Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Dawna legenda okazała się prawdą. Ukryty skarb odnaleziono w Dębkach po 220 latach!

238 743  
793   70  
Polski naukowiec postanowił zbadać lokalną bajędę. Ta historia z każdym kolejnym krokiem nabierała coraz więcej rumieńców i doprowadziła do niesamowitych odkryć.


W miejscowości Dębki, wśród rozmów z mieszkańcami można natknąć się na lokalną legendę. Mówi ona o tym, że w dawnych czasach zdryfował tu uszkodzony, angielski, drewniany statek, rzucił kotwicę, a jego załoga zeszła na ląd. Jeden z miejscowych po upojeniu załogi wódką, dowiedział się o znajdujących się na statku skarbach, popłynął więc po nie w nocy i zabrał ile mógł. Jedną część ukrył na swojej posesji, a z drugą uciekł. Następnego dnia załoga wróciła na łajbę, a ta pod wpływem silnych prądów zatonęła (pełna treść legendy na końcu arta).

Mamy tutaj legendę z dwoma ukrytymi skarbami. Jednym na posesji w Dębkach, a drugim na dnie morza. Trzeba być niemałym romantykiem, żeby wierzyć w bajki i ukryte skarby, jednak na szczęście są ludzie nauki, którzy potrafią patrzeć na takie rewelacje chłodno, ale jednocześnie badawczo. Przesiewając przez sito to co może być prawdą, od tego, co ewidentnie jest bajką.

Pod koniec lat osiemdziesiątych opowieścią zainteresował się ichtiolog dr Michał Woźniewski. Od lokalnej ludności pozbierał wszystkie informacje dotyczące samej legendy. Rybaków natomiast poprosił o wskazanie miejsc, w których najczęściej zrywają im się sieci.


Sprawę potraktował na poważnie i na podstawie zebranych danych określił przypuszczalne położenie domniemanego wraku z miejscowej legendy. To w dalszym ciągu była praca z przekazywaną z ust do ust informację, więc nie miało to żadnego wymiaru fizycznego, ale dr Woźniewski okazał się człowiekiem ambitnym i bardzo rzeczowym. W latach dziewięćdziesiątych wybrał się z wyprawą w określony przez siebie wcześniej obszar i przeprowadził poszukiwania.

W tym miejscu stało się to, czego wielu pewnie nigdy by się nie spodziewało. Przypuszczenia doktora okazały się właściwe, a określona lokalizacja niezwykle precyzyjna. Na dnie Bałtyku odnalazł tam wrak drewnianego statku. Wrak znajdował się około 400 metrów od brzegu, na głębokości ledwie 4-5 metrów. W większości przykryty był przez piasek, ale z dna wystawała 20-metrowa konstrukcja burty, część denna statku, a 300 metrów od wraku widoczna była kotwica admiralicji. Legenda stała się prawdą. Przynajmniej w większej części.


Sprawy zaczęły nabierać tempa, a o niesamowitym odkryciu Woźniewski poinformował m.in. Centralne Muzeum Morskie. Teraz należało przygotować wyprawę mającą na celu zbadanie wraku. Nie była to rzecz prosta z kilku względów. Należało załatwić wszelkiej maści zezwolenia, przygotować sprzęt, ekipę, a w dodatku tego rodzaju wypraw nie można realizować o dowolnej porze roku, trzeba było czekać do kolejnego sezonu.

W 1995 roku ze statku badawczego Centralnego Muzeum Morskiego – Kaszubski Brzeg, zaczęto prowadzić poważne prace nad wrakiem, oznaczonym jako W-32. Jednym z pierwszych zadań była identyfikacja statku. Prace nad W-32 nie były takie proste, ponieważ znajduje się w miejscu, w którym dno Bałtyku jest bardzo zmienne, a sam wrak przysypany był w większej części piaskiem. Po każdym silniejszym wietrze i sztormie, wrak trzeba było na nowo odkopywać, a dostęp do pomieszczeń wewnętrznych był w wielu miejscach niemal niemożliwy.

Sama identyfikacja okazała się niespodziewanie łatwa, ponieważ jednym z pierwszych znalezionych na pokładzie rzeczy był dzwon okrętowy. Widniała na nim nazwa okrętu, jego rocznik i nazwa stoczni, w której został skonstruowany. Tajemniczym bohaterem bałtyckiej legendy okazał się angielski żaglowiec towarowy General Carleton, wyprodukowany w Whitby i zwodowany w 1777 roku!

To była niesamowita informacja. Mała miejscowość na naszym Pomorzu niespełna pół kilometra od brzegu kryła wrak XVIII-wiecznego statku. I to nie byle jakiego! Prace na dnie morza to tylko jedna z części rozwiązywania zagadki, drugą część pracy należało wykonać przegrzebując dane archiwalne armatorów, stoczni i innych ośrodków związanych z żeglugą. Okazało się, że istniały dwa takie statki jak General Carleton, a jego bliźniakiem jest okręt HM Bark Endeavour, na którym sam James Cook odbył pierwszą ze swoich wypraw.


Sprawa zaczęła nabierać rumieńców, a dane archiwalne dostarczały wciąż nowych rewelacji na temat tego, co może znajdować się na dnie morza w Dębkach. Według dokumentów General Carleton kursował najczęściej między Whitby a Rygą, co pokrywa się z miejscem odnalezienia wraku. Początkowo służył jedynie jako statek towarowy, ale w 1782 roku został dość poważnie zmodernizowany. W trakcie przeróbki został wyposażony m.in. w dziesięć sześciofuntowych armat. Oznaczałoby to, że najpewniej został wynajęty przez marynarkę wojenną do działań transportowych.

Nie tylko statek musiał przejść zmiany. Pod specjalną ochronę dostała się także załoga. W tych czasach armia brytyjska miała wielkie deficyty „kadrowe”, co zaowocowało natężonym zjawiskiem press-gangu, czyli zwyczajnej łapanki. Brytyjskie jednostki wojenne mogły przejmować załogi statków i z miejsca wcielać je do służby na swoich pokładach. Załoga Carletona otrzymała swego rodzaju immunitet, chroniący od wcielenia do wojska. Tę informację udało się potwierdzić w 1995 roku. Na pokładzie W-32 odnaleziono metalowe pudełeczko, a w nim częściowo zachowany dokument. Ekspertyza przeprowadzona przez specjalistę z Greenwich wykazała, że jest to „dokument biorący pod ochronę statek wraz z załogą ze względu na wykonywanie przez niego ważnych zadań pomocniczych dla marynarki brytyjskiej”. Bingo – kolejna potwierdzona część układanki.


Prace wciąż trwały, a szeroko zakrojone badania archiwalne doprowadziły do kolejnych szczegółowych danych. Potomek dawnych właścicieli statku General Carleton przesłał do CMM kopie dokumentów, dzięki którym udało się ustalić dokładną datę zaginięcia okrętu. Był to 27 września 1785 roku. Pozostało przegrzebać lokalne archiwa prasowe i… kolejny strzał w dziesiątkę! W gdańskiej prasie z tego okresu możemy trafić na informację pogodową, mówiącą o tym, że wrzesień 1785 roku był pogodny, tylko pod koniec, 27 września, zerwał się niespodziewanie silny sztorm z opadami gradu i śniegu.

Badania archiwalne były tak skrupulatne, że udało się nawet ustalić imiona i nazwiska całej załogi Carletona (spis na końcu arta) Do dziś nie mamy jednak pewności, czy wszystkie widniejące na liście osoby, były w momencie zatonięcia na pokładzie i czy poniosły śmierć.

Kolejne elementy układanki potwierdzały się w trakcie badań na dnie Bałtyku. Trwały one przez kilka sezonów, aż do 1999 roku, w którym zmieniające się dno morskie, całkowicie przykryło wrak, uniemożliwiając dalsze prace.

*źródło ilustracji: Waldemar Ossowski – Archeologiczne badania podwodne wraka W-32

Do tego czasu udało się ustalić ogromną ilość informacji na temat wraku, a nawet odtworzyć dokładny przebieg katastrofy (pełny opis na końcu arta).

Ale hola, hola… miały być legendarne skarby, prawda? Skarby były, jak najbardziej. Z W-32 badaczom udało się wydobyć ponad 700 unikatowych przedmiotów, które dziś są eksponatami w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku. Bez wątpienia wrak statku General Carleton, był skarbem ukrytym na dnie morza, czekającym przeszło dwieście lat na śmiałka, który go odnajdzie. Jego odkrycie to naprawdę niecodzienna historia. Wystarczy uświadomić sobie, że wszystko to dzięki człowiekowi, który postanowił sprawdzić, ile prawdy kryje się w starej legendzie.

KONIEC

Materiały poboczne:

Treść legendy z Dębek:
Trzydzieści lat temu zerwały nam się sieci, jak Ŝeśmy je stawiali. Woda klarowna była i zobaczyliśmy jakieś wraki na dnie. Później sąsiad, August Gret, opowiedział mi taka historię: Płynął z Sankt Petersburga angielski drewniany statek. Zerwał się wiatr północno-zachodni, urwało mu ster i zdryfował ku brzegowi. Zakotwiczono statek i załoga zeszła na brzeg. Za Piaśnicą – to jest rzeczka, która w Dębkach płynie – mieszkał niejaki Ketelhut. On to ugościł załogę, dał posiłek i wina przyniósł, wódki albo whisky, jak to się po angielsku mówi. I tam sobie ubaw zrobili. Podczas tej zabawy dziadek gospodarza podsłuchał, jak po tej wódce powiedzieli, Ŝe na tym statku jakieś bogactwo jest. Popłynął więc Ketelhut do niego swoją łajbą rybacką, wszedł po drabinie i to, co mu w oczach błyszczało, zabierał. Wpłynął do Piaśnicy i dotarł do kanału Biała Góra, gdzie w zagajnikach to dobro błyszczące schował. A Ŝe było mu mało, popłynął raz jeszcze, zanim marynarze potrzeźwieli i na statek wrócili. Te kosztowności, które sobie wziął, zakopał. Na drugi dzień zerwał się sztorm i rozbił łajbę, która z całą załogą poszła na dno. Ketelhut sprzedał gospodarstwo i z tym bogactwem, które sobie złowił, wyjechał, ale po paru latach wrócił Ŝeby to ostatnie złoto, które zakopał, odnaleźć. Ale tam były ruchome wydmy. Piaskiem przesypywało z miejsca na miejsce i przez te dwadzieścia lat teren zmienił wygląd. Nic nie znalazł.

Dokładny opis zatonięcia statku General Carleton:
Samo położenie wraka – prawie prostopadłe do brzegu – świadczy, że statek nie dryfował w momencie uderzenia o dno, gdyż wtedy kadłub żaglowca zalegałby równolegle do linii wybrzeża. Zorientowanie wraka świadczy o tym, że w momencie katastrofy znajdował się w położeniu dziobem pod falę. Fale w strefie brzegowej, bez względu na kierunek wiatru, zaczynają się wybrzuszać równolegle do brzegu po natrafieniu na podwodne rewy. Orientacja kadłuba W-32 względem brzegu musiała być zatem spowodowana działaniem wyrzuconej kotwicy. Niewykluczone, że jest nią kotwica znaleziona w 1995 roku około 300 metrów od dziobu wraka w stronę otwartego morza. Najprawdopodobniej statek sztormował z wyrzuconą kotwicą (lub kotwicami) z lewej burty, aż w końcu zdryfował wskutek popuszczenia kotwicy czy pęknięcia liny kotwicznej. Następnie żaglowiec uderzył o wierzchołek rewy głębiej zanurzoną partią rufową. Świadczyć o tym może zbieżność głębokości zanurzenia rufy z pełnym ładunkiem odnotowana w Sztokholmie – 5,2 metra – z głębokościami panującymi w rejonie miejsca spoczywania wraka, odnotowanymi w trakcie badań archeologicznych. W efekcie jednego lub wielu uderzeń o dno przełamała się rufowa część denna lewej burty, co dobrze poświadczają zadokumentowane pozostałości tej części kadłuba zalegające poziomo na dnie oraz pęknięta i skręcona nadstępka. Na skutek pęknięcia dna do statku zaczęła wlewać się woda. Ciężki ładunek spowodował, że statek zaczął się stopniowo zagłębiać w grząskim piaszczystym dnie, podmywany przez sztormowe fale oraz silne prądy. Wysokie fale sztormowe zmyły zapewne z pokładu część olinowania i takielunku żaglowca. Cięższe elementy wyposażenia, jak dzwon i armatka relingowa, zostały porozrzucane w najbliższej okolicy. Mniejsze przedmioty oraz elementy drewniane zostały wyrzucone na brzeg
Waldemar Ossowski – Archeologiczne badania podwodne wraka W-32

Spis załogi w ostatnim rejsie:

William Hustler – kapitan
John Swan – pierwszy oficer
John Pearson – cieśla okrętowy
James Woolf – kucharz okrętowy
George Oswell – marynarz – wyokrętowany 22 czerwca 1785 w Londynie
Henry Bailes – marynarz
William Clark – marynarz
Thomas Wooland – marynarz
Benjamin Moore – marynarz
Thomas Simpson – marynarz
William Bailies – marynarz
Lancelot Malson – marynarz
Nicholas Theaker – marynarz
George Taylor – marynarz
John Purvis – marynarz
Andrew Gibson – marynarz
Andrew Noble – marynarz
Thomas Edes – marynarz
John Johnson – chłopiec okrętowy
Rich Trueman – chłopiec okrętowy
John Noble – chłopiec okrętowy
Richard Neal – chłopiec okrętowy
James Hart – chłopiec okrętowy
John Thompson – chłopiec okrętowy
John Frazer – chłopiec okrętowy

Źródła: 1, 2, 3

Oglądany: 238743x | Komentarzy: 70 | Okejek: 793 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało