Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

4 potężne katastrofy, które mogą wydarzyć się w każdej chwili

225 757  
682   101  
Życie na tykającej bombie zegarowej ma w sobie coś ekscytującego. W jednej chwili wracasz sobie spokojnie z pracy, a za moment widzisz w lusterku, jak jadące za tobą samochody znikają pod ziemią. Wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa. A zagrożenie jest całkiem realne, ponieważ...

#1. Skażenie chemiczne może zabić całe życie w Bałtyku


Dawno temu Kazik śpiewał, że Bałtyk śmierdzi ropą naftową. Być może robił to dlatego, że te 30 lat temu Bałtyk faktycznie śmierdział ropą naftową, albo dlatego, że w czasach, gdy Kazik kręcił klipy nad Bałtykiem, polskie morze nie śmierdziało jeszcze musztardą od wydobywającego się z leżących na dnie Bałtyku beczek z gazem musztardowym.

Choć wiele osób mogłoby go pomylić z największą zupą rybno-wodorostową świata, to Bałtyk jest także – według działającej przy ONZ Agendy ds. Mórz i Oceanów – jednym z najbardziej zagrożonych środowiskowo akwenów morskich na świecie. To tykająca bomba zegarowa, która po wybuchu zamieni Bałtyk w popłuczyny po największej zupie rybno-wodorostowej na świecie, zupie, której nikt nigdy już nie tknie.

I zatęsknicie nawet za tymi jebanymi parawanami.

Na dnie naszego morza spoczywają beczki z tysiącami ton śmiercionośnej broni chemicznej, która została tam wyrzucona w wyniku pięknej i długiej tradycji srania na nasz kraj. Rosjanie, Niemcy i Amerykanie potrzebowali po II wojnie światowej szybko pozbyć się nadwyżek iperytu (gazu musztardowego), cyklonu B, sarinu, luizytu i innych duszących, paraliżujących i parzących substancji chemicznych, którymi nie zdążyli obsrać różnych zakątków Polski, więc wyrzucili po prostu szkodliwe chemikalia do wody.

„Tam i tak gówno pływa”, Frankiln D. Roosevelt podczas konferencji w Jałcie.

Jednak 70 lat minęło jak jeden sen i beczki zaczęły się w końcu rozszczelniać. Bałtyk, mimo że zasolony tak słabo, że można by zarobić po ryju, gdyby faktycznie był zupą, to jednak znalazł sposób na otwarcie beczek. Wierzcie, że emocje podczas oglądania „Idź na całość!” są niczym w porównaniu z otwieraniem beczek z iperytem. Nie ma samochodu, nie ma malaksera, nie ma nawet kota – jest tylko iperyt i śmierć przez zaduszenie.

Specjaliści twierdzą, że wyciek toksycznych substancji nie jest już nawet kwestią „czy”, tylko „kiedy”. Choć uczciwiej byłoby napisać, że tak było parę lat temu. Dziś bardziej interesuje ich chyba odpowiedź na pytanie „Dokąd?” (uciekać). Skorodowane beczki znajdują się bowiem w najlepszym razie na głębokości kilkuset metrów, ale są obszary, jak w okolicy Darłowa czy Kołobrzegu, gdzie beczki leżą na głębokości nieprzekraczającej stu metrów. Najgorzej jest chyba w Dziwnowie, gdzie leżące 10 metrów pod powierzchnią wody beczki można w zasadzie podziwiać z bliska.

Dziwnów – polski raj dla płetwonurków.

Choć niewiele się o nim mówi, to problem bardzo dobrze znają polscy rybacy. Można powiedzieć, że przekonali się o jego istnieniu na własnej skórze. Fragmenty beczek zaplątują się często w sieci rybackie, a uwalniające się chemikalia powodują u rybaków ciężkie poparzenia. Ale nie tylko rybacy powinni obawiać się zawartości beczek. Ryby żyjące przy dnie, na obszarach, na których znajdują się chemikalia, są coraz częściej skażone szkodliwymi substancjami. Choć pokusa zjedzenia marynowanej w musztardzie flądry z trzydniowego tłuszczu może być dla niektórych nie do powstrzymania, to specjaliści coraz częściej odradzają taki posiłek.

Także coraz częściej morze będzie wyrzucać na brzeg skrystalizowane fragmenty wyciekających substancji, które do złudzenia mogą przypominać choćby bursztyn – znany lek na kaca. Każdy, kto po całonocnym melanżu obudził się na plaży w Sopocie z głową piasku, wie jak zbawiennie wpływa na organizm lizanie bursztynu.

Na szczęście skrystalizowaną broń chemiczną można poznać po tym, że to w niej, a nie w bursztynie może zatopić się owad, tworząc inkluzję.

Koszt wydobycia i utylizacji beczek byłby ogromny, dlatego prace nad oczyszczeniem Bałtyku posuwają się wolno. Czas jednak ucieka, a beczki stają się z każdym dniem coraz bardziej niestabilne i niebezpieczne. Nadzieja w tym, że inne kraje nadbałtyckie – bo ten problem dotyczy również ich – oraz międzynarodowe organizacje połączą siły, by usunąć śmiertelnie niebezpieczną broń z dna Bałtyku.

#2. Pęknięta rura może odciąć miliony nowojorczyków od dostępu do wody pitnej


Podczas gdy amerykańskie Południe od Kalifornii po Teksas zmaga się właśnie z trwającą od miesięcy lub – jak w przypadku Kalifornii – lat suszą, Nowy Jork od co najmniej kilku dekad marnuje ponad 100 milionów litrów wody dziennie.

Tyle sojowego latte do wypicia, a tak mało czasu.

Wodociąg Delaware to główne źródło wody pitnej mieszkańców Nowego Jorku, które dostarcza miastu ponad 3 miliardy litrów wody dziennie, zaopatrując w nią, w zależności od dnia, 50%–80% mieszkańców najludniejszego miasta Stanów Zjednoczonych. Problem w tym, że ta licząca niemal 140 kilometrów betonowa rura w wielu miejscach przecieka i nie dość, że powoduje ogromne straty wody, to jej pogarszający się stan zagraża dalszemu funkcjonowaniu miasta i jego mieszkańców.

Jak mówi Kevin Bone, profesor szkoły Cooper Union, inżynier i znawca systemu wodociągowego Nowego Jorku, system wodociągowy miasta to największa, najdroższa, trwająca nieprzerwanie od ponad 170 lat inwestycja w Nowym Jorku, na którą składa się prawie 10 tysięcy kilometrów rur, kanałów i podziemnych akweduktów doprowadzających do Nowego Jorku wodę z 19 zbiorników wodnych znajdujących się na północ od miasta. Wisienkę na tym torcie stanowi zaś właśnie Wodociąg Delaware.

Wisienka jest o tyle cenna, że bez niej cały tort może zupełnie stracić smak.

A teraz niech zdjęcie pysznego tortu wynagrodzi wyciągniętą z dupy analogię.

Problem przeciekającej rury w Nowym Jorku znany jest co najmniej od lat 80., ale dopiero w 2014 roku przystąpiono do prac naprawczych. Jeśli oglądaliście trzecią część „Szklanej pułapki”, to wiecie, jak trudno jest cokolwiek zrobić w szerokim tunelu, którym płynie masa rwącej wody. Jak nie, to zapytajcie swoją dziewczynę. Nie mówiąc już o dokładnym zbadaniu ścian i zlokalizowaniu miejsca przecieku. Dlatego w 2003 roku, we współpracy z Woods Hole Oceanographic Institution, skonstruowano i wysłano do wodociągu podwodnego robota, który zrobił 160 tysięcy zdjęć dokumentujących skalę uszkodzeń.

Okazało się, że największe ubytki znajdują się w miejscu, w którym tunel przebiega przez wchłaniające wilgoć skały wapienne. Ponadto odcinek ten został najprawdopodobniej niedostatecznie zabezpieczony ze względu na ówczesne priorytety. Budowa wodociągu zbiegła się bowiem w czasie z II wojną światową, a że samolotów nie buduje się z trawy i kamieni, to nawet zawierający stal stanik trzeba oddać pod budowę lotniskowca.

Ku chwale ojczyzny.

Co ma wisieć, nie utonie, tym bardziej w miejscu, w którym nie będzie wody. Jeśli doszłoby do najgorszego, to wodociąg mógłby się całkowicie zawalić pozbawiając połowę Nowego Jorku dostępu do wody, której zgodnie z raportem z 2001 roku miastu wystarczyłoby w takiej sytuacji na zaledwie 80 dni. Dlatego po zebraniu zdjęć opracowano plan naprawczy. Operacja wyceniana na 1,5 miliarda dolarów zakłada zbudowanie ok. 4-kilometrowego obejścia i zaplombowanie najbardziej uszkodzonego odcinka oraz przeprowadzenie miejscowych napraw tam, gdzie tylko będzie to możliwe. Wszystko na głębokości kilkuset metrów pod ziemią. Prace ruszyły w 2014 roku, a ich zakończenie zaplanowano na rok 2023. Olbrzymie przedsięwzięcie zakłada także zwiększenie przepustowości innych źródeł wody, tak by w krytycznej fazie realizacji projektu można było całkowicie odciąć dopływ wody z Delaware i móc przeprowadzić prace renowacyjne. Wyścig z czasem trwa.

#3. Trzęsienie ziemi może doprowadzić do jednej z największych katastrof naturalnych w historii Stanów Zjednoczonych


Życie w Kalifornii to trochę jak ciągły bieg po skąpanej plaży słońcem w garniturze od Armaniego na nosorożcu. Niby ciepło, niby stylowo, niby dupeczki wokoło, niby sielanka, ale jednak trzeba ciągle uważać. Jeszcze ta susza, nasterydowany kulturysta z niemieckim akcentem jako twój władca, a do tego sąsiedztwo celebrytów i największych gangusów w Stanach. Prawdziwy emocjonalny rollercoaster. I jak na złość prawdopodobieństwo upadku z nosorożca graniczy z pewnością. Pewne jest także, że będzie to bolesny upadek. I warto tu odnotować, że nawet w obliczu wielkiej katastrofy te cholerne ratowniczki i tak będą zbyt zajęte pilnowaniem wody na brzegu.

Tak, do ciebie mówię. Ruszaj dupę, bo tam ludzie umierają.

Kalifornijczycy mają pecha, ponieważ mieszkają w jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów świata. I źle, i dobrze. Dobrze, bo trzęsienia ziemi są dla Kalifornijczyków tym samym, czym dla Polaków kolejne rządy. Jak mawiał niezapomniany Mitch Buchannon: „Nie zwracam uwagi na nic poniżej sześciu stopni w skali Richtera”.

Polacy mówią: „Nie zwracamy uwagi na nic poniżej skradzionych sześciu miliardów”.

Gorzej, że w ciągu najbliższych kilku dekad Kalifornię najprawdopodobniej nawiedzi najbardziej niszczące trzęsienie ziemi w jej historii. Trzęsienie, którego nie sposób dokładnie przewidzieć.

Trzeba wiedzieć, że Kalifornia leży na styku dwóch wielkich płyt tektonicznych – pacyficznej i północnoamerykańskiej – które poruszają się w przeciwnych kierunkach. Do niedawna sądzono, że największe zagrożenie stanowi słynny uskok San Andreas, jednak wyniki badań opublikowanych w październiku 2016 wydają się wskazywać, że uskoki Haywarda i Rogers Creek są równie dużym powodem do zmartwień. I to jest doskonały powód do nakręcenia drugiej części „San Andreas”.

„San Adreas: Hayward i Rogers Creek”.

Grupa geologów z amerykańskiej agencji naukowo-badawczej United States Geological Survey pod wodzą Jane Watt odkryła, że leżące równolegle do San Andreas Hayward i Rogers Creek połączyły się pod mulistymi wodami zatoki San Francisco, tworząc jeden uskok o długości 190 kilometrów. Jest to o tyle istotne i niepokojące, że wzdłuż połączonych uskoków mieszka 2,4 miliona ludzi, natomiast na całym obszarze, który znajduje się pod ewentualnym wpływem Hayward i Rogers Creek – 7,5 miliona. Jak gdyby tego było mało, to na terenie, przez który biegną oba uskoki, znajduje się także najważniejsza infrastruktura regionu, w tym węzły komunikacyjne, gazociągi, wodociągi i linie wysokiego napięcia. Badacze szacują, że prawdopodobieństwo wystąpienia trzęsienia ziemi o sile 7,4 stopni w skali Richtera w ciągu następnych 3 dekad w tym regionie wynosi 32% i prawdopodobnie będzie rosnąć każdego roku.

Jak wyliczyli badacze, duże trzęsienie ziemi na uskoku Haywarda występuje co 140 lat. Ostatnie silne trzęsienie ziemi (6,7 – 7 stopni) w tym regionie przypada na rok 1868, co oznacza, że nowe trzęsienie spóźnia się już 8 lat. I choć nie ma fizycznej możliwości, by spodziewać się takich widoków jak w hicie z „The Rockiem”, to straty spowodowane nadciągającym trzęsieniem będą prawdopodobnie szacowane w miliardach dolarów, a ofiary śmiertelne – w tysiącach osób.

Fizycznej możliwości nie ma, ale od czego jest Internet.

#4. Wielkie tsunami może zaorać Hawaje


Raje na ziemi są fajne do czasu, aż lawa wulkaniczna lub rekin-ludojad nie wpłyną do basenu, w którym człowiek się akurat kąpie, lub jakiemuś lokalnemu watażce nie przyśni się, że jest posłańcem bogów, którzy zesłali go światu z myślą, by tym światem w ich imieniu rządzić. Na szczęście na Hawajach nie grozi nam póki co żaden opętany żądzą mordu dyktator. Na nieszczęście – grozi nam wszystko inne.

Serio. Zupełnie jakby Bóg postanowił uczynić z Hawajów swój wakacyjny kurort.

Gdy w 2011 roku niszczycielskie tsunami, wywołane potężnym trzęsieniem ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera, nawiedziło region Tohoku w Japonii, naukowcy z Uniwersytetu Hawajskiego w Manoa uzmysłowili sobie, że to, co wcześniej myśleli o trzęsieniach ziemi i tsunami, należy poddać weryfikacji zanim niewielki archipelag na środku Pacyfiku zostanie nawiedzony przez potężny kataklizm. Do tej pory wydawało im się, że tak silne trzęsienia ziemi, będące w stanie wywołać fale, na których można by dopłynąć na desce surfingowej z Japonii do Kalifornii, nie są w zasadzie możliwe. Tak przynajmniej pokazywały modele komputerowe. Najwyraźniej jednak nikt nie wziął pod uwagę, że leciwa mateczka Ziemia potrafi nas jeszcze czymś zaskoczyć.

„Zatkało kakało?!”

Jak twierdzą specjaliści, trzęsienie ziemi, którego skutki boleśnie odczuła Japonia, pojawia się może raz na tysiąc lat. Najnowsze obliczenia pokazują jednak, że z 9-procentowym prawdopodobieństwem można założyć, że podobny kataklizm nawiedzi Hawaje w ciągu najbliższych 50 lat. I będzie to pierwsze tego typu zdarzenie w historii archipelagu na tak dużą skalę.

Wbrew pozorom prawdopodobieństwo nie jest duże, ale dla zachowania dramatyzmu załóżmy, że jest. Śmierć nadejdzie z dalekiej północy, czyli oddalonych o tysiące kilometrów od Hawajów Wysp Aleuckich leżących w pobliżu Alaski, w miejscu, w którym ścierają się dwie wielkie płyty tektoniczne. Jeszcze do niedawna nie podejrzewano nawet, że w tamtym regionie znajduje się cokolwiek zdolnego wytworzyć tak wielkie zagrożenie. Jednak wyniki najnowszych badań pokazują coś zupełnie innego. W 2014 roku geologowie poinformowali o tym, że dziura, którą kilka lat wcześniej odkryli na wyspie Kaua’i, zawiera masę morskich pozostałości w postaci muszli, fragmentów koralowca czy piasku z dna oceanu. Badacze sądzą, że pozostałości musiały zostać przyniesione wraz z falą ok. 500 lat wcześniej.

I wtedy zdali sobie sprawę, że całej tej masy nie mogli przynieść – na sto metrów w głąb lądu – zabłąkani turyści.

„Ej, chodźcie, pokażę wam zajefajne beczki. W jednej są nawet cukierki!”

Badacze ocenili, że wysokość fali, która naniosła oceaniczne śmieci, musiała wynosić ok. 10 metrów, co oznacza, że była trzykrotnie wyższa od największego tsunami, jakie dotychczas – w 1946 roku – nawiedziło Hawaje. Odkrycie to, razem z wynikiem obliczeń, skłoniło władze Hawajów do uaktualnienia planów ewakuacji ludności. Specjaliści oceniają, że w przypadku uderzenia wielkiego tsunami zagrożonych będzie 300 tysięcy osób, a straty materialne mogą sięgnąć 40 miliardów dolarów, co wcale nie oznacza, że firmy ubezpieczeniowe na Hawajach zaczną nagle podnosić z tego powodu składki.

Za pomoc w napisaniu tekstu autor chciałby podziękować Bogu (który zdradził autorowi trochę swoich planów na przyszłość podczas wakacji na Hawajach), Stevenowi Spielbergowi oraz wszystkim osobom, które na fanpejdżu autora na Facebooku podsunęły autorowi właściwy trop poszukiwań.

Źródła:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 8
32

Oglądany: 225757x | Komentarzy: 101 | Okejek: 682 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało