Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak Wielka Brytania poniżyła polskich lotników II WŚ

124 197  
628   54  
Tony Rannell napisał ostatnio dla Daily Mail artykuł, w którym pisał o tym, jak to "niewdzięczny naród chciał deportować mężczyzn (polskich pilotów), w których angielskie kobiety się zadurzały, a których Hitler się obawiał". Poniżej znajduje się tłumaczenie tego tekstu.

Polskie asy lotnictwa
Polskie asy lotnictwa, Jan Zumbach (z lewej) z podpułkownikiem Stefanem Witorzeńciem (w środku) oraz kapitanem Zygmuntem Bieńkowskim, około 1943 r.
Nie jestem profesjonalnym tłumaczem, więc z góry przepraszam za ewentualne błędy.
Osobom znającym dobrze j. angielski polecam przeczytanie oryginału. Sporo ciekawych idiomów czy rzadziej spotykanych słów.


Nienawidzili mgły i deszczu, ale przede wszystkim okropnego jedzenia. Kanapek z pastą rybną, wygotowanej kapusty, herbaty z mlekiem i ciepłego piwa.

Do tego jeszcze ten budyń! Jeden z polskich pilotów, po przybyciu do Anglii w 1940 roku, był zbulwersowany tą "kleistą żółtą pastą", która w smaku kojarzyła mu się z proszkiem do prania. Doszedł do wniosku, że brytyjska kuchnia "polega na tworzeniu najgorszych potraw z najlepszych produktów na Ziemi".

Ale kochali nasze dziewczęta, którym miękły kolana, gdy zbliżały się do tych przystojnych, odważnych, ekscytujących młodych mężczyzn. Uciekinierów z pokonanej Polski, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii, aby przyłączyć się do walki z hordami Hitlera – gnieżdżącymi się po drugiej stronie Kanału we Francji, grożąc najazdem na wybrzeża kraju.

Przybysze z Europy Wschodniej byli tak romantyczni i uprzejmi, kłaniając się w pas i stukając obcasami przy przywitaniu, wysyłając kwiaty po pierwszej randce, szepcząc czułe słówka w nastrojowym obcym języku... i znani z legendarnej sprawności w łóżku.

Angielskie dziewczęta były oczarowane, pozbywały się swych zahamowań i okazywały swoje uznanie. Nic więc dziwnego, że niektórzy odtrąceni brytyjscy piloci wzięli się do przyszywania napisu "Poland" (tł. Polska) na ramionach swoich mundurów RAF, kiedy udawali się na tańce, w nadziei zakosztowania przygód.

Trudno przecenić wpływ przybycia Polaków na podupadłą, przypartą do ściany Brytanię, kiedy dotarli do niej na początku II Wojny Światowej. Był on niezrównany do czasu zawitania żujących gumy, gryzących cygara Amerykanów, którzy zjawili się dwa lata później.

Co spełniało największe oczekiwania to nie tylko ich ekstrawagancja i oczywisty urok, ale to, że byli nieposkromieni. Ich naród został zdeptany przez przeważające siły, ale oparli się temu najlepiej jak mogli, i choć pobici i wygnani, nie mieli zamiaru się poddawać. Byli wojownikami, a nie dającymi za wygraną przegranymi.

I walczyli oni, po otrzymaniu drugiej szansy na dokopanie Niemcom, mocno się wyróżniając i osiągając wielkie sukcesy.

Jak tylko Hitler skierował aktualnie podbijające wszystkie tereny oddziały Luftwaffe, próbując zmusić do kapitulacji tę wyspę, Polacy zostali wrzuceni w wir bitwy o Anglię, aby wspomóc RAF. Ich wkład był kluczowy. Odwrócili bieg walki.

I właśnie dlatego rozpoczęto teraz działania na wysokim szczeblu w celu uhonorowania tego, co zrobili polscy piloci dla Wielkiej Brytanii, trzy czwarte wieku temu, za pomocą wyjątkowego miejsca pamięci. Lordowie Michael Ashcroft i Norman Tebbit rozpoczęli zbiórkę 1 miliona funtów na pomnik, który ma zostać zbudowany w londyńskim Hyde Parku.

Obaj konserwatyści dają nadzieję - w następstwie doniesień o fali ksenofobicznych ataków na Polaków, tutaj, w Wielkiej Brytanii, w bezpośrednim następstwie głosowania Brexit – że będzie to przypomnieniem historycznych powiązań między tymi dwoma krajami i długu, który Wyspy winne są spłacić.

Tak, już jest polski pomnik wojenny, praktycznie ukryty w pobliżu ich starej bazy w Northolt – oraz węzeł drogowy na A40, nazwany w ślad za nim - ale coś jest potrzebne w centrum Londynu, w pobliżu innych wielkich krajowych pomników wojennych.

Tebbit twierdzi, zresztą słusznie, że Bitwa o Anglię zostałyby przegrana bez Polaków. "Brakowało nam pilotów. W idealnym czasie przybyli zaprawieni w boju Polacy, którzy uciekli Niemcom i byli tutaj, wykwalifikowani i mający dużo zapału, by walczyć za swój i nasz kraj. Zmienili bieg bitwy. Luftwaffe wycofało się. Inwazja Hitlera na Wielką Brytanię została zażegnana".

Jednak, co dziwne, wyższe dowództwo RAF było początkowo niechętne wysyłaniu ich na misje, podekscytowanych, zapalonych do walki przeciwko hitlerowskim Niemcom, które zagrabiły ich ziemię.

Po porażce w ojczyźnie w 1939 roku, resztki polskiego lotnictwa przeniosły się do Francji, gdzie został utworzony rząd na emigracji. Ale w następnym roku Francja także upadła, więc ponownie musieli uciekać, zbierając się tym razem w Anglii.

Blackpool była dla wielu pierwszą bazą, w której traktowani byli jak bohaterowie, stawiano im drinki w barach, zapraszano do domów, poznawali angielski budyń.

Zbyt porywczy i nieprzyzwyczajeni do brytyjskich obyczajów czasem pili zbyt dużo, uczestniczyli w bójkach, a nawet pojedynkach, tak jakby byli jeszcze w Warszawie. Została im przyczepiona łatka awanturników - na których dumny RAF niechętnie patrzy.

Fakt, że byli weteranami walk, którzy uczestniczyli już w wielu akcjach i czuli fanatyczną wręcz nienawiść do Szkopów był postrzegany raczej jako wada niż zaleta. Flegmatyczny RAF obawiał się, że ciężko będzie ich kontrolować. Jeden z wpływowych dowódców eskadry skrytykował ich jako "pędzące pociski wściekłości, będące ponad działaniem rozumu czy władzy". Aby byli użyteczni, powinni się podporządkować i ograniczyć swój niebezpiecznie samobójczy temperament.

Dlatego ich działania zostały sprowadzone do zadań szkoleniowych - tak jakby 30 lotów bojowych, na przekór śmierci, przeciwko Messerschmittom na niebie nad Polską, w czym niektórzy z nich uczestniczyli, nic nie znaczyły.

Zostali upokorzeni zmuszeniem do treningów na rowerach, aż pokażą, że na komendę potrafią zawrócić w lewo lub prawo, ciągle pozostając w szyku. Kiedy w końcu zezwolono im na loty, byli prowadzeni za rączkę, jak nowicjusze.

Po późniejszej decyzji zostali rozrzuceni po różnych brytyjskich eskadrach, aby mogli przysposobić się do pracy. Ku zaskoczeniu wysokich rangą osób w RAF, Polacy szybko się tam wpasowali. Udowodnili, że są znakomitymi pilotami, zdyscyplinowanymi w powietrzu, że nie latają na łeb, na szyję, stali się popularni wśród swoich brytyjskich kolegów. Większość eskadr była zadowolona, że mają ich w ekipie.

Jednak niespodziewanie nastąpił dziwny zwrot w oficjalnej polityce. Snobistyczny generał lotnictwa Hugh Dowding stwierdził, że ich mieszany angielski sprawia, że uczestnictwo w eskadrach brytyjskich niesie ze sobą zbyt wiele ryzyka operacyjnego. Zamiast tego miały zostać utworzone w pełni polskie eskadry.

Rezultat był taki, że gdy Bitwa o Anglię wzmagała się pod koniec sierpnia 1940 roku, niebo nad południową Anglią stawało się coraz ciemniejsze od floty samolotów niemieckich. 142 polskich pilotów było na wezwanie - 66 w dwóch specjalnych eskadrach, a reszta rozrzucona po innych – aby wesprzeć będące pod presją siły Wielkiej Brytanii złożone ze Spitfire'ów i Hurricane'ów.

A zacznijmy od tego, że polskie eskadry były trzymane, co było irytujące, w rezerwie.
Jan Zumbach
Jan Zumbach (ps. Kaczor Donald, Johan), Spitfire Mk.Vb RF-D EN951
[pozwoliłem sobie na zmianę opisu, który już pokazuje co znajduje się na zdjęciu - przyp. Tł.]

Wreszcie, w dniu 31 sierpnia, skierowano ich do walki z siłami wroga, które groziły przerośnięciem możliwości obronnych Wielkiej Brytanii.

Siły Tych Nielicznych – z pamiętnego zdania Churchilla o dzielnych dywizjonach RAF – były uszczuplane pod stałym naporem niemieckich samolotów. Potrzebowali pomocy.

Wreszcie mogli rozwinąć skrzydła, sześć Hurricane'ów z Dywizjonu 303 – im. Kościuszki, na cześć generała - wystartowało z lotniska Northolt na obrzeżach Londynu i od razu zestrzeliło cztery Messerschmitty wroga.

To był dopiero początek.

Strącili kolejne sześć w dniu 5 września i jeszcze sześć następnego dnia. 7 września - dzień, kiedy Luftwaffe po raz pierwszy wysyłało setki bombowców w kierunku Londynu - ustrzelili 14, rekord pośród wszystkich eskadr, w ciągu jednego dnia.

Churchill przesłał serdeczne gratulacje, ale nadal niektóre grube ryby z RAF wciąż pokpiwały, podejrzewając, że nadpobudliwi Polacy wyolbrzymiali ilość strąceń.

Wysłano pułkownika, by miał ich na oku podczas kolejnego wylotu. Wrócił będąc świadkiem zniszczenia 14 samolotów w bitwie powietrznej. "To, co twierdzili faktycznie miało miejsce", napisał w raporcie.

W kolejnych tygodniach Polacy aż nadto potwierdzili swoją wartość. W niektóre dni mocno obciążony RAF mógł zebrać zaledwie dwa tuziny myśliwców przeciwko 400 samolotom niemieckim. Aż jedna czwarta była pilotowana przez Polaków. Pod koniec miesiąca w zestawieniu dywizjonu 303 zostało potwierdzonych 100 zestrzeleń.

Tymczasem inni Polacy uzupełniali niedobory w różnych eskadrach.

To, w czym byli wyjątkowo biegli, była współczesna wersja staromodnej szarży, jednej ze specjalności ich sławnych ułańskich przodków.

Nurkowali w dół w ciasnych formacjach na bombowce Luftwaffe i ich eskorty myśliwców, lecąc z hukiem kursem kolizyjnym. Ze względnym spokojem wstrzymywali się z otwarciem ognia aż do ostatniej chwili - poniżej dystansu 150 jardów (~137 m), przy którym to Brytyjczycy instruowani byli strzelać.

Powodowali panikę wśród wroga, który rozpraszał się na pojedyncze cele, dając możliwość, by były następnie niszczone jeden po drugim lub też wracały do bazy z podkulonym ogonem. Gdy brakowało już amunicji, Polacy wykorzystywali swoje umiejętności akrobacyjne do rozbicia samolotu wroga o ziemię.

Sami także ponosili straty w walkach, co było oczywiste, ale ilość ofiar po ich stronie była zdecydowanie niższa. Jeden brytyjski pilot ginął na każde zestrzelenie 4,9 wrogich samolotów. Polakom udało się ich strącić aż 10,5 na każdego straconego pilota.

W książce "Zapomniane Dywizjony, hołd dla polskich sił powietrznych" historyk Adam Zamoyski przypisuje to "znakomitej taktyce oraz lepszemu zgraniu zespołu - ostatniej rzeczy, jakiej szefostwo RAF się po nich spodziewało".

Dlaczego Polacy mieli przewagę?

Na początek, z reguły byli starsi - średnio w wieku 24 lat, w porównaniu do 20 u brytyjskich pilotów. Ich zrozumienie i umiejętności obsługi samolotu były również wyjątkowe, ponieważ pilotowania nauczyli się w Polsce na bardziej prymitywnych jednostkach. Wiedzieli, jak wykorzystać dodatkową szybkość i zwrotność, którą dawały im Hurricane'y.

Ale przede wszystkim, jak twierdzą eksperci lotnictwa, dlatego, że byli niezwykle czujni w swoich kokpitach.

Ich kolegów z RAF szkolono polegać na instrumentach i radiu z pełnym zaufaniem. Ale Polacy woleli używać swoich oczu i nieustannie rozglądali się w każdym kierunku, a następnie reagowali instynktownie.

Mieli się ciągle na baczności, widzieli dalej, działali szybciej. Wszystko to czyniło ich panami na niebie. Natrafiali jednak na jeden specyficzny problem.

Jeśli zostali zestrzeleni, ich trudności językowe mogły sprawiać, że zostali myleni z Niemcami, gdy osmoleni płomieniami i brudni opadali na spadochronach na ziemię. W ich stronę kierowano widły i strzelby, lincz był bardzo prawdopodobny. Jedna osoba nauczyła się mówić "eff off, old chap" (tł. spadaj staruszku) z nieskazitelnym angielskim akcentem, by pozwolić na identyfikację.

Lecz kiedy ustalano już ich narodowość, byli traktowani jak królowie. Jeden z nich wylądował przy ekskluzywnym klubie tenisowym i był zdumiony, że zaproszono go tam wtedy na mecz deblowy.

Inny rosły osobnik z Dywizjonu 303 twierdził, że został znaleziony przez kobietę, której mąż był daleko w armii, i że trzymała go w domu przez dwa dni, nim pozwoliła mu na powrót do Northolt. Wyczerpanego, lecz z szerokim uśmiechem na twarzy.

Polacy walczyli przez wrzesień i październik wraz z ich brytyjskimi kolegami, aż straty niemieckie osiągnęły punkt, po którym dali oni za wygraną i odeszli.

Bitwa o Anglię była zakończona.

Gdy skończono szacunki było jasne, jak dużo wnieśli w zwycięstwo.

Ogólnie rzecz biorąc, stanowili istotne 5 procent pilotów, którzy bronili tych brzegów w krytycznym okresie i zestrzelili przy nich 200 samolotów wroga - 7,5 procenta ogółu.

Sir Archibald Sinclair, minister lotnictwa, rozpływał się w zachwytach. "Nasz niedobór wyszkolonych pilotów mógłby uniemożliwić pełne obsadzenie eskadr, które były wymagane do pokonania niemieckiego lotnictwa, gdyby ci dzielni polscy lotnicy nie wskoczyli na arenę", pisał. Nawet generał lotnictwa Hugh Dowding przyznał, że wynik byłby zupełnie inny, gdyby nie ich waleczność.

Po wygraniu bitwy o Anglię Polacy nadal latali dla ich adoptowanej ojczyzny, do końca wojny - w bombowcach nad Niemcy, przeciwko okrętom podwodnym, w myśliwcach zabezpieczając operacje lądowe oraz przeciw "latającym bombom". Przeprowadzili ponad 100 000 lotów bojowych. Prawie 2000 z nich straciło życie, a 1400 zostało rannych.

I wtedy nadszedł straszny cios w plecy.

W 1945 roku, gdy wojna zmierzała do końca, Wielka Brytania musiała pogodzić się z przejęciem wyzwolonej Polski przez Armię Czerwoną i że Polska stanie się częścią bloku wschodniego Stalina, zmieniając jedną dyktaturę na inną.

Polacy, którzy walczyli dzielnie w nadziei, że pewnego dnia wrócą do ojczyzny, znaleźli się na złej stronie.

Zostali wyniszczeni, zwłaszcza gdy nadchodzący rząd Partii Pracy, z obawy przed wzburzeniem Stalina, zakazał polskim jednostkom udziału w oficjalnej paradzie zwycięstwa żołnierzy alianckich ulicami Londynu – miasta, w którego obronie walczyli.

Jeden samotny pilot stał na chodniku w tłumie, rozpaczając.

Historyk Zamoyski pisze, że koniec wojny sprawił, że nonsensem były piękne słowa i iluzje wywołane by pomóc w wygraniu wojny i napełniono tych, którzy w niej walczyli, mieszanymi uczuciami.

"Od bycia niezastąpionymi, stali się nagle zbędni. Ryzyko, jakie ponieśli, i poświęcenie, jakiego się dopuścili, nigdy nie zostało w pełni zrozumiane, nie mówiąc już o docenieniu".

Co gorsza, kiedy wcześniej Polacy byli bohaterami, teraz stali się wyrzutkami.

Społeczeństwo brytyjskie - chętne do wspierania powojennego porozumienia pokojowego w Europie i jeszcze nieświadome okropności, jakie stalinizm stwarzał - zwróciło się przeciwko tysiącom ludzi, którzy zdecydowali się pozostać, zamiast wracać do domu, gdzie żyliby pod rządami komunistów.

Posłowie partii narzekali na koszty osiedlenia ich tutaj, w Wielkiej Brytanii. Związki zawodowe, zwłaszcza górników i robotników rolnych, zmówiły się przeciwko nim z powodu zabierania "brytyjskich" miejsc pracy, mimo niedoboru siły roboczej. "Polacy, wracajcie do domu" i "Anglia dla Anglików" było wymalowywane na ścianach w pobliżu baz polskiego lotnictwa. Ponad połowa pytanych w sondażu stwierdziła, że chce, by Polaków deportowano.

Skoro te słowa powtarzane są tutaj, w Wielkiej Brytanii w 2016 roku – w przybliżeniu do 850 000 Polaków tu mieszkających - to jest to karygodne, tak samo jak to było takie wtedy.

Coś na kształt pomnika, co jest sugerowane przez lorda Ashcrofta i Tebbita, może być przypomnieniem, że choć Brytania głosowała, aby wyjść z dusznego biurokratycznego bagna jakim jest Unia Europejska, to nie oznacza odwracania się plecami do przyjaciół, którzy stali przy nas w tym, co było nie tylko naszą godziną chwały, ale także ich.
10

Oglądany: 124197x | Komentarzy: 54 | Okejek: 628 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

24.01

23.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało