Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Przez kilkadziesiąt lat Bałtyk wyrzucał na brzeg ludzkie szczątki - historia wojennej zbrodni, której dopuścili się... alianci

108 910  
400   80  
Przez niemalże trzy dekady fale Bałtyku wyrzucały na brzeg fragmenty zwęglonych zwłok, ludzkich kości i ubrań. Znajdywane na plażach szczątki były upiorną pamiątką tragedii, która miała miejsce w ostatnich dniach II Wojny Światowej.

Nikt nawet nie wątpił w to, że trupy te są nieszczęsnymi pasażerami niemieckiego „Titanica”, który z luksusowego statku stał się, zgodnie z cynicznym planem nazistów, pływającą pułapką dla siedmiu tysięcy niewinnych ludzi.

SS Cap Arcona był efektownym luksusowym liniowcem zbudowanym w 1927 roku przez niemieckie przedsiębiorstwo Blohm + Voss. Uznawany wówczas za jedną z największych jednostek pasażerskich na świecie okręt miał długość 206 metrów, na swoim pokładzie oprócz pięknych kabin dla podróżnych, wytwornych sal i olbrzymiej kuchni miał też pełnowymiarowy kort tenisowy. Wszystko, aby sprostać kaprysom zamożnych klientów decydujących się na podróż liniowcem.


Podobnie jak Titanic, Cap Arcona miał jeden nadprogramowy komin, który był jedynie atrapą mającą nadać okrętowi jeszcze większej powagi. To zresztą nie jedyne, poza wyglądem i tragiczną historią, podobieństwo ze słynnym transatlantykiem. W 1942 roku na pokładzie tejże jednostki nakręcono film pt. „Titanic”. Właściwie była to produkcja propagandowa mająca na celu wytknąć Brytyjczykom ich dziecinną wręcz nieodpowiedzialność.


Przez lata Cap Arcona zabrał z Hamburga łącznie 200 tysięcy pasażerów w podróż do Ameryki Południowej. Przeznaczenie liniowca zmieniło się jednak wraz z wybuchem wojny. Jego zarządzaniem zajmowała się od tego momentu marynarka wojenna III Rzeszy, czyli Kriegsmarine. W przededniu ofensywy Armii Czerwonej wykorzystano go m.in. do ewakuacji 26 tysięcy niemieckich cywili ze wschodnich Prus. Kiedy w marcu 1945 roku Cap Arcona przewiozła do Kopenhagi ostatnich 9 tysięcy uchodźców, jej stan techniczny był już bardzo kiepski. Jedyne co można było zrobić, to poddawać liniowiec doraźnym naprawom i wysyłać go jedynie na krótkodystansowe kursy.


Tymczasem wojna powoli zbliżała się ku końcowi. Pomiędzy marcem a kwietniem 1945 roku, w ramach akcji „białe autobusy”, szwedzki Czerwony Krzyż przetransportował do obozu koncentracyjnego w Neuengamme skandynawskich więźniów, których Niemcy wspaniałomyślnie zgodzili się uwolnić. Ewakuacja tego, jak i kilku innych obozów wyglądała zawsze tak samo. Wycieńczonych więźniów zmuszano do mozolnego marszu w głąb Niemiec. W trakcie takich przepraw życie traciło tysiące ludzi. Do portu w Neustadt trafiło jednak 11 tysięcy osób różnej narodowości. Mieli oni stać się częścią cynicznego planu Himmlera, który najwyraźniej uznał, że nawet w swych ostatnich podrygach życia III Rzeszę stać na spektakularne posunięcia.


Więźniów dosłownie upchnięto w czterech podstawionych przez Niemców jednostkach – we frachtowcach Thilbeck i Ahten, na pokładzie statku Deutschland oraz na Cap Arcona, którego dowódcą był wówczas kapitan Heinrich Bertram.
Mimo że z reguły na pokład liniowca zabierano nie więcej niż 850 pasażerów, tym razem zarządzono, że okręt ma przyjąć 6500 więźniów. Bertman musiał ugiąć się pod groźbami wojska. W ten sposób wszystkie cztery jednostki zamieniły się w nieludzko wręcz przepełnione, pływające więzienia. Wszystkie umieszczono na redzie, czyli w obrębie obszaru znajdującego się przed samym portem.


2 maja, czyli dwa dni po tym, jak Hitler strzelił sobie w łeb, Berlin skapitulował i zawieszono walki na lądzie. Alianci wydali wówczas rozkaz zawinięcia wszystkich niemieckich okrętów do portów. Zgodnie z postawionym ultimatum, 3 maja do godziny 14:00 każda niemiecka jednostka spotkana na morzu miała zostać zatopiona.
Kapitan Athen wywiesił białą flagę i wrócił do portu – tym samym uratował życie prawie 2 tysiącom więźniów. Po wojnie statek ten trafił w ręce Polaków, którzy przechrzcili go na „Ludwika Waryńskiego”.
Pozostali kapitanowie, bojąc się tego, że w dalszym ciągu wierne dowódcom okręty marynarki wojennej otworzą do nich ogień, nie zdecydowali się na to posunięcie. Heinrich Bertram i jego załoga usiłowali przekonać żołnierzy do ratowania niewinnych ludzi, jednak pomimo awantur i ciągłych spięć SS-mani ani myśleli buntować się przeciw wydanym im rozkazom. Nie zgodzili się nawet na proponowane przez kapitana oświetlenie liniowca.


Czas na powrót do portu minął i alianci przystąpili do realizacji swojej "obietnicy". Dziesiątki rakiet trafiło we wszystkie trzy wypełnione ludźmi okręty. Thielbeck dość szybko poszedł na dno, ale już Cap Arcona przez wiele godzin trawiona była przez ogień, dosłownie piekąc uwięzione wewnątrz ofiary.


Ci, którym udało się oszukać przeznaczenie i ostatkiem sił dopływali do portu, mordowani byli przez marynarzy niemieckiej marynarki oraz gówniarzy z Hitlerjugend. Po horyzont woda usłana była zwłokami i walczącymi o życie rozbitkami.


Tymczasem do obozu w Neuengamme dotarli Brytyjczycy. Zamiast radości uwięzionych tam ludzi, żołnierze zastali puste baraki. Armia nie spotkała się też z oporem podczas wkraczania do Lubeki. Tam, w biurze Czerwonego Krzyża, dowódcy dowiedzieli się, że ok. 7-8 tysięcy więźniów ewakuowanych zostało do najbliższej zatoki, gdzie czekać na nich miał transport m.in. do Szwecji. Wczesnym popołudniem Brytyjski 5. Pułk Rozpoznawczy trafił do Neustadt. Było już za późno – oczom żołnierzy ukazały się płonące wraki i morze obsiane tysiącami trupów.


Przez najbliższe tygodnie wyrzucone na brzeg zwłoki chowane były w zbiorowej mogile w Neustadt. Jeszcze przez lata morze co jakiś czas wypluwało ludzkie kości. Ostatnia pamiątka po tej tragedii znaleziona została na plaży przez pewnego dzieciaka w 1971 roku.

Wiele wskazuje na to, że ta niewyobrażalna tragedia była od początku zaplanowanym projektem niemieckich oficjeli, którzy pragnęli, aby to alianci mieli na sobie krew niewinnych ludzi. Autorem tego pomysłu był najprawdopodobniej dowódca hamburskiego SS - Georg-Henning Graf von Bassewitz-Behr. To on nakazał umieścić wszystkie jednostki na redzie, nie zgodził się na wywieszanie białych flag i nakazał ukrycie więźniów pod pokładem, tak aby piloci myśliwców nie zdawali sobie sprawy z „ładunku” okrętów. W ten sposób ostatnia z niemieckich zbrodni wykonana została rękoma aliantów. I to w ostatnich chwilach wojny - cztery dni później Niemcy oficjalnie skapitulowali.


Do dziś trwają spory, kto ponosi większą odpowiedzialność za śmierć przeszło 7 tysięcy niewinnych osób. Sprawa ta pozostawiła po sobie wiele pytań. Między innymi – czemu nikt nie potraktował poważnie wiadomości wysyłanej przez Czerwony Krzyż? Informacja o sytuacji na pokładach znajdujących się w Zatoce Lubeckiej okrętów przekazywana była drogą radiową i została odebrana przez brytyjskich dowódców.
O tym wstydliwym dla aliantów incydencie raczej nie dowiecie się z książek do historii. A przynajmniej nie przed 2045 rokiem. Dowództwo sił lotniczych Wielkiej Brytanii (RAF) zdecydowało się bowiem przez okrągłe sto lat nie upubliczniać informacji o feralnych nalotach.

Źródła: 1, 2, 3, 4
1

Oglądany: 108910x | Komentarzy: 80 | Okejek: 400 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.11

20.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało