Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Diabelski wschód słońca w bieli, czyli marzenia trzeba realizować!

47 604  
306   30  
Marzenia trzeba realizować, choćby nie wiem jak były szalone! Przedstawiam wam opis fantastycznej wyprawy, która zapoczątkowała coroczną tradycję zimowej przygody na Królowej Beskidów, a odbyła się w dniach 16-17.II.2013.

W piątkowy wieczór, kiedy przy piwku w Starym Porcie omawialiśmy ostatnie szczegóły i okazało się, że jedziemy w trójkę, Piotr333krak rzekł znamienne słowa: "Ta wycieczka będzie epicka". Jakże one okazały się prawdziwe...

Sobotni poranek - na termometrze w Krakowie 4 stopnie...

Bus do Zawoi Policzne, obok nas siadają dwie dziewczyny z 3-letnim chłopczykiem - okazuje się, że też jada do Zawoi i idą... na Markowe Szczawiny, na kurs lawinowy. Czyli już mamy spokój wewnętrzny, iż w razie czego będzie miał kto nas szukać pod zwałami śniegu, a wiadomo, że nie ma to jak rzucenie na głęboką wodę i szukanie żywych zwłok pod lawiną. 3-letni Staś - turysta jak się patrzy - 8 tygodni i pierwsza wyprawa w Tatry - jednym słowem chcieć to móc!

Kierowca bombow... wróć, busa, zapytany czy przypadkiem na Krowiarki nic nie jedzie, mówi, że nie. Ale za jakąś chwilkę zagaja, że skoro wybieramy się we trzech, to... za 30 zeta nas podwiezie. Szybka wymiana zdań z dziewczynami, czy wolą iść z Zawoi do schroniska czy Górnym Płajem od Przełęczy Lipnickiej - i już jedziemy w piątkę. Jeszcze jeden chłopaczek też wyraził żywą chęć jechania na Krowiarki, więc jedziemy w szóstkę - jednym słowem - zacznij o czymś myśleć, a sytuacja sama się tak wyklaruje, aby ci to umożliwić! Przy takiej liczbie chętnych cena co prawda "skoczyła" do 40 zeta, ale luzik - 7 zł na łebka - jest git.

Krowiarki - no to zaczynamy marsz! Wpierw chwila dla fotoreporterów:


Potem małe co nieco na ząb i ubrawszy sprzęt ruszamy ku Babiej Górze!


Mijani ludzie rozwiewają nasze nadzieje na jakieś widoki na górze: "Panie, chmury siedzą, że mało co widać...".



Idziemy powoli, gdyż z racji mojego nie w pełni sprawnego kolana oraz naddatku czasowego po prostu nie mamy się co spieszyć. 1:20 h i jesteśmy na Sokolicy.


Czwórka z Rabki siedząca i racząca się wiśnióweczką tylko zapowiadała to co nas będzie czekać wieczorkiem, a co chłodziło się w plecaku Michała.



Godzinkę później - Kępa (1521 m n.p.m.), przed nią w końcu ubrałem raki, choć i tak chłopaki na rakietach szybko odskakiwali do przodu.


Gówniak (1617 m n.p.m.) to następne ok. 40 minut marszu.


Gówniak znany też jest pod nazwą Wołowe Skałki, która to nazwa pochodzi stąd, że dawniej wypasano tu woły, natomiast nazwa obecna pochodzi od ich odchodów. Często też można usłyszeć wersję, iż nazwa związana jest z tym, iż wychodząc na ten szczyt po prostu... gówno widać...

Szło się bardzo dobrze, ścieżka wydeptana bez żadnych problemów (stąd też moja zachęta na nocne wejście na wschód słońca.

Za Gówniakiem jakieś 20 minut marszu i... słońce!



Co prawda na razie nieśmiało, ale zaczęło się przebijać przez chmury. Czyżby pogoda nam miała rzeczywiście sprzyjać?
Z tą coraz bardziej materializującą się nadzieją dotarliśmy na szczyt Królowej Beskidów!



Na szczycie Babiej Góry nie dość, że coraz bardziej pojawiało się słonko, to i od północy zaczęło się przebijać niebieskie jak jasny atrament niebo.


Mając niebo i słońce, zdjęcia już zaczęły wychodzić bardzo fajne. A że szło trzech zapalonych fotoamatorów, nie trzeba tłumaczyć jak wyglądało pierwsze kilkanaście minut na szczycie i czym byliśmy zajęci.






Po obfoceniu wszystkiego dookoła trzeba było podjąć decyzję - gdzie śpimy. Jako że jak na szczyt Diablaka wiatr był praktycznie nieodczuwalny (a to rzadka rzadkość wszak), była opcja wykopania jamy i spania w tejże. Jednak postanowiliśmy zejść do bacówki po słowackiej stronie przy żółtym słowackim szlaku, aby ją obadać. Po drodze minęliśmy czwórkę (2+2) ludzi kopiących dość dużą i szeroką jamę dwiema saperkami (jak się później okazało pod... namiot), 5-6 minut marszu i oczom naszym ukazał się bardzo ciekawy, rzekłbym, widok... Bacówka stała, owszem...


...sobie pięknie ośnieżona i skrząca się w promieniach słońca, ale wejście do niej... hmmm...


No w sumie było - u samej góry była kilkudziesięciocentymetrowa szpara w śniegowej zaspie. Wszedłem obadać teren i... zwycięstwo!


Ta wielka tama ze śniegu miała tylko jakieś 30 centymetrów, potem dość ostro spadała w dół, więc druga cześć schronu była jak najbardziej do zagospodarowania! A więc saperka w ruch i kopiemy... schody wejściowe :-D. Po zamelinowaniu się w środku pierwszy w ruch poszedł palnik - trza wszak zjeść jakiś obiadek (znaczy się chińczyk razy "czy").


Po obiadkach, herbatkach - widząc coraz piękniejsze rozgwieżdżone niebo - znów w ruch poszły aparaty, tym razem już ze statywami.

Potem urodzinowa wiśnióweczka Michała (świętować urodziny na Diablaku - świetna sprawa!) i poszliśmy spać w świetnych humorach. Miejsca między ławeczkami starczyło w sam raz na trzy osoby, więc spokojnie się pomieściliśmy. Ja oczywiście nie mogłem na takiej (wymarzonej wszak) wyprawie nie raczyć się chociaż jednym Desperadosikiem.

Budzik został nastawiony na 5:40, ale wywlekliśmy się z "gniazda" o szóstej.


Wyjście schodami na górę wiaty i.... szczęki zbieraliśmy gdzieś z brzegów jeziora Orawskiego - przed nami był CUDOWNY WIDOK, zapierający dech w piersiach! Morze, a w zasadzie ocean mgieł pod naszymi nogami... gdzie okiem sięgnąć! Z tego oceanu bieli wyłaniały się Tatry, Wielki Chocz, Mała Fatra i Pilsko!!! Widok boski, a co najważniejsze, na niebie praktycznie ANI JEDNEJ chmurki! Znaczy się wschód słońca w takich okolicznościach będzie BOSKI, ZJAWISKOWY, CUDOWNY, FANTASTYCZNY etc. I tak też rzeczywiście było.



Na szczycie było ok. 20 osób (drugi namiot się pojawił jeszcze), które z rozdziawionymi buziami niedowierzającymi, że jest tak cudownie i pięknie, oglądało cudny spektakl wschodu słońca. Tu oszczędzę Wam opisu - zdjęcia oddają o wiele lepiej i trafniej to co widzieliśmy! Wystarczy, że napiszę, iż ocean (nie morze, ale właśnie ocean!) chmur był na wysokości ok. 1300 m n.p.m.

Temperatura była ok. -10 stopni, więc nie było źle. Po zrobieniu setek zdjęć przez Michała i Piotra (mój aparat... odmówił posłuszeństwa wieczorem, co nie powiem, mnie trochę zdołowało...) oraz sporej ilości czasu wróciliśmy do naszej bazy wypadowej. Ale mając taką piękną pogodę i wspaniałe widoki nikt nie myślał o powrocie do śpiworów.


Ale że Strzelce to takie uparte istoty (znaczy się ja), próbowałem naprawić migawkę, która co prawda do połowy działała, łapała ostrość, ale... ni hu.. hu.. dalej... W końcu lekkie ogrzanie aparatu i kolejne wyjęcie oraz ponowne włożenie baterii i... JEST - DZIAŁA!

Więc plan natychmiast powstał następujący - ja zapierniczam na szczyt porobić zdjęcia, chłopaki "ścinają" szczyt, aby się na niego znów nie wdrapywać. Czas operacyjny, który mi został przydzielony (czyli 7,5 minuty) znacznie oczywiście przekroczyłem, ale... warto było.

Mała Fatra


Tatry


Lodowe rzeźby na Diablaku


Rzeźb ciąg dalszy i nie tylko


Daszek naszej wiaty nad oceanem chmur


Gęsta, wspaniała pierzynka była wszędzie!




Możliwość robienia zdjęć, gdy jest taki GENIALNY widok, ocean chmur i pięknie świecące słońce - czysty orgazm fotograficzny. Było ok. godz. 9., chmury zdążyły podejść już na ok. 1500 m n.p.m., więc Cyl już był prawie cały zakryty, ale Pilsko i reszta dalej pięknie wystawała z tej białej kipieli!







W końcu trzeba było zacząć schodzić w dół, pożegnać się z pięknymi widokami i naszą Królową, ale.. to nie koniec atrakcji, jakie moja ukochana Babia Góra nam przygotowała tego dnia! W pewnym momencie schodząc w dół zauważyliśmy... WIDMO BROCKENU! Dla mnie było to pierwsze widmo w moim życiu i jakże cudowne, bo spotkane czy też zobaczone na mojej najukochańszej górze!



Po obfoceniu widma, co zajęło nam kilka minutek, idąc dalej w dół mogliśmy oficjalnie powiedzieć "do widzenia". Słońcu, którego już rzeczywiście tego dnia nie zobaczyliśmy.

Schodząc w dół w kierunku Brony mijaliśmy kursantów z kursu lawinowego, co też było dość ciekawe, bo szli... powiązani liną. Jedna pani mijana na szlaku, koło 50., też zapalona "Diablaczka" (przynajmniej 4-5 razy jest na Babiej w zimie!) na wieść o widmie stwierdziła, że ona już ma chyba trzecie albo czwarte swoje wcielenie, bo tyle ich już widziała (a wieść gminna czy też górska niesie, że po zobaczeniu widma osoba je widząca zginie w górach - "odczarować" to może uwidzenie trzeciego widma!), jak zdecydowana większość spotkanych na Diablaku osób po prostu bardzo pozytywna osoba.

Zejście czerwonym szlakiem z Brony do "hotelu" schroniska (w zeszłym roku po rozmowie z przesympatycznymi siostrami prowadzącymi schronisko na Markowych Szczawinach poprawiłem swoje wcześniejsze błędne odbieranie tej budowli - krótko mówiąc to PTTK jest odpowiedzialny za tę... ekhem... "architekturę" w miejscu bardzo klimatycznego wcześniejszego schroniska) na Markowych Szczawinach było... szyyybkie :-D Rynna zrobiona na większej długości szlaku przez wcześniej idące (znaczy się zjeżdżające) tędy osoby sprawiła, że nawet nie myśleliśmy o innej metodzie pokonania tej trasy niż... jazda na swoich czterech literach (następnym razem koniecznie trzeba wziąć "jabłuszka").

W ten sposób złamaliśmy w dość prosty sposób owe sławetne 15 minut z Brony w dół.


"Hotel" Schronisko na Markowych Szczawinach zaskoczyło nas pozytywnie... darmowym wrzątkiem (niestety rzadkość w schroniskach). A więc kolejne japoń... wróć, chińczyki, lekka przebierka i w dół do Zawoi. Bus do Krakowa nadjechał zaledwie po minucie od dojścia na przystanek - tak cobyśmy nie myśleli, że tego dnia coś może iść nie po naszej myśli.

Generalnie reasumując tę wyprawę - była to moja najcudowniejsza wycieczka w góry, a zarazem na Babią Górę, odkąd chodzę sam, czyli od jakichś 20 lat!


Co ważne, Diablak w zimie jest łatwiejszy niż latem, gdyż: kosodrzewiny niet, francowatych schodów toże niet. Choć wiadomo, jak to w górach - zdrowy rozsądek jest obowiązkowy!

Wysmażyła się też prezentacja z wyprawy (a w niej m.in. rakietujący Michał z Piotrem), która pokazuje jeszcze lepiej niż słowa jak cudowna była to wyprawa!

Prezentacja z tej cudownej wycieczki:



Gorące podziękowania jeszcze raz dla Michała i Piotra za towarzystwo i za uczestnictwo w eskapadzie i zawierzenie moim zapewnieniom, że pogoda na wschód słońca zamówiona na Diablaku jest i będzie piknie. Także wielkie podziękowania dla tych, którzy użyczyli sprzętu (Raffee, Humanitas, Catka), bez którego byłoby na pewno ciężej i zimniej:

  • saperka - spisała się perfekcyjnie - wykopywanie (wyrąbywanie) schodów wejściowych o ponad dwumetrowej wysokości do wiaty - epickie
  • raki - przydatne w pierwszy dzień, mimo iż miałem je na nogach pierwszy raz w życiu, od razu odczułem ich pomocną moc
  • inne sprzęty, z których jedynie (na szczęście) GPS nie był nam potrzebny.
Jeśli spodoba wam się taka forma artykułu/fotorelacji, będą i następne.

Jeśli ktoś z bojowników czy też bojowniczek chciałby do nas dołączyć - zapraszam.

W tym roku idziemy już piąty raz i - co wyjątkowe - znów idzie nasza trójka, która była właśnie pięć lat temu razem, wbrew niemal wszystkiemu i wszystkim, na swojej wyprawie życia!

Do zobaczenia już w lutym na kolejnym już, piątym "Diabelskim wschodzie słońca w bieli".

Z diabelsko-górskim pozdrowieniem - Meteor.
9

Oglądany: 47604x | Komentarzy: 30 | Okejek: 306 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.10

13.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało