć w internecie, ale - osobiście - nie polecam.


W 2016 roku władze Korei Południowej ogłosiły, że w samym Seulu liczba wypadków drogowych powodowanych przez korzystanie z telefonów (przez pieszych - nie kierowców) potroiła się. Dane nie uwzględniają oczywiście zdarzeń z udziałem wyłącznie pieszych - wpadnięć, potrąceń, wywrotek i innych nieszczęść, których można by łatwo uniknąć, poświęcając otoczeniu choć minimum swojej cennej uwagi.

Wschodni kraniec Azji, technologiczne czy też gadżeciarskie zagłębie świata, stanowi pewien barometr pokazujący, co być może czeka już wkrótce i nas. W Korei, Chinach czy Japonii psychologowie już zmagają się z problemami uzależnienia od smartfonów. Aż 88% dorosłych w Korei Południowej posiada smartfon, 15% z nich jest uzależniona.

To właśnie z choroby wynika regularne macanie się po kieszeniach - bo wydawało się, że zawibrował telefon. To stąd omamy słuchowe - wydawało się, że dzwonił. Nic dziwnego, że ludzi prześladują „sygnały fantomowe”, skoro coraz więcej osób nie rozstaje się z telefonem na dłużej niż kilka minut. I coraz więcej osób ma opory przed tym, by bez smartfona wejść choćby pod prysznic. Stąd taka popularność w Azji wodoodpornych aparatów. Takie czasy.


To nie przypadek, że właśnie „smombie” zostało wybrane słowem roku wśród niemieckiej młodzieży. Abstrahując już od idiotyzmu samego pomysłu, by wybierać słowo roku, smombiekalipsa stała się faktem. Co zrobimy teraz? Czy znów pobiegniemy do sklepu, by wydać równowartość dwóch średnich pensji na nowy elektroniczny gadżet, czy może jednak zastanowimy się nad sensem całego tego wyścigu zbrojeń? Prawdopodobieństwo i historia wskazują raczej na ten pierwszy wariant, ale przecież nadzieję zawsze mieć warto.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
16

Oglądany: 62630x | Komentarzy: 75 | Okejek: 212 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

30.11

29.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało