Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Z życia kierownika rozpieprzu II

136 587  
650   46  
Aleister pisze: Mój poprzedni wrzut spotkał się z nieco większym uznaniem niż się spodziewałem, a dyskusja pod nim zasugerowała mi co jeszcze mogę pisać na rozbiórkowie (nowy tekst jest właśnie dla takich dwóch co komentowali, z podziękowaniem za spieprzoną sobotę, którą straciłem, by go napisać).


Od razu mówię - wincej się nie da, bo się robi nudne. A jak się zapędzam i wchodzę w szczegóły, to potem sam wywalam pół tekstu, bo go nie przeczytam bez ziewania.
Częściej też nie, bo praca w takim zawodzie charakteryzuje się "nielimitowanym czasem pracy", co najczęściej tłumaczy się jako "możesz wziąć tyle nadgodzin, ile chcesz". A do tego nie można mieć wszystkiego. Jak już znalazłem porządną firmę, dla której mogę pracować, to muszę dojeżdżać 100 km w jedną stronę.

Ale coś jeszcze mogę wam opowiedzieć. Niektóre historie znam z drugiej ręki - zaczynają się od gwiazdki.

* * * * *

Niegdyś rozbierałem chłodnię kominową - stalową. Czyli taki szeroki komin ze stalową konstrukcją, obłożoną płytami PCV czy co tam akurat używali. Najpierw rozbierałem 20-metrową i widziałem, jak po przecięciu korony koparką chłodnia "otworzyła się". Dokładniej górny pierścień konstrukcji rozłożył się na zewnątrz. Gdy rozbierałem podobną chłodnię 40-metrową, nie dysponowałem aż tak dużą koparką. Górny pierścień musiał być przepalony palnikiem, a potem kolejne fragmenty konstrukcji musiały być odpalane i zdejmowane dźwigiem. Bałem się, że otwierająca się konstrukcja uderzy w kosz zwyżki, na której będzie stał palacz, dlatego wymyśliłem sobie, że powiesimy kosz na dźwigu i tak zaplanujemy palenie, by kończył je będąc "wewnątrz pierścienia". Nawet jakby otworzyła się wcześniej, kosz na dźwigu zostałby po prostu odepchnięty.
Niestety okazało się, że ze względu na bardzo głośny wypadek z koszem każda taka robota musi mieć zgodę UDT. A miłościwie panujący urzędnik nie miał ochoty jej wydać. Najpierw sprawdzał wszystkie papiery dźwigowym (były w porządku), potem żądał szczegółowego rozpisania co, jak i w jakiej kolejności, potem zażądał zaświadczenia od straży pożarnej, że jak się dźwig zepsuje i człowiek utknie w koszu, to przyjadą ratować (komendant się uśmiał, ale wystawił), ostatecznie powiedział, że i tak zgody nie wyda. Bo nie.

Ostatecznie spawacz podjechał zwyżką, wszedł na konstrukcję, którą przepalał, operator zwyżki odjechał trochę na bok, a spawacz położył się na pomoście, przypiął do konstrukcji i ją przepalił.
Że to niby bardziej niebezpieczne? Ważne, że zgodne z przepisami BHP. No i cała odpowiedzialność spadała na mnie, a nie na pana z UDT.

* * * * *


Inspektorzy nadzoru mało kiedy znają się na mojej robocie. A bardzo często zwyczajnie się boją. Osobiście wolę tę drugą opcję, ale też potrafi być dokuczliwa.
Inspektor E. bał się wszystkiego. *Do firmowej legendy przeszła opowieść, jak przy poprzedniej robocie, w której na nas trafił, długo i skutecznie zaniżał morale naszej załogi wieszcząc katastrofy, powodzie, wyłączenie prądu na pół Śląska i generalnie Apokalipsę wg PINB. A ponieważ była to bardzo spektakularna robota z użyciem materiałów wybuchowych, poddenerwowani byli wszyscy. Aż kolega w końcu znalazł na niego sposób. Po prostu krzyknął: "Panie inspektorze, telewizja przyjechała. Ktoś musi udzielić wywiadu". Inspektor zniknął i pojawił się dopiero po wszystkim.

Ja miałem gorzej. Moja robota nie była aż tak spektakularna i nie mogłem się zasłaniać telewizją. Dlatego by chronić go przed zawałem udzielałem informacji metodą ogólną
- Jak pan to zrobi?
- Powoli.
- Ale dokładniej to jak?
- Bezpiecznie.
- Ale w jaki sposób?
- Z góry na dół.

W ten sposób przetrwałem prawie całą robotę, aż pojawił się zgrzyt. Wcześniej ustalono, że jeden z słupów zostaje, bo będzie wykorzystany w ramach nowej konstrukcji. Aż tu na sam koniec E. przychodzi i mówi, że ten słup też ma zniknąć. Nieco się zagotowałem i może niepotrzebnie, ale rzuciłem:
- Panie inspektorze, teraz mi pan to mówi? Jak już wywiozłem dużą maszynę? (słup miał ok. 25 m). Teraz będę musiał zrobić to po partyzancku.
- To znaczy jak?
- Zapniemy linę u góry, podkujemy trochę dół i pociągniemy.
E. w tym momencie zmartwiał. Zdążył mi tylko ogólnie zakazać i uciekł.
Udało mi się go dopaść w jego gabinecie w piątek o 13. Zażądałem, by mi wpisał w dziennik co ja mam robić z tym słupem. Burzyć go czy nie. Przez dwie godziny pytał, czy na pewno to bezpieczne, obdzwonił projektanta, dyrektorów, prezesa i ostatecznie, już po 15, widząc, że go nie wypuszczę, póki nie zajmie stanowiska, wpisał w dziennik polecenie zburzenia słupa, a do tego stronę elaboratu na temat zasad BHP, których mam się trzymać.

W sobotę o godzinie dziewiątej nie mogłem sobie odmówić przyjemności: telefon do inspektora. Po chwili usłyszałem w słuchawce głos, w którym zaspanie walczyło o lepsze z przerażeniem:
- Tak?
- Panie inspektorze, leży.
- Co leży?
- Słup leży. Wszystko w porządku.
- Dzięki Bogu (tu słychać było jak kamień spadł mu z serca i to z taką siłą, że prawdopodobnie przebił się przez podłogę i spadł na nogi sąsiadowi piętro niżej). To u mnie masz pan już wszystkie grzechy odpuszczone.

Zastanawiałem się później, czy było eleganckie z mojej strony organizowanie mu tej pobudki i skoku ciśnienia. Z drugiej strony, gdyby podjął decyzję o 13 w piątek, to bym nie musiał w sobotę przychodzić do roboty.

* * * * *


*Kiedyś jedna z naszych koparek wjechała na zapomnianą przez Boga i ludzi piwnicę, a ta postanowiła o sobie przypomnieć zarywając się. Ponieważ była to tzw. "duża maszyna", czyli koparka z wysięgnikiem do rozbierania budowli o wysokości do 25 m, efekt był dosyć widowiskowy. Na szczęście nikomu się nic nie stało, niemniej jednak przygnało dziennikarkę. I trzeba trafu - wpadła od razu na kierownika budowy, którym był mój kolega charakteryzujący się niesamowitym umiłowaniem do głupot.
- Co tu się stało?
- Jak pani widzi, zeszło powietrze z gąsienicy i się maszyna gibła.
- A mogę rozmawiać z operatorem?
- Uciekł gdzieś. Chyba był pijany.
- A z kierownikiem?
- Kierownik pije od tygodnia.

Gdy jakiś czas później podjąłem pracę w tej firmie, na szatni wciąż latała gazeta opisująca to zdarzenie. Było tam sporo o pijanej załodze i kierowniku. Szef by się pewnie przejął, gdyby nie było też o tym, że koparka się gibła, bo powietrze z gąsienicy zeszło.

* * * * *


H. był kierownikiem starej daty. Ale takim klasycznym. Jak sam się przyznał, gdy przyjął się na kopalnię, to ta go wysłała na budowę ośrodka wczasowego w Sarbinowie. Tam bawił się jak Brogman w prosektorium, a pewnego dnia po prostu obudził się i zobaczył, że na stole leżą jego uprawnienia budowlane. Niestety taki styl życia mu pozostał i w mojej ówczesnej firmie już zrezygnowano z jego usług (zwłaszcza że potrafił wypaść zza kierownicy służbowej skody). Aczkolwiek zdarzały się przypadki szczególne - a tymi była praca na kopalni. Na kopalniach takie zwykłe uprawnienia budowlane nie są uznawane - muszą być zatwierdzenia wydane przez Okręgowy Urząd Górniczy. A H. jak na złość miał wszystkie.

Dlatego gdy przyszło mi rozbierać wieżę szybową na kopalni, oficjalnym kierownikiem budowy był H. Człowiek nie do upilnowania, od rana swoim oddechem oznajmiający światu, jak dobrze były nasłonecznione kartofliska w tym roku. Zdarzyło się, że kopalniany dyrektor od inwestycji zapraszał mnie na rozmowę, która przebiegała tak:
- Proszę pana, czy naprawdę nie macie kogoś innego?
- Pan H. jest doświadczonym wyburzeniowcem.
- On jest już stary.
- Ma ważne badania lekarskie.
- Ale ja go obserwowałem, on już czasem ma kłopoty z chodzeniem.
- Nie jest najmłodszy, ale jeszcze daje radę.

Udawanie, że nie rozumiem o co chodzi, było nawet zabawne. Choć być może tylko dlatego, że formalnie nie pełniłem żadnej funkcji i wyjątkowo nie odpowiadałem za nic.

Aż na budowę wpadł urząd górniczy. Kontrola przebiegała względnie spokojnie, aż napatoczył się H. I tradycyjnie zionął inspektorowi w twarz swoim płynnym śniadaniem. Na widok miny inspektora zamarliśmy. Ten jednak, ku naszemu zaskoczeniu, uśmiechnął się mówiąc: "O, widzę, że mamy tu budowlańca starej daty. Ja też z tej dawnej generacji".

Odetchnęliśmy z ulgą, a H. zaczął promienieć szczęściem. Do dziś jest przekonany, że inspektor zobaczył w nim prawdziwego fachowca.

Oglądany: 136587x | Komentarzy: 46 | Okejek: 650 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało