Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Co ma wspólnego nawłoć, dildo, królik, Janusz na rybach i Nowa Zelandia…

66 954  
335   34  
...czyli o gatunkach inwazyjnych trochę inaczej.

Wielu z Was zdaje sobie sprawę, jak wielkim niebezpieczeństwem dla przyrody mogą być nieostrożnie zawlekane przez ludzi w różne odosobnione na Ziemi (są jeszcze takie?) miejsca obce gatunki zwierząt, które się tam udamawiają i zaburzają naturalny rytm przyrody i ekosystemu. Najsłynniejszym przykładem są króliki w Australii, przybyłe wraz z kolejnymi kolonizatorami na ten dziewiczy niegdyś kontynent, który ewolucja potraktowała jako swoiste poletko doświadczalne, tworząc tam dziwne gatunki roślin i zwierząt tak odmienne od tych, jakie znamy z Europy czy Ameryki (torbacze, ssaki jajorodne, diabły tasmańskie itp.).

Cofnijmy się więc w czasie… był rok 1859, podczas gdy w Polsce oddawano właśnie do użytku funkel nową linię kolejową ze Stargardu do Koszalina (135 km), a w Brdowie fabrykę kuczbaju, po drugiej stronie naszej niebieskiej kulki do Australii przypłynął angielski stateczek i niejaki Thomas Austin przywiózł na ten kontynent pierwsze 24 króliki. Króliki miały pierwotnie posłużyć do polowań, z uwagi jednak na ciepłą zimę i brak naturalnych drapieżników szybko się rozmnożyły (jak to króliki), zagrażając rodzimym gatunkom i doprowadzając do katastrofy ekologicznej.


Zaczęły one wyjadać roślinność w tak namiętny sposób, że doprowadzało to do erozji na dużą skalę i licznych problemów z tym związanych. Sprawa była poważna do tego stopnia, że aby je zwalczać wprowadzono odstrzał. Gdy ten nie pomagał, wykonano ogrodzenie liczące ponad 3 tysiące km. Choć ogrodzenie częściowo pomogło, to problem się nie rozwiązał, bo i tak króliki zaczęły je podkopywać i przeskakiwać. Ostatecznie aby dopełnić króliczej apokalipsy zdecydowano się na użycie broni biologicznej w postaci wirusa myksomatozy.


Na wirus ten jednak radosna królicza brać niemal od razu się uodporniła, więc w 1996 r. postanowiono powtórzyć eksperyment i użyć kaliciwirusa sprowadzonego tym razem z Chin oraz pchły króliczej paradoksalnie sprowadzonej z… Europy, co rozwiązało w końcu problem.


Obecnie króliki nadal żyją w Australii, ale ich populacja nie jest wielka i co najważniejsze daje się kontrolować, niemniej problem jaki powstał z 24 radośnie bzykających się futrzanych zwierzątek pokazuje skalę nieprzewidywalności, jaką niesie ze sobą nie do końca przemyślane i wydawałoby się nieszkodliwe działanie człowieka.


Królika potraktujcie jednak jedynie jako prymitywny wstęp, trywialny psikus czy też niesforny chochlik przyrodniczy, bowiem temat gatunków inwazyjnych podrążymy trochę bardziej i głębiej (ooch, taak). Zapewne kojarzycie serię filmików z USA, gdzie ryby same wskakują do sunącej po rzece motorówki?

No, dobra… I tak Wam zapodam:


Można by rzec, że to wędkarskie eldorado, raj, mokry sen Janusza na rybach… Tjaaaa, nic bardziej mylnego. Ryby te to inwazyjny w Ameryce Północnej gatunek tołpyg (znane lokalnie jako tzw „asian carp”), których populacja w samej rzece Illinois szacowana jest na dwa miliony sztuk. Problem jest tam podwójny, a nawet „wylewny” niczym Cygan z kartonami udzielający wywiadu, ponieważ rzeka ta połączona jest z Wielkimi Jeziorami licznymi kanałami i to właśnie na nich obserwować można sceny jak z filmu powyżej.

Jest o co walczyć, bowiem zasiedlenie jezior przez obce dla fauny Ameryki tołpygi mogłoby zniszczyć i tak już mało liczebną, a drugą co do wielkości rybę Ameryki Północnej, jaką jest mocno zagrożony wyginięciem jesiotr zachodni, którego rodowód jest starszy od dinozaurów.

A propos jesiotra zachodniego...


Kanałów zamknąć nie można z uwagi na żeglowność i jest problem, który jak w przypadków australijskich królików powstał w sposób prozaiczny, bo tołpygę sprowadzono do Stanów Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych z myślą o zasiedleniu nią osadników ściekowych. Pewnego dnia jednak po powodzi wydostała się do wód Missouri i Missisipi, a ponieważ wzrost jej populacji postępuje szybciej niż bzykających się królików na australijskich sawannach (ryby odbywają tarło nawet cztery razy w roku), na wyniki ich miłosnych igraszek nie trzeba było długo czekać.


Od tej pory podjęto walkę o zredukowanie ich populacji, wprowadzając nawet przepis mówiący o tym, że sprzedawana ryba musi być przez sprzedawcę wpierw uśmiercona, aby klient czasem nie wpadł na pomysł wypuszczenia jej na wolność. Szczególnie zwrócono uwagę na chińską społeczność, bo biali Amerykanie tołpyg i amurów jeść nie lubią, a szkoda, bo jakby 320 milionów Amerykanów zasmakowało w tołpydze, to problem mógłby się rozwiązać sam... Hmm.


Ktoś oczywiście podchwycił tę ideę i wpadł na pomysł, aby sprowokować większą konsumpcję tołpyg przez obywateli USA wprowadzając danie pod nazwą „łosoś z Missisipi” lub „widłogon-ninji” (pomysłodawca tej drugiej to swoją drogą musi mieć niezłego dilera lub namiętnie lubi grać w "Wiedźmina").

And now… the tołpyga:


Jeśli już drążymy klimaty wędkarskie, to przerzucimy się teraz na… roślinki. Tak, tak… paradoksalnie ma to wiele wspólnego, bowiem w Nowej Zelandii, traktowanej przez wielu jako wędkarski raj, mając w portfelu niemało zielonego towaru (chodzi oczywiście o dolary), można aż do samoumartwienia się z nieopisanej radości uprawiać wędkarstwo muchowe na dziewiczych pięknych nowozelandzkich rzekach, łowiąc olbrzymie i niespotykane w Europie okazy pstrągów, dorastających nawet do metra i więcej.


Hannah Davis:
  • Wzrost: 178 cm
  • Waga: 55 kg
  • Kolor oczu: Zielony
  • Wymiary: 87-66-89 cm
  • Wędka: SAGE XP AFTMA #4
  • Linka: Weight Forward Sink Tip #4
  • Foka Boobs: a kogo to obchodzi – ma wędkę i możesz z nią chodzić na ryby!
Wyspa ta od lat przyciąga fanów ekstremalnych wędkarskich wypraw, a liczba przewodników oprowadzających wędkarzy po najlepszych „miejscówkach” z roku na rok rośnie.

UWAGA: 18 minut wędkarskiego umartwiania się Nową Zelandią - nieobligatoryjnie, tylko dla odważnych...


Lat temu kilkanaście (w 2004 r.) Nowa Zelandia z jej dziewiczymi rzekami stanęła jednak przed ogromnym problemem związanym z niepozornym wydawałoby się glonem o wdzięcznej nazwie dildo… A nie, przepraszam… "Didymo", czyli Didymosphenia geminata, który to paskud tworzy brunatno-zielone, obślizgłe, gluciaste dywany, a w niektórych rzekach zamienił krystaliczną wodę w śmierdzący, obślizgły (i gluciasty) ściek.


Glon ten jest prawdziwą zarazą Nowej Zelandii, szczególnie na Południowej Wyspie. Glut ten, bo inaczej nazwać go nie można, prawdopodobnie został zawleczony z Ameryki na przynętach i niedosuszonych filcowych podeszwach butów do brodzenia, używanych obecnie przez większość wędkarzy, a nie mając naturalnych konkurentów przy dobrych warunkach do rozwoju szybko się rozmnożył.

A tak wygląda dil..."didymo":


Warto dodać, że pływające w nowozelandzkich rzekach legendarne pstrągi paradoksalnie też zostały tam sprowadzone z… Europy i Ameryki, tylko dużo wcześniej i również spowodowały ogromne spustoszenie w rodzimej ichtiofaunie.


Jak widzieliśmy w poprzednich przykładach, akcja zawsze powoduje reakcję i od tej pory w Nowej Zelandii obowiązują bardzo restrykcyjne przepisy i kontrole w kwestii przestrzegania zasad ograniczających rozprzestrzenianie się inwazyjnych gatunków w tamtejszym środowisku. I tak jeśli chcesz powędkować w nowozelandzkich rzekach, musisz pokazać certyfikat sterylizacji i dezynfekcji obuwia do brodzenia oraz przynęt, a nawet kół samochodów jeśli przemieszczasz się między rzekami lub pokazać dokumenty potwierdzające, że zakupiłeś ubiór i przynęty na miejscu jako nowe. A to nie są tanie rzeczy, oj nie.... I nie jest to tylko martwy przepis, bo naprawdę tego przestrzegają i mają tam niemal obsesję na punkcie „Didymo”. Jeśli więc złapią kogoś, kto nie ma certyfikatu, to nałożona finansowa kara skutecznie zniechęci do łowienia rybek w Nowej Zelandii nawet osobę z portfelem pełnym piniendzy. Sami przewodnicy zresztą wymagają tych dokumentów od swoich klientów i bez nich ani rusz.


Drążąc temat inwazyjnych roślin opuszczamy malowniczą Nową Zelandię i zataczając koło wracamy do nie mniej malowniczej Polski. Tutaj też mamy wiele przykładów roślin zawleczonych z innych krajów. Pierwszy z nich to cebula... a nie, pardon... to temat na inny artykuł (choć cebula zwyczajna faktycznie pochodzi z Azji Środkowej). Chodzi o chłoszczący nas każdego lata po ledwo dobudzonej zimowo-wiosennej i nieogrzanej jeszcze promykiem ciepłego słońca mordzie (Bojowniczkom chłoszcze po alabastrowej twarzy o nieskazitelnym uśmiechu i oczywiście po cyckach też) obraz wszędobylskiej nawłoci kanadyjskiej, widocznej niemal w każdym miejscu naszego pięknego kraju. Obraz łanów tej charakterystycznej żółtej rośliny - do którego już przywykliśmy i niektórzy zapewne uznają ją za nasz rodzimy gatunek - jest jednak również pokłosiem nieprzemyślanych ludzkich działań, bo oto nawłoć, pochodząca pierwotnie z Ameryki Północnej (jak nazwa wskazuje „kanadyjska”), wpierw była obsiewana w angielskich ogrodach jako ozdoba, a później „uciekła” z tych ogrodów i rozprzestrzeniła się po całym niemal kontynencie (znowu ci Anglicy!).

And now... the nawłoć:


Nie wdając się w szczegóły botaniczno-ekologiczne, problem z nią jest o tyle znaczący, że jako roślina dominująca, o szerokim spektrum warunków korzystnych do życia, zubaża nasz naturalny ekosystem i wypiera inne rzadkie, cenne, pożądane i często chronione rodzime rośliny oraz zwierzęta. Przykładem są nasze piękne motyle modraszki, których gąsienice karmią i hodują mszyce (tak, tak - hodują) na roślinach żywicielskich wypieranych właśnie m.in. przez nawłoć. Tak więc z pozoru ładna żółta roślinka ma swoje drugie niezbyt korzystne oblicze.
Istnieje nawet w botanice takie pojęcie jak „rośliny zawleczone” (antropofity), a najważniejsza datą jaka jest z tym związana to odkrycie przez Krzysztofa Kolumba Ameryki. Od tamtej pory szlaki handlowe otworzyły bowiem drogę dla przepływu gatunków nie tylko tych inwazyjnych, ale i powszechnie lubianych, szczególnie przez kolegę Iskiera… zimnioczków na przykład.


Podobna sytuacja, tylko inne źródło pochodzenia jest w przypadku barszczu Sosnkowskiego, ale to już chyba każdy zna i nie trzeba się nad tym specjalnie rozwodzić.


Ciekawostką za to, która nie jest znana powszechnie jest rdestowiec sachaliński, który ostatnio rozprzestrzenia się szczególnie szybko i jest okrutnie trudny do wyplenienia.

And now... rzeczony on:


Roślina ta, pochodząca tym razem z Azji, upodobała sobie wszelkie tereny związane z rzekami (choć nie tylko) i często nad ich brzegami tworzy gęste łany. Roślina rozmnaża się wegetatywnie przez kłącza i ich rozłogi, stąd proces jej likwidacji jest niezmiernie trudny i wymagający lat regularnej pracy (wykopywanie kłączy, oprysk , izolowanie od światła), a co za tym idzie i kosztów.

W jednym z ciekawych artykułów na Joe Monster, w którym zresztą zabrałem głos, a który był dla mnie inspiracją do napisania tego tekstu (pozdrawiam kolegę @mrakoo), był tekst Vampiirike: https://joemonster.org/art/37324/Czego_nie_nalezy_robic_w_Kostaryce, z którego dowiedzieliśmy się m.in. że na Kostaryce zabrania się wywozu i wwozu owoców, warzyw, kwiatów, roślin i dzikich zwierząt. Niech więc ten tekst będzie rozwinięciem tematu dlaczego jest to w wielu krajach tak ważne. Rząd, który zna niebezpieczeństwo związane z obcymi gatunkami zna widocznie jeszcze lepiej wartość przyrody swojego kraju i wykazuje się roztropnością, jeśli ustala podobne ograniczenia jak wspomniana Kostaryka czy Nowa Zelandia właśnie. Nie uważajmy więc tego za fanaberię, tylko coś bardzo potrzebnego.

Reasumując i kończąc ten przynudnawy artykuł dla kolegi Iskiera wyszukującego codziennie frazę „zimnioczki” oraz wąskiego grona gimnazjalistów szukających tematów na zabłyśnięcie przed „panią od biologii”, by zdać do następnej klasy, chciałem jeno podkreślić to jak ważne jest to co robimy z przyrodą i jak ogromny może mieć to skutek dla naszego środowiska. Przykładów gdzie niewielka i z pozoru niewinna rzecz niesie za sobą katastrofalne czasem skutki jest dużo więcej niż te przytoczone powyżej. Nie lekceważmy więc przyrody, bo choć ona zawsze sobie jakoś poradzi (w perspektywie milionów lat nie takie problemy i meteoryty napotykała), to zawsze w perspektywie krótszej zemści się i wszystko nam wypomni z nawiązką.

Uff, przebrnięcie przez artykuł zapewne nie było łatwe, ale podobno po zdobyciu kolejnych baz zawsze czeka nagroda, więc tym co dotarli dzielnie do końca - link

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7.

Oglądany: 66954x | Komentarzy: 34 | Okejek: 335 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.02

15.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało