Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

4 niszczące świat plagi, o których nie masz pojęcia (choć dzieją się tu i teraz)

154 015  
644   98  
O wirusie Zika, o Eboli i Pokemon GO nie słyszał chyba tylko ten, kto mieszka pod kamieniem. Są to fajne, medialne plagi, na które aż miło popatrzeć. W mediach nie ma jednak miejsca na wszystkie plagi, a wiele z nich dostarcza podobnych, jeśli nie mocniejszych wrażeń. Wystarczy spojrzeć tylko na…


#1. Grzyb, który pustoszy światowe uprawy bananów


Jeśli po przeczytaniu słowa „banan” w waszych głowach pojawia się powyższy obrazek, to należycie do ogromnej większości ludzi, która w życiu miała okazję spróbować tylko jednej odmiany banana.

Jeśli pojawia się taki obrazek, to chyba pora spróbować jabłek.

Nic dziwnego. Na świecie istnieją setki różnych odmian bananów, w tym uprawiane w Afryce, Azji i Ameryce Południowej banany czerwone czy pochodzące z Filipin żółte, proste i krótkie banany Latundan. Odmiany bananów różnią się między sobą smakiem, konsystencją, słodkością, niektóre zawierają pestki. Mimo tej stosunkowo dużej różnorodności na nasze półki sklepowe trafia praktycznie jedna odmiana bananów – Cavendish, który stanowi obecnie 99% sprzedawanych na Zachodzie bananów.

Głupio by było, gdyby najpopularniejsze banany świata przestały istnieć. Tymczasem jest to całkiem realna możliwość, do której możemy się powoli przyzwyczajać.

„Synu, to jest Lublin. W tym miejscu twój dziadek uprawiał kiedyś banany”.

Cavendish jest tani w uprawie, a z jednej rośliny można uzyskać więcej owoców niż w przypadku innych odmian bananów. Między innymi z tego względu upodobali go sobie najwięksi producenci bananów jak Dole i Chiquita. W przeciwieństwie do innych bananów Cavendish nie rozmnaża się metodą „co ma być, to będzie”. Uprawy tej odmiany banana są bowiem kontrolowane przez uprawców, którzy klonują roślinę przez przeszczepianie jej, tworząc tzw. monokultury. Tym sposobem można wyhodować identycznie wyglądające owoce, do których przyzwyczajeni są klienci hipermarketów. Ta jednorodność, jakkolwiek opłacalna, może stać się także przyczyną końca bananów, jakie znamy. Przeszczepianie roślin, tak jak to robią producenci bananów, w przeciwieństwie do tego jak działa Matka Natura, powoduje spadek różnorodności genowej, a ta z kolei sprawia, że rośliny są bardziej podatne na choroby. Wystarczy więc, że pojawi się odpowiedni czynnik chorobotwórczy, by z rośliny zostało jedynie wspomnienie.

Wspomnienie, które będzie nawiedzać człowieka do końca życia.

W przypadku bananowców takim czynnikiem chorobotwórczym jest żyjący w glebie grzyb Fusarium oxysporum, powodujący chorobę panamską, która hamuje transport wartości odżywczych wewnątrz rośliny, w efekcie czego roślina po prostu umiera. W tej chwili choroba atakuje bananowce w Australii, południowej Azji i Afryce i kwestią czasu jest, kiedy dotrze do Ameryki Południowej, skąd eksportuje się większość bananów. A choroba przenosi się bardzo łatwo – zarodniki grzyba można przetransportować na butach, bagażu, sprzęcie używanym w terenie, dosłownie czymkolwiek, do czego może przyczepić się grudka ziemi.

O tym, jak poważna jest sytuacja niech zaświadczy fakt, że podobna historia już się wydarzyła. I to całkiem niedawno, a Cavendish zawdzięcza swoją popularność także dzięki temu, że jego poprzednika wymiotła z powierzchni ziemi choroba panamska. Pierwsze przypadki choroby panamskiej atakującej bananowce wykryto na początku XX wieku. Najpopularniejszą odmianą banana była wówczas odmiana Gros Michel. Wieść gminna niesie, że Gros Michel smakował dużo lepiej od Cavendisha i miał dużo przyjemniejszą konsystencję.

Ale pod naciskiem innych producentów rząd światowy postanowił się jej pozbyć.

Trzeba by jednak zapytać o to nasze babcie, bo w ciągu pięćdziesięciu lat choroba panamska całkowicie wyniszczyła uprawy Gros Michela i doprowadziła do strat w wysokości 2,3 mld dolarów (dzisiejsze 18 miliardów dolarów). Wtedy naukowcom udało się znaleźć odmianę stanowiącą kompromis pomiędzy interesem producentów a smakiem bananów i od tego czasu Cavendish króluje niepodzielnie na naszych półkach.

Choroba panamska wróciła jednak w nowej odmianie (typu 4), na którą nawet Cavendish nie jest odporny. Jak twierdzi profesor Randy Ploetz, który odkrył nowy patogen choroby panamskiej, choroba jest w stanie zniszczyć do 85% rocznych upraw bananów, co dla rynku wartego dziś niemal 9 miliardów dolarów byłoby śmiertelnym ciosem, jeśli nie zostanie znaleziony następca Cavendisha.

Choć poprzednio udało się dosyć łatwo zastąpić starą odmianę, to testy, mające wskazać nowego lidera, nie napawają optymizmem. W szklarni na terenie holenderskiego uniwersytetu w Wageningen, gdzie prowadzi się szeroko zakrojone prace badawcze nad roślinami tropikalnymi, zbadano już ok. 200 odmian bananowców. Mniej niż 10% wykazuje odporność na nową odmianę choroby panamskiej, a i tak owoce żadnego z nich nie nadają się do dystrybucji wśród konsumentów z racji dużej zawartości twardych nasion lub mącznej i mało apetycznej konsystencji. Sytuacja nie jest jednak beznadziejna, ponieważ odmiany bananów można krzyżować. Jeśli tylko uprawcom uda się połączyć odporność jednych odmian z walorami smakowymi drugich, to być może uda się uratować najpopularniejszy owoc świata i czwarte co do wielkości uprawy świata w ogóle.

„Na pewno, he, he”.

Tym bardziej, że zniknięcie Cavendisha wiąże się nie tylko z problemem zastąpienia banana ogórkiem w fantazjach dorosłych ludzi, lecz także stanowi ogromny problem dla uprawców i ludzi, którzy żyją w krajach, gdzie uprawia się banany. Zaledwie 15% bananów przeznaczanych jest bowiem na eksport, zaś resztę spożywa się na miejscu. Z szybkiej przekąski banany stały się dla 400 milionów ludzi pochodzących przeważnie z biednych krajów istotnym elementem diety, pokrywającym 15%–27% ich dziennego zapotrzebowania na kalorie. Większość prawdopodobnie nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że banany mogą wkrótce zniknąć z ich jadłospisu.

#2. Grzyb, który pustoszy światowe uprawy pszenicy


Pod względem wielkości produkcji pszenica zajmuje drugie miejsce zaraz za kukurydzą. Jest prosta w uprawie, tania i idealnie wypełnia posiłki i przekąski. Dlatego jest tak popularna i stanowi trzecie największe źródło kalorii przyjmowanych codziennie przez ludzi na świecie.

Oraz pierwsze źródło glutenu.

Jeśli myśl o tym, że czwarte co do wielkości uprawy świata są zagrożone, budzi w was pewien niepokój, to jak reagować na wiadomość, że inny grzyb niszczy drugie co do wielkości uprawy świata?

Rdza zbożowa (łac. Puccinia graminis) to gatunek grzyba atakującego zboża i trawy. Jest niezwykle skuteczna i upierdliwa, ponieważ żywi się cukrami i substancjami odżywczymi występującymi w zbożach i robi to aż do momentu, w którym wyniszczy całkowicie swojego żywiciela. Rolnicy z całego świata zdążyli ją dobrze poznać, pojawiła się nawet w Biblii, jednak dopiero w XX wieku zaczęto opisywać jej niszczycielskie skutki w szczegółach.

W latach 50. XX wieku epidemia rdzy zbożowej zniszczyła 40% amerykańskich upraw pszenicy o wartości 3 miliardów dolarów. Wtedy rozpoczęto prace nad stworzeniem skutecznego środka obronnego. W ciągu 10 lat naukowcom udało się zidentyfikować pochodzący z żyta gen Sr31 odporny na działanie rdzy zbożowej, a następnie przeszczepić go do pszenicy, uodparniając ją na chorobę. Wydawało się wówczas, że rdza zbożowa została wyeliminowana. Jednak pasożytnicze grzyby – czy w ogóle rzeczy, których bardzo byśmy nie chcieli – mają to do siebie, że mimo wszystko znajdują sposób, by uprzykrzyć człowiekowi życie, gdy ten najmniej się tego spodziewa. Jak sraczka w kolejce do laryngologa.

„W razie czego stałem za panem”.

W 1998 roku naukowcy prowadzili prace na polach uprawnych w Afryce. Ich uwagę zwróciła w pewnym momencie próbka grzyba pobrana z upraw badanych pod kątem innych chorób. Badacze byli w szoku – po zbadaniu próbki okazało się, że to rdza zbożowa. Grzyb nie dość, że przetrwał, to w ciągu kilkudziesięciu lat zdążył zmutować tak, że nawet Sr31 nie jest w stanie się przed nim bronić. W kolejnym roku Uganda zmagała się już z epidemią zmutowanej rdzy zbożowej, którą na tę okoliczność nazwano Ug99 – od kraju, w którym odkryto nową odmianę grzyba i roku, w którym dał o sobie mocniej znać.

Jak gdyby nie wystarczyło, że w tym samym roku weszła w życie reforma systemu szkolnictwa w Polsce.

Świat stanął w obliczu nowego zagrożenia i ogromnego wyzwania. Widzicie, trudno jest prowadzić walkę z niewidocznym gołym okiem wrogiem na terenie krajów, w których sytuacja polityczno-gospodarczo-społeczna przypomina leżące przez tydzień w mleku płatki.

Przetrwają tylko największe rodzyny.

Gdy tylko epidemia rdzy wybuchła w Ugandzie, jeden z tamtejszych tabloidów zaczął spekulować, że choroba została wywołana celowo, przez wyhodowany w laboratorium grzyb, co w połączeniu z wcześniejszymi doniesieniami o sztucznym wywołaniu wirusa HIV na terenie Ugandy pozwoliło bardzo łatwo podchwycić temat przez lokalną ludność i polityków.

„Hmm, naukowcy pracują w laboratoriach i wirusy też są w laboratoriach. Bingo!”

Walka z rdzą zbożową musiała się jednak rozpocząć, ponieważ na szali zostało położone życie milionów ludzi zależnych od upraw pszenicy. Do dzisiaj jednak nie udało się tej walki wygrać. Wiatr, zmieniający się klimat sprzyjają roznoszeniu się zarodników rdzy. Szacuje się, że z jednej zarodni może powstać nawet 10 miliardów zarodników, przy czym wystarczy tylko jeden, by zainfekować roślinę. Od 1999 roku rdza zbożowa dotarła rozprzestrzeniła się na 11 innych krajów Afryki Wschodniej, jest już w Iranie i istnieje ryzyko, że dotrze do Azji, w tym Indii, które są drugim na świecie producentem pszenicy. Z drugiej strony naukowcy twierdzą, że ryzyko wybuchu epidemii rdzy zbożowej w Indiach jest niewielkie, a nawet jeśli epidemia wybuchnie, to Indie zdążyły się przygotować. Napawa nas to optymizmem, a jednocześnie zasmuca, że możemy nie doczekać się filmu o bollywoodzkich superbohaterach walczących z rdzą zbożową.

„Czekoladowi Avengers: Gniew zarodnika” – wkrótce w kinach.

#3. Rosnące zakwaszenie wody, które zabija życie w oceanach


Czego jak czego, ale na niedostatek wody na Ziemi nie możemy narzekać. Gdyby całą wodę świata rozdzielić równo na każdego mieszkańca świata, to producenci basenów ogródkowych zesraliby się ze szczęścia. Przy okazji żadne z nas nie musiałoby się już martwić o zapas owoców morza na domówkę, co z kolei przełożyłoby się na wzrost niezadowolenia zakładów przetwórstwa rybnego. Ale takie już prawo podwodnej dżungli. Tymczasem niedługo może okazać się, że w oceanie nie będzie niczego innego poza wodą i plastikiem. A wszystko przez zakwaszenie, o którym nie mówi się zbyt wiele, choć niektórzy nazywają je „złowieszczym bratem bliźniakiem” globalnego ocieplenia.

My preferujemy termin „nieczuły gonzo”.

Zakwaszenie oceanów to rezultat wchłaniania przez ocean dwutlenku węgla z atmosfery. Jeśli widzicie tu pewną analogię z drzewem, to bardzo dobrze – znaczy, że dowiedzieliście się czegoś z Faktopedii. O ile jednak dwutlenek węgla działa na drzewo jak paliwo, tak dla oceanu jest najgorszej jakości podłym spirytusem, po którym zdycha jak nastolatek po pierwszej imprezie sylwestrowej.

Po zostaniu wchłoniętym przez ocean dwutlenek węgla rozpada się w osiemdziesięciu dziewięciu procentach na jony wodorowęglanowe, w dziesięciu na jony węglanowe, zaś reszta to nierozpuszczalny w wodzie gaz. Organizmy morskie nauczyły się żyć w takim środowisku. Wiele z nich zresztą wykorzystuje jony węglanowe do budowy szkieletów lub pancerzy. Wśród nich są ślimaki morskie, jeżowce, małże, kraby, homary, a także fitoplankton, który stanowi najważniejszy element oceanicznego łańcucha pokarmowego. Zachwianie kwasowej równowagi oceanów sprawia, że organizmy te mają trudności z prawidłowym rozwojem. Niektóre obszary Oceanu Spokojnego są już tak zakwaszone, że skorupy ślimaków morskich rozpuszczają się zaraz po urodzeniu, przez co ślimaki stają się łatwym celem dla drapieżników.

Rozpuszczaniu ulega także rafa koralowa, która stanowi jeden z najbardziej zróżnicowanych, wydajnych i fascynujących ekosystemów na Ziemi. Pokrywa zaledwie 0,2% powierzchni naszej planety, ale stanowi schronienie dla 25% wszystkich gatunków organizmów morskich, w tym skorupiaków, bezkręgowców, gadów, glonów, bakterii, grzybów i 4 tysięcy gatunków ryb. Niestety szacunki wskazują, że w ciągu 40 lat powierzchnia rafy koralowej na Ziemi zmniejszyła się nawet o 38%, a wśród przyczyn upatruje się między innymi wzrastające zakwaszenie oceanów, które powoduje, że polipy nie są w stanie formować swoich pancerzy tworzących wielobarwne rafy koralowe. Bez swojego schronienia wiele gatunków żyjących obecnie wśród raf może po prostu wyginąć. Zniknięcie raf koralowych odbije się również na ludziach – nie będzie turystyki, nie będzie ryb, homarów, nie będzie wapienia, nie będzie badań nad rakiem, które prowadzi się obecnie z wykorzystaniem organizmów żyjących na rafie koralowej. Niczego nie będzie.

Cytaty z klasyków są jak białe skarpety do czarnego garnituru – nigdy nie wychodzą z mody.

Oceany wchłaniają obecnie ok. 30% dwutlenku węgla z atmosfery, w tempie miliona ton na godzinę. Badania wskazują, że podobne tempo i podobne ilości dwutlenku węgla towarzyszyły wymieraniu permskiemu, czyli największemu w historii wymieraniu gatunków, które nazwano „matką wielkich wymierań”.

Druga najgorsza matka w historii.

Kataklizm, który przetoczył się przez Ziemię ok. 250 milionów lat temu, w epoce permu, zmiótł z jej powierzchni 96% gatunków organizmów morskich i 90% ogólnej liczby ziemskich organizmów. Naukowcy uważają, że podobne oznaki można zauważyć już dzisiaj właśnie ze względu na szalone tempo emisji dwutlenku węgla. Ale spokojnie – 9 milionów lat zajęło Ziemi powrócenie do stanu sprzed wymierania permskiego, więc nie ma czym się martwić.

#4. Pestycydy i wycinka drzew, które powodują spadek liczby insektów


Większość z was z pewnością słyszała o wymieraniu pszczół. Wizja, że pewnego dnia może zabraknąć owadów, które w dziewięćdziesięciu procentach odpowiadają za zapylanie wszystkich roślin świata, musi budzić większy nacisk na jelita niż poranna kawa. Dobrze przynajmniej, że banany są zapylane przez nietoperze i ptaki, to przetrwają.


Gdyby pszczoły nie były takie medialne, to wiedzielibyście także, że nie tylko one są zagrożone. Badania dowodzą, że populacje innych owadów także się kurczą. W ciągu ostatnich lat ich liczba w Stanach i Europie spadła o 30%–40%. Motyle, ćmy, komary i inne owady padają ofiarą stosowanych w rolnictwie pestycydów, wycinki drzew na terenach zalesionych oraz monokulturowych upraw takich jak choćby banany, soja czy pszenica. Dla ludzi z entomofobią, czyli strachem przed owadami, może to być pocieszająca wiadomość. Dla reszty z nas – niekoniecznie.

Natura ma to siebie, że w jej ramach funkcjonują połączenia, których nie dość, że jest dużo, to są zależne od siebie i tak jak zniknięcie fitoplanktonu spowodowałoby efekt domina w oceanach, tak samo muszą istnieć owady. Nawet wymazanie z powierzchni Ziemi komarów pociągnęłoby za sobą wiele konsekwencji, od skazania na wyginięcie kilku gatunków ptaków i ryb, które żywią się komarami i larwami komarów, po osuszenie podmokłych terenów stanowiących miejsce wylęgu komarów.

Zaryzykujmy.

Wiele gatunków ptaków, nietoperzy i płazów nie przetrwałoby, gdyby nie owady, które stanowią dla nich główne źródło pożywienia. Nawet niektóre owady żywią się tymi mniej pożytecznymi gatunkami owadów. Jednak owady potrzebne są nie tylko jako pokarm dla ptaków i innych zwierząt, lecz także dla utrzymania równowagi i biodywersyfikacji w naturze. Odkryto już ponad milion gatunków insektów, a naukowcy uważają, że 4 miliony wciąż pozostają do odkrycia. Szacuje się, że Ziemię zamieszkuje 10 tryliardów owadów tworzących najbardziej zróżnicowaną społeczność w świecie zwierząt. Choć na co dzień tego nie zauważamy, to insekty wykonują dla nas olbrzymią robotę. Gdyby nie żywiący się padliną i szczątkami roślin detrytusożercy, to potykalibyśmy się o porozsiewane wszędzie zwłoki zwierząt.

Mrówki, termity i inne owady żyjące w glebie użyźniają ją, dzięki czemu możemy uprawiać podatne na wyginięcie rośliny. Ale to przecież nie ich wina! W dodatku są pożywne i smakują nie tylko zwierzętom. Na razie trudno jednak powiedzieć, czy spadek liczby owadów może wpłynąć za światowe spożycie owadów wśród ludzi, do którego zachęca choćby działająca przy ONZ Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, ale jeśli owadzinina miałaby stać się kluczowym składnikiem mięsnych posiłków, to lepiej by było, gdyby już na starcie nie była zagrożona wyginięciem.

Gdy autor nie pracuje akurat nad tekstem, to wypisuje głupoty na Facebooku. Zobacz, co napisał ostatnio.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15

Oglądany: 154015x | Komentarzy: 98 | Okejek: 644 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało