Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Leciałem tym śmigłowcem w poniedziałek - w czwartek się rozbił

70 602  
334   14  
Najtragiczniejsze zdarzenie w historii polskiego ratownictwa górskiego. Wszystko to z wątkiem kryminalnym i dotąd niewyjaśnioną katastrofą w tle. Rozmawiałem też z osobą, która leciała tym śmigłowcem trzy dni wcześniej.

Byłem wtedy w ACR (Akademickie Centrum Rehabilitacji) na Ciągłówce, już po dyplomie, ale jeszcze przed stażem. Do obiadu jeździłem w karetkach, po obiedzie chodziłem na śmigłowce. Na "Piniu" miałem dwa loty: odwoziliśmy pacjenta na materacu próżniowym (uraz kręgosłupa) do Katowic, i lecieliśmy gdzieś po delikwenta ze złamaną nogą.

Wspomniany Pinio to śmigłowiec polskiej konstrukcji typu PZL W-3 Sokół. Ten egzemplarz został dostosowany specjalnie na potrzeby Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, a dostarczono go w 1993 roku. Imię Pinio zostało maszynie nadane przez personel.

Sokołem leciało się świetnie, tylko silniki potwornie hałasowały. Z Zakopanego wyjeżdżałem we wtorek wieczorem. Zatem musiałem lecieć najpóźniej w poniedziałek.


11 sierpnia 1994 roku to czwartek. Tego dnia ratownicy TOPR zostali powiadomieni przez żołnierzy straży granicznej z Kasprowego Wierchu o wypadku turystycznym. Z krótkiej wiadomości wynikało, że poszkodowanych jest dwóch obcokrajowców. Mowa też była o poważnych złamaniach kończyn dolnych.

Kierujący wyprawami w tym dniu Janusz Kubica wraz z "grupą szturmową" w składzie: Mieczysław Ziach, Roman Kubin, Rafał Mikiewicz, Robert Janik wyjechali samochodem do szpitala na lądowisko i wystartowali o godzinie 13:09. Dodatkowo na pokładzie znalazło się dwóch pilotów, Bogusław Arendarczyk i Janusz Rybicki oraz ratownik Stanisław Mateja.


Miejsce wypadku zlokalizowano na szklaku z Suchej Przełęczy do Hali Gąsienicowej. Pinio zawisł nad poszkodowanymi na małej wysokości, a w tym czasie ratownicy ze sprzętem opuścili się ze śmigłowca na ziemię. Z relacji Mieczysława Ziacha wynika, że w pewnym momencie usłyszał trzask, jakby ktoś strzelił z wiatrówki.

Nagle ratownicy zauważyli leżącego tuż obok Janusza Kubicę. Dowódca grupy był nieprzytomny, leżał z podkurczonymi nogami i miał ranę z tyłu głowy o średnicy ok. 5 centymetrów. Chwilę później ranny ratownik znalazł się na pokładzie śmigłowca i podjęto decyzję o jak najszybszym przetransportowaniu go do szpitala. Na pokładzie Pinia oprócz poszkodowanego znajdowała się tylko trzyosobowa załoga – reszta grupy została z poturbowanymi turystami.


Śmigłowiec wystartował i szybko osiągnął prędkość 248 km/h. W pewnym momencie rozpadła się jedna z łopat silnika głównego. Przez to doszło do nieznacznej utraty siły nośnej, przez co maszyna zaczęła wirować i opadać w stronę ziemi. Pilot próbował ustabilizować lot, ale przez to uszkodzona łopata zaczęła uderzać o ogon Pinia. Wkrótce ogon został całkowicie odcięty od reszty śmigłowca. Reszta kadłuba również zaczęła się rozpadać, a śmigłowiec spadł na zalesione podnóże w okolicach Wielkiego Kopieńca.

Najszybciej jak było to możliwe rozpoczęła się akcja ratunkowa, w której udział brali ratownicy TOPR-u, pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego oraz strażacy. Niestety, skutki katastrofy były tragiczne. Szczątki maszyny były porozrzucane na obszarze ok. 1000 metrów. Nikt z czterech osób na pokładzie nie przeżył. Poniższy film został nagrany przez turystów, którzy byli wtedy w Tatrach i przedstawia moment, w którym maszyna zaczęła się rozpadać.

gfgfg

Na początku artykułu przytoczyłem cytaty Fulmara – bojownika, który również pisze o lotnictwie i który leciał tym śmigłowcem zaledwie 3 dni wcześniej. Powiedział mi również, co czuł, kiedy dowiedział się o tragedii:

Mniej więcej w dniu katastrofy rozmawiałem z mamą, czy się nie boję - nie, na śmigłowcach praktycznie nic nie może się stać.

Wiadomość podano chyba w Teleexpressie. Zaraz telefon (jeszcze kablowy, komórki były tragicznie drogie) od kumpla (totalnego ateisty, prawie jak ja): Żyjesz? - Przecież słyszysz. - Uff, ale na twoim miejscu poszedłbym na kolanach do Częstochowy.

Pewnie bym leciał, gdyby mi się turnus nie był skończył.

Po chwili dodaje:

...wtedy nie piłem. Dziś po takiej wiadomości pewnie bym się zalał w trupa.


Śmigłowiec i piloci wspaniali. Nazwisko - Janusz Rybicki - pamiętam do dziś. Duży, dobroduszny człowiek. Obiecałem mu kiedyś podrzucić miniaturę "osiołka" - Mi-2, na którym też latali. Nie dało się.
Znałem tych ludzi, przez 4 tygodnie można się prawie zaprzyjaźnić.

Zbadaniem przyczyn wypadku zajęła się Główna Komisja Badania Katastrof Lotniczych. Przyczyny katastrofy do dzisiaj nie są w pełni wyjaśnione. Na początku podejrzewano, że Janusz Kubica, wysiadając z maszyny, zahaczył głową o łopatę wirnika, co miało doprowadzić do jej uszkodzenia. Niezależni eksperci stwierdzili jednak, że taka wersja wydarzeń jest bardzo mało prawdopodobna. Aktualnie przyjmuje się, że łopata zaczęła się rozpadać wcześniej – odgłos wystrzału słyszany przez ratowników miał pochodzić z kawałka łopaty, który się od niej odłamał. Następnie ten odłamek miał trafić w głowę Janusza Kubicy, tym samym go raniąc.



Kontrowersji jest wiele - decyzji komisji Badania Wypadków była niejednogłośna a wcześniej uznała ona za mało istotny uznała fakt, że toprowski „Sokół” miał płaty nośne z różnych serii produkcyjnych i że jedna z łopat była starsza od pozostałych.

W skład komisji badania wypadku wchodzili także przedstawiciele producenta śmigłowca Sokół ze Świdnika. – Nikt nie słuchał, gdy pojawiły się wątpliwości co do składu komisji i jej bezstronności – mówił tygodnikowi TP24 po 15 latach od tragedii inżynier lotnictwa. Prosi o zachowanie anonimowości. – Nie chcę nikogo oskarżać, ale Świdnikowi zależało na tym, aby nie uznano tego za wypadek z przyczyn technicznych. – Moim zdaniem rozwarstwienie płata zaczęło się na długo przed wypadkiem na Hali Gąsienicowej. Tę hipotezę, trudną oczywiście dziś do udowodnienia potwierdzają dwa fakty. Pierwszy, o którym mówił już przed laty inż. Witkowski, że łopata kompozytowa, laminatowa, ma takie właściwości wytrzymałościowe, że propagacja uszkodzenia następuje bardzo wolno. Drugi, że po katastrofie w Tatrach stosuje się w „Sokołach” już inne kleje.

* * * * *

Już wkrótce kolejny artykuł o katastrofie, która zdarzyła się w Polsce. W międzyczasie zapraszam na stronę na Facebooku Podniebnych Opowieści, gdzie oglądaliśmy ostatnio Airbusa A320, który wpadł w poślizg na Syberii.

Pamiętajcie też, że mimo wszystko samoloty to cały czas najbezpieczniejszy środek transportu. Katastrofy i tego typu groźne incydenty zdarzają się na tyle rzadko, że mamy możliwość je dokładnie przeanalizować, aby zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości.

Tutaj znajdziesz poprzedni artykuł z serii

Oglądany: 70602x | Komentarzy: 14 | Okejek: 334 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.03

24.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało