Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

5 przestarzałych technologii, od których zależy życie wielu osób w nowoczesnym świecie

188 639  
473   117  
Podczas gdy ty zastanawiasz się, kiedy wyjdzie najnowsza aktualizacja Androida, niektórzy ludzie na świecie będą po prostu cieszyć się, gdy dotrze do nich list.

#1. Drewniane statki rozbrajają miny morskie


Jeśli do tej pory sądziliście, że miejsce drewnianych statków znajduje się w muzeach lub co najwyżej na trasach turystycznych na Hel, a ewentualnie przy wodach przybrzeżnych Somalii, to myliliście się co najmniej tak samo jak amerykański gigant telekomunikacyjny AT&T, który pod koniec lat 80. przewidywał, że na rynku nie ma miejsca dla telefonii komórkowej. Drewniane statki nie dość, że mają się całkiem nieźle, to pełnią ważną funkcję. Drogi na Hel są bowiem mocno zakorkowane, szczególnie latem, więc drewniane statki pozwalają je nieco odciążyć, a turystom – dać trochę dodatkowej frajdy.

„Spędź wakacje w Polsce” – mówili. „Będzie super” – przekonywali.

Wielu ludzi nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że pod powierzchnią wody kryje się śmiertelne niebezpieczeństwo, które w jednej chwili może zmienić przyjemny rejs w bolesną walkę o przetrwanie.

Nie.

Mowa o minach morskich, które możemy podzielić na stare miny stanowiące pozostałość po wcześniejszych wojnach oraz nowe miny, lokowane w rejonach nowych konfliktów. Pierwszy z wymienionych rodzajów min stanowi powód do niepokoju dla każdego statku, niezależnie od bandery, pod którą płynie. Stare miny są bowiem jak dzieci zagubione w hipermarkecie – nikt ich nie chce, a one szukają osoby, do której mogą się przytulić i wybuchnąć płaczem ulgi.

Ładunki wybuchowe – najbardziej emocjonalna z broni.

Szacuje się, że w trakcie II wojny światowej morza i oceany wzbogacono o 550 tysięcy min morskich. Jakby tego było mało, to konstruktorzy min postarali się, by ich śmiercionośne dzieła mogły spędzić w wodzie jak najwięcej czasu. W przeciwieństwie do dzisiejszych min, które posiadają wbudowany mechanizm dezaktywacyjny, stare miny wciąż stanowią na tyle duże zagrożenie, by dostarczyć dzisiejszym jednostkom pływającym dodatkowych atrakcji. Dobra wiadomość jest natomiast taka, że im dłużej stara mina spoczywa w zasolonej wodzie, tym większe jest prawdopodobieństwo, że rdza naruszy mechanizm detonujący miny, robiąc z niej niewypał. Stare miny konstruowano tak, że aby doszło do detonacji, obwód elektryczny miny musiał zostać zamknięty, co następowało na przykład, gdy statek się o nią ocierał. Natomiast dzisiejsze miny oferują cały wachlarz sposobów detonacji zdalnej. Mina może wykrywać sygnał magnetyczny lub dźwiękowy statku, a kiedy to następuje, zrywa się z przewodu, do którego jest przymocowana.

Po czym śpieszy, by się serdecznie przywitać.

Dlatego do wykrywania min współcześnie używa się statków, które wykonane są częściowo z materiałów innych niż metal. Wiele z nich pokrywa się włóknem szklanym, ale równie dobre jest poczciwe i sprawdzone drewno. W latach 1987–1994 na zlecenie amerykańskiej marynarki wojennej zbudowano 14 jednostek z drewnianymi kadłubami. Są lżejsze, cichsze, wytrzymałe, a przy tym lepiej ukrywają się przed minami. Grupa statków nazywanych Avengers została wyposażona w najnowsze technologie służące skutecznemu wykrywaniu min, takie jak sonary o wysokiej częstotliwości czy systemy monitorujące. Gdy taki statek natrafi na pole minowe, opuszcza pod wodę przewód tnący i z oczywistych powodów ciągnie go za sobą, a następnie odcina minę i detonuje ją z dalszej odległości, gdy mina wypłynie na powierzchnię. Wyposażenie Avengers pozwala również detonować miny spoczywające na dnie oceanu.

Flotę drewnianych statków Amerykanie wykorzystują zaskakująco często, między innymi podczas konfliktów w Zatoce Perskiej w latach 90. Niedawno statki brały ponownie udział w misjach w Zatoce, gdy napięcia z Iranem prowadziły do tego, że Iran zaminowywał morskie szlaki handlowe próbując utrudnić wymianę handlową w regionie.

W 2013 roku miał z kolei miejsce incydent z jednym z Avengers. USS Guardian utknął na rafie koralowej na Filipinach, czym doprowadził do nieodwracalnych zniszczeń bezcennego, jednego z najważniejszych naturalnych miejsc na Filipinach. Co ciekawe, dopiero po bliższych oględzinach wyszło na jaw, że statek jest wykonany z drewna, gdy zaczęła z niego schodzić farba imitująca kolor stali.

#2. Pocztę w Stanach dostarczają osły


Śmieszki, zanim podejmiemy właściwy temat chciałbym poprosić, byście nie naśmiewali się z Poczty Polskiej. Jest to poważna instytucja, która wywiązuje się ze swojej roli tak jak potrafi najlepiej i porównywanie jej usług jako największego dostawcy usług pocztowych w jednym z największych krajów Europy Środkowo-Wschodniej do usług świadczonych na najbardziej zacofanych obszarach świata jest bardzo krzywdzące.

No dobra, można się pośmiać. Ale cicho.

Są jednak miejsca na świecie, do których nie dojedziesz nawet na najbardziej bogato wyposażonej wersji roweru Wigry 3.

Naprawdę, dość tych suchych skojarzeń.

W tropikalnym raju, na wyspach Vanuatu, znajduje się na przykład jedyna w swoim rodzaju placówka pocztowa, która nie tylko stanowi dodatkową atrakcję w miejscu będącym jedną wielką atrakcją, ale jest w dodatku w pełni funkcjonalna, co w przypadku placówek znajdujących się pod wodą nie zawsze jest oczywiste.

Minus: brak klimatyzacji.

Tyle że pocztę na Vanuatu można potraktować w kategorii urlopowej ciekawostki, natomiast istnieje miejsce, do którego nie dotarła jeszcze choćby technologia stosowana przez Pocztę Polską i którego przetrwanie, w dosłownym tego słowa znaczeniu, zależy od archaicznych rozwiązań. Tutaj nie doświadczysz przyjemności odebrania telefonu od kuriera, który powie, że nie było cię w domu, więc musisz zasuwać na drugi koniec kraju po swoją paczkę, którą możesz odebrać w godzinach między 4 a 6 nad ranem. I żeby to był jeszcze środek jakiejś afrykańskiej dziczy, a chodzi o jeden ze stanów jednego z najbardziej rozwiniętych państw świata, czyli USA.

Choć w sumie Arizona to chyba nasz odpowiednik podlaskiego.

Wielki Kanion odwiedzają dziś miliony turystów z całego świata, którzy według szacunków zostawiają Stanom 500 milionów dolarów rocznie. Mało kto wie, że ten cud świata uważano kiedyś za tak bezużyteczny, że nie zawracano sobie głowy, by robić z nim cokolwiek więcej niż machnąć na niego ręką. Owszem, wysyłano tam wyprawy mające na celu znalezienie cennych zasobów naturalnych lub wytyczenie nowego szlaku kolejowego, ale bez skutku. Dopiero w 1906 roku prezydent Roosevelt, zapalony podróżnik, ustanowił to miejsce rezerwatem, a w 1919 jego następca, Woodrow Wilson – parkiem narodowym.

Jeszcze mniej ludzi wie, że w tym niedostępnym miejscu mieszkają ludzie. W sercu Wielkiego Kanionu położona jest wioska Supai zamieszkiwana przez liczącą 600 osób społeczność Indian Havasupai. W wiosce znajdują się sklepy, kawiarnia, jest nawet kościół. Jest też poczta. Oczywiście, że tacy zdolni i przebiegli czytelnicy jak wy zdążyli już z tytułu domyślić się, jak dostarcza się listy do Supai.

Wigry 3 – prototyp.

Nie bez powodu z Wielkiego Kanionu uczyniono rezerwat, a nie na przykład największe wesołe miasteczko świata. Po pierwsze obecność skorpionów i grzechotników w miejscu pełnym dzieci mogłaby naruszać przepisy BHP, a po drugie Wielki Kanion jako taki to odludna i trudno dostępna okolica. Serio, pooglądajcie westerny czy tam czwartą część Transformersów.

Której akcja nie rozgrywa się w Wielkim Kanionie, ale autor otrzymał pieniądze od Michaela Baya za reklamę.

W każdym razie pocztę i w zasadzie zapasy takie jak żywność, leki czy drobne zdobycze cywilizacji dostarcza się dla Havasupai na osłach, ponieważ oprócz drogi powietrznej i rzecznej nie istnieje inny sposób dotarcia do wioski. Kilkukilometrowa podróż po skalistych szlakach zajmuje 3 godziny w jedną stronę oraz 5 godzin w drugą, ponieważ z powrotem idzie się pod górę. Dziennie do Supai wyruszają co najmniej 2 transporty, by przewoźnicy mogli zatrzymać się w wiosce na noc i odpocząć, co spodobałoby się zapewne inspekcji transportu. Czy tam inspekcji weterynaryjnej. Zresztą Havasupai sprawiają wrażenie przyjaźnie nastawionych, co wnioskuję z moich bogatych doświadczeń z Havasupai opartych na trwających godzinę poszukiwaniach informacji o Havasupai w internecie. Bo to, że mało ludzi wie o Havasupai, nie znaczy, że nikt „z zewnątrz” tam nie dociera. Wręcz przeciwnie – niedostępna okolica z położonym niedaleko malowniczym wodospadem przyciąga turystów, którzy wyjeżdżając zabierają na pamiątkę pocztówki z podpisem „dostarczone przez osły”.

#3. Prehistoryczne oprogramowanie komplikuje ruch powietrzny na świecie


Ewolucja to długi i żmudny proces, w którym na zmiany czeka się dłużej niż na montera rolet. Jest jednak taka branża, która ewoluuje znacznie szybciej niż węże z nogami. To branża technologiczna. Dzisiaj kupujesz telefon, a jutro masz fajny przycisk do papieru. Bierzesz laptopa, a po paru dniach robi się z niego najbardziej zaawansowana podstawka do herbaty na świecie. Postęp technologiczny potrafi wprawić w zakłopotanie każdego niewprawnego użytkownika, który z technologią obcuje z konieczności i pada niejako ofiarą szalonego tempa postępu. Ale tak jak ewolucja, niczym wyrodna matka, zapomina o niektórych ze swoich dzieci, tak i w technologii zdarzają się zapomniane lub zaniedbane rozwiązania. I masz jak w banku, że przyjdzie w końcu taki moment, w którym owe rozwiązania przypomną o sobie. Módl się wtedy do nieistniejącego patrona uciekających z więzienia, by nie było cię wtedy w pobliżu.

Mamo, już nikt mi nie powie, że jestem brzydki.

Podróż samolotem sama w sobie jest już mocno stresująca, bo nie powiesz mi, że siedzenie w metalowej parówie 10 kilometrów nad ziemią jest zgodne z ludzką naturą. Szczególnie gdy osoby pilotujące tę wielką puszkę zasypiają za jej sterami tak często, że aż dziwne, że producenci kawy nie zaczęli jeszcze kręcić reklam w kokpicie samolotu.

„Ten aromat pobudzi nawet nieboszczyka”.

Co więcej, istnieje duże prawdopodobieństwo, że samolotem, którym zdarzyło ci się lecieć, zarządzał system lotów tak przestarzały, że w momencie jego powstawania po Ziemi chodziły jeszcze mamuty. I nie wydaje się to aż tak dużą przesadą w kontekście tempa posuwania się ewolucji technologicznej – gdy 10 lat to dla technologii przepaść, 20 – odległe wspomnienie, a linie kodu sprzed 30 lat odczytuje się z kamiennych płyt. Tymczasem wiele systemów kontroli powietrznej wykorzystywanych w krajach tzw. pierwszego świata, zostało zaprojektowanych przez ludzi, którzy mogliby być naszymi ojcami lub dziadkami.

Twój stary.

Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Francja to kraje należące do światowej gospodarczej czołówki, a mimo to korzystają z przestarzałych systemów kontroli lotniczej. Los milionów pasażerów linii lotniczych zależy od oprogramowania, które powstało kilka dekad temu. W listopadzie 2015 roku awaria takiego systemu uziemiła samoloty startujące z francuskiego lotniska Orly. Pewnie nikt poza oburzonymi pasażerami, pracownikami lotniska i może członkiem jakiejś komisji nie zainteresowałby się sprawą bardziej, gdyby nie okazało się, że do zarządzania lotami na lotnisku Orly wykorzystuje się system Windows 3.1, który powstał w 1992 roku. Sprawa obiegła media na całym świecie, ponieważ nawet laik podskórnie czuje, że system, który powstał na początku lat 90. chyba średnio nadaje się do nadzorowania naszpikowanych nowoczesnym oprzyrządowaniem metalowych parów lecących 10 km nad ziemią. Nawet jeśli dał nam Pasjansa i Sapera.

Na zawsze w naszych sercach.

Jeszcze starszy system pomaga kontrolować loty nad południową Anglią. To znaczy pomaga, dopóki nie zacznie miewać kaprysów, by jednak nie pomagać. Bójcie się wtedy wszyscy, którzy znajdujecie się w jednej z najbardziej ruchliwych stref powietrznych świata. W piątek 12 grudnia 2014 roku przestrzeń powietrzna nad Londynem i innymi miastami regionu została zamknięta na 36 minut. Pół godziny wystarczyło, by 10 tysięcy ludzi nie poleciało na rozpoczynający się weekend swoim samolotem lub poleciało z opóźnieniem. Wszystkiemu winny był błąd systemu stworzonego w latach 60. przez organizację NATS, która zajmuje się kontrolą lotów w Wielkiej Brytanii oraz poza jej granicami, i która zapewnia, że wymieni system na nowy do 2017 roku. Musi się śpieszyć, zanim wszyscy żyjący serwisanci pójdą na emeryturę.

W końcu pojechalibyście na ryby.

W trakcie wymiany archaicznego systemu kontroli lotów jest za to amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa (FAA), która sprawuje pieczę nad ruchem cywilnym w amerykańskiej przestrzeni powietrznej. Trudno w to uwierzyć, ale używany do tej pory system Host, który zaprojektowano 4 dekady temu, nie pozwalał nawet obserwować samolotu, gdy ten wzniósł się na określoną wysokość. W końcu jednak, z racji bezpieczeństwa oraz ekonomii (kolejność przypadkowa), FAA zdecydowała się na wymianę systemu. NextGen – bo tak go nazwano – miał być gotowy już w 2010 roku, ale operacja okazała się na tyle skomplikowana, że prace są już opóźnione o kilka lat, a budżet – o pół miliarda dolarów. Nie zapominajmy jednak, że mamy do czynienia z organami państwowymi, w których czas zarządzania zmianą rośnie proporcjonalnie do wielkości i stopnia skomplikowania tej zmiany. Razy tysiąc.

#4. Commodore 64 w diagnostyce aut


W porównaniu z przestrzenią powietrzną Stanów Zjednoczonych lub choćby południowej Anglii jeden mały warsztat w Gdańsku może nie robić aż takiego wrażenia, ale w dalszym ciągu zasługuje na wzmiankę. Tym bardziej, że pisały o nim niedawno największe media z całego świata, i to nie tylko branżowe. Jeśli jednak jakimś cudem ominęła was ta historia, to w Gdańsku mieści się warsztat samochodowy, w którym wały napędowe wyważa się przy użyciu Commodore 64 – komputera, którego nie produkuje się od 1994 roku. Jest taka historia o Japończyku, który przez kilkadziesiąt lat od zakończenia II wojny światowej wciąż ukrywał się w lesie, bo nikt mu nie powiedział, że wojna się skończyła. No to najwyraźniej właściciel tego warsztatu nie słyszał tej historii.

— Szefie, przydałby się nowy sprzęt.
— Nowy pracownik też.

W każdym razie geekowie oszaleli po tym, gdy zdjęcie obiegło świat. Z rozrzewnieniem zaczęli wspominać czasy, w których wyprawiali cuda na Commodore 64, swoją drogą najpopularniejszym modelu komputera w historii, a przy okazji zaczęli zastanawiać się nad żywotnością dzisiejszych sprzętów.

#5. Ludzie ręcznie przetwarzają dokumentację pracowników amerykańskiej administracji państwowej


Powyższe zdjęcie przedstawia:

a) Plan filmowy najnowszej części „Facetów w czerni”
b) Arkę Noego
c) Kwaterę główną tajnej organizacji rządowej ds. walki ze zjawiskami nadprzyrodzonymi
d) Podziemną pieczarę, w której przetwarza się dokumentację emerytalną pracowników administracji państwowej

Pomieszczenie, które wygląda tak, jakby miał zaraz do niego wejść Will Smith, nie stanowi planu filmowego, nie jest też siedzibą tajnej organizacji. A Arką Noego? Pff. Arkę Noego znaleziono dawno temu pod Jelenią Górą, ale masoni ukrywają prawdę, żeby nie wyszło na jaw, że światowy rząd truje nas szczepionkami rozpylanymi przez ludzi-kraby z trampolin zamontowanych na dachach wieżowców.

„Człowieku, coraz trudniej utrzymać to w tajemnicy”.

Prawda jest bardziej przyziemna, lecz to paradoksalnie sprawia, że jest tak absurdalna. Na zdjęciu znajduje się bowiem fragment podziemnego kompleksu pieczar w Boyers w stanie Pensylwania, będący kiedyś kopalnią wapienia, a pełniący dziś funkcję państwowego centrum przetwarzania dokumentacji emerytalnej pracowników amerykańskiej administracji. Nie jest ani tajny, ani nie spełnia nie wiadomo jakich wymagań co do prowadzenia tego typu działalności. Jest po prostu zimny jak urzędnik i zapewnia ogromną powierzchnię do składowania kilometrów stron papieru.

Kopalnia została przejęta przez administracyjny dział HR w 1960 roku. Początkowo służyła tylko do przechowywania dokumentacji, jednak po pewnym czasie zaczęto zatrudniać pracowników do przetwarzania tej dokumentacji na miejscu. Z jednej strony było to zapewne dobre posunięcie, biorąc pod uwagę, że dokumentację zwozi się tam CIĘŻARÓWKAMI, a z drugiej, cóż – jeśli sądzicie, że ZUS to synonim zacofania i ciemnoty, to pomyślcie, że w tej rządowej placówce do dzisiaj przetwarza się dokumentację na papierze, na komputerze, a potem znowu na papierze.

„Nie wiem, kto to ustalił, ale tak ma być. Proszę wrócić za tydzień”.

Konsekwencji tego typu działalności jest tak dużo, że można by z nich zrobić osobny artykuł, ale dla uzyskania pewnego obrazu wystarczy poznać kilka z nich. Do placówki w Boyers trafia rocznie 100 tysięcy podań, które trzeba przerobić ręcznie. Przetwarzaniem dokumentacji zajmuje się w Boyers 600 osób, które wypełniają i przekazują papiery do kolejnych działów (pieczar), gdzie zostają wprowadzone do komputera, a potem znowu wydrukowane i włożone do folderów do jednej z 30 tysięcy szafek z dokumentami.

Pracownik, który przechodzi na emeryturę, otrzymuje na start tzw. wynagrodzenie pomostowe, które stanowi 80% pełnej kwoty comiesięcznej emerytury. Emerytury, którą zacznie otrzymywać po kilku miesiącach od złożenia podania – jeśli będzie miał szczęście. Bywa, że endemiczna dla Boyers biurokracyjna skamielina opóźnia wypłatę emerytur na kilka miesięcy tylko dlatego, że brakuje jakiegoś podpisu.

I co, nie taki wilk straszny. Dostaniesz 1,87 zł, ale przynajmniej nie musisz czekać.

Dobra wiadomość jest taka, że produktywność placówki w Boyers jest dzisiaj taka sama jak w 1971 roku, zła – że aby utrzymać poziom z 1971 roku administracja Obamy zwiększyła tam zatrudnienie. Amerykański rząd jest doskonale świadom problemów wiążących się z funkcjonowaniem placówki w Boyers. Tylko że pozostaje bezradny wobec rozpasanej machiny będącej między innymi „wynikiem stu lat istnienia wadliwych przepisów”. W ciągu trzydziestu lat podjęto 3 próby przejścia z epoki papieru drukowanego do epoki papieru wyświetlanego. Za każdym razem spaliły na panewce i kosztowały amerykańskich podatników łącznie ponad 100 milionów dolarów. W 2016 roku ogłoszono podjęcie kolejnej próby, ale na chwilę obecną nie wiadomo, kiedy zostanie zakończona. Tak na dobrą sprawę, to nie wiadomo nawet, kiedy się rozpocznie.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16

Psst. Chcesz zobaczyć więcej? Polub fanpejdż autora na Facebooku.

Oglądany: 188639x | Komentarzy: 117 | Okejek: 473 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało