Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

O pochodzeniu kilku starych (ale ciągle popularnych) przekleństw

111 928  
347   59  
Język polski ma szalenie bogaty zasób słów, a mimo to większość używanych przez nas przekleństw opiera się właściwie na trzech podstawowych wyrazach poddanych lekkim modyfikacjom. A przecież jest drastyczna różnica pomiędzy takim na przykład „O, ty chuju!”, a „Ty lilio w kibici złamana!”.


Zdaje się, że w kwiecistym rzucaniu mięsem specjalizowali się nasi dostojni pradziadowie, bo w języku potocznym w dalszym ciągu funkcjonują ładne, porośnięte nieco kurzem, inwektywy.

Niech cię licho porwie!

Kiedyś tak na mnie krzyczała babcia, gdy będąc małym, smarkatym kurwiem notorycznie tratowałem jej grządki na działce. Jakby tak nieco szerzej okiem spojrzeć, to okaże się, że w języku polskim licho w ogóle ma się całkiem dobrze. Do licha. Licho nie śpi. Pal licho. Licho wie...


Licho to nic innego jak słowiański demon, który jakimś cudem się uchował i dziś, w XXI wieku, nadal jest na ustach wielu potomków dzielnych wojów. Ta upiorna siła nieczysta bardzo rzadko ukazywała się ludziom, ale gdy już to robiła, to najczęściej przybierała postać wychudzonej staruchy z jednym okiem.
Licho nie odpuszczało – gdy już się do kogoś przyczepiło, to nieszczęsna ofiara musiała znosić jej „psoty”. A należało do nich podpalanie domów, zsyłanie zarazy czy przepiłowywanie szczebelków w drabinie. Sukinkota nie dało się też w absolutnie żaden sposób pozbyć. Trzeba więc było dzielnie wytrzymywać obecność tego gościa, tak długo, aż znudzony natręt sam sobie poszedł.

Do diaska!

A kimże był diasek? Oczywiście diabłem – to jedna z wielu nazw, którymi Rogatego zwykło się przezywać. Z czasem jednak to staropolskie słowo nabrało charakteru eufemizmu. Najwyraźniej klasyczne przekleństwo „Do diabła!” boleśnie haratało uszy naszych co bardziej bogobojnych praszczurów, skoro zdecydowali się sięgnąć po znacznie poczciwszego diaska.


Cholera!

Co ma wspólnego epidemiologiczna choroba z przekleństwem? Okazuje się, że prawie nic. Krzycząc „Cholera, kto zajebał mi wrotki?” nie odwołujemy się bowiem do ostrej, przewlekłej infekcji układu pokarmowego, ale do greckiego wyrazu „chole”, czyli żółci. Według Hipokratesa, gdy w czyimś organizmie dominującą rolę odgrywa wątroba, czyli narząd produkujący tę wydzielinę, to taka osoba ma silny temperament, łatwo wpada w gniew i bywa agresywna. Stąd też nazwa - „choleryk”, czyli ktoś, kto niemalże pluje żółcią.


„Cholera” stała się określeniem choroby z jednego powodu – w jej wyniku dochodzi do silnego podrażnienia woreczka żółciowego, a sam wyraz zaczął być stosowany jako obelżywość dopiero w XVIII wieku.

A niech to dunder świśnie!

Nad pochodzeniem słowa „dunder” trwają spory naszych rodzimych językoznawców. Najbardziej prawdopodobne jest, że "dunder" to imigrant z Niemiec, który w XV wieku nawiedził polskie ziemie i wyjątkowo przypadł nam do gustu. W języku niemieckim „donner” to nic innego jak piorun. Podobno jednak u nas wyraz ten szybko stał się kolejnym słowem, którym zwykło się określać diabła.


Istnieje jednak teoria, która mówi, że „dunder” to wcale nie dar naszych germańskich sąsiadów, a towar zamorski przytargany do nas przez duńskich marynarzy, którzy na grzmoty piorunów mówili "donder". Wiele przecież słów wywodzących się z tego języka wylazło z portowych spelun i trafiło do oficjalnych słowników polszczyzny (np. dryf, kaper, bom czy maszt).

Niech cię szlag trafi!

Szlag? Chyba szlak? Ale czemu jakaś tam oznakowana dróżka miałaby w kogoś uderzać?
Oczywiście „szlag” to wyraz niemiecki, który z jakiegoś powodu uwił sobie gniazdko w jednym z najbardziej pospolitych polskich złorzeczeń. „Schlag” to po prostu uderzenie.


Jeśli więc chcesz zadbać o czystość naszego pięknego języka, lepiej powiedz „Niech mnie kule biją!”.

Ty Chamie!

Jak wszyscy wiemy, „cham” to bezkompromisowe określenie prostackiego, nieokrzesanego buraka o małym rozumku. Tym razem rodowodu tego słowa nie należy szukać w mowie naszych przodków, ale na kartach Pisma Świętego.
Cham był jednym z trzech synów Noego, który został przez swego ojczulka przeklęty. Czemu? Cóż, to dość dziwaczna historia. Pewnego razu Noe nawalił się niczym szpadel i zasnął nago w swoim namiocie. Cham przypadkiem do namiotu zajrzał i zobaczył swojego ubzdryngolonego zgreda z fujarką na wierzchu. Poleciał więc podzielić się tą nowiną ze swoimi braćmi. Ci polecieli po płaszcz, weszli do namiotu tyłem (żeby oszczędzić sobie widoku nagiego staruszka) i nakryli pijaczynę. Kiedy Noe wytrzeźwiał, z jakiegoś powodu wściekł się na biednego Chama.


Według niektórych znawców Pisma Świętego mogło dojść do dwóch rzeczy – w czasie, gdy Noe leżał powalony wińskiem, jego niepokorny syn zbałamucił własną matkę. Tymczasem niektórzy rabini twierdzą wręcz, że Cham przeleciał swego ojca! A za takie czyny należy się największa z pogard. Ostrożnie więc z tym zwrotem - być może nazywając kogoś „chamem” sugerujemy, że ten ktoś chędoży własnych rodzicieli…

Jak się klnie po katolicku?

Oglądany: 111928x | Komentarzy: 59 | Okejek: 347 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.11

16.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało