Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak wedrzeć się do Luwru i ukraść "Monę Lisę" - historia jednej z najbardziej zuchwałych kradzieży w historii

75 813  
289   28  
Średniej urody babeczka o niepokojącym uśmiechu jest dziś symbolem Luwru i chyba najbardziej znanym dziełem autorstwa wielkiego Leonarda. Dziesiątki zabezpieczeń i zastępy ochroniarzy czuwają nad tym, aby nikomu nawet do głowy nie przyszedł pomysł uszkodzenia lub kradzieży obrazu.

Nazwijmy to nauką wyciągniętą z historii. Sto lat temu bowiem Mona Lisa najzwyczajniej w świecie zniknęła ze ściany muzeum i swoim tajemniczym zaginięciem postawiła na nogi cały kraj.

Zagadka zuchwałego ograbienia Luwru z jego najbardziej znanego eksponatu do dziś pozostawia po sobie sporo pytań bez odpowiedzi, a jedną z osób wplątanych w ten incydent był nie kto inny jak sam Pablo Picasso!

Był 22 sierpnia 1911 roku, kiedy to paryski artysta Louis Béroud, przechadzając się po korytarzach muzeum, zatrzymał się przy ścianie pomieszczenia zwanego Salon Carré. Zazwyczaj Mona Lisa właśnie z tego miejsca zerkała na gości Luwru. Tym razem jednak jedynym śladem po obecności płótna były cztery bolce smętnie wystające z muru.


Béroud doszedł do wniosku, że obraz został zdjęty z uchwytów i pewnie właśnie przechodzi proces czyszczenia i konserwacji. Na wszelki jednak wypadek artysta zatrzymał zaspanego strażnika muzeum, aby zapytać go o Monę Lisę. Facet zdziwił się – obraz powinien przecież wisieć tam gdzie zazwyczaj!
Podniesiono alarm.

Skandal eskalował wyjątkowo szybko. W ciągu kilku chwil zablokowano drzwi Luwru, moment później robotę stracili wszyscy strażnicy muzeum. Od razu też wyznaczono nagrodę 25 tysięcy franków za znalezienie zguby, a dosłownie parę godzin później granice Francji były już zamknięte i kontrolom podlegał każdy chcący wyjechać z kraju. Następnego dnia poranne gazety wprawiły Paryżan w rozpacz. Zaginęła perła z Luwru – prawdziwa duma narodu francuskiego! Nagle z dnia na dzień Mona Lisa stała się prawdziwą celebrytką. Nigdy wcześniej żaden obraz nie był tak bardzo popularny, jak wówczas.


Postawieni na nogi funkcjonariusze policji i detektywi w końcu złapali jakiś trop. A był nim Guillaume Apollinaire – urodzony we Włoszech, a mieszkający w Paryżu, awangardowy poeta, krytyk sztuki i jeden z twórców kubizmu. Człowiek ten wzbudził swego czasu niemałe kontrowersje swoim śmiałym stwierdzeniem, że „Luwr powinien spłonąć!”. Co tu dużo mówić – facet jawnie popierał akty terroryzmu, a do tego słynął z kontrowersyjnych, publicznych zachowań. Miał na przykład w zwyczaju łazić za Paryżanami i głośno opisywać ich wygląd. Na wszelki więc wypadek Guillaume skierowany został do aresztu.


Kiedy trafił do sali przesłuchań, momentalnie wskazał złodzieja obrazu. Detektywi zapiszczeli z radości. Udało się! Nikt nie zadziera z paryską policją, monsieur! Louis Lepine – główny inspektor policji – nie krył swojej radości. Kim był człowiek, który śmiał podnieść rękę na Monę Lisę? Ano, według Apollinaire przestępcą, który wyniósł dzieło z Luwru był niejaki Pablo Picasso – młody kubista i jego dobry ziomek.


Momentalnie schwytano zaskoczonego artystę i zatargano go do sali przesłuchań. Można powiedzieć, że włoski kubista spieprzył swojemu kumplowi dzień. Przez wiele godzin Picasso dzielnie odpierał wszystkie zarzuty i ze stoickim spokojem tłumaczył, że nie ma nic wspólnego z kradzieżą. Policjanci zorientowali się, że śmieszek Apollinaire wywinął Pablowi głupi żart i nie chcąc tracić czasu na tę błazenadę wypuścili obu podejrzanych.
Wydawać by się mogło, że dama o tajemniczym uśmiechu zaginęła na dobre. Przez dwa lata od zniknięcia obrazu nie natrafiono na żaden jego ślad. Aż pewnego dnia jeden z dyrektorów florenckiej galerii sztuki dostał list, w którym nieznany adresat proponował mu kupno… Mony Lisy. Wiadomość podpisana była „Leonardo”. Ukartowano więc spotkanie z tym człowiekiem. Oprócz samego zainteresowanego, który to rzekomo miał plany nabycia cennego obrazu, w mieszkaniu anonimowego sprzedawcy stawili się też oczywiście i przedstawiciele policji.


Okazało się, że Mona Lisa przez cały czas znajdowała się w mieszkaniu położonym rzut beretem od Luwru, a człowiekiem, który połasił się na ten obraz był liczący sobie 32 lata Vincenzo Peruggia.
Aż trudno uwierzyć, że w ciągu dwóch lat śledztw i zakrojonych na ogromną skalę poszukiwań nikomu nie przyszło do głowy, aby przesłuchać faceta, który to zatrudniony został przez muzeum do zamontowania szklanych osłon na najcenniejsze obrazy wiszące na ścianach Luwru.


Jakim cudem temu człowiekowi udał się taki wyczyn? Wydawać by się mogło, że Peruggia nie bawił się w szykowanie błyskotliwego planu kradzieży. Gość najzwyczajniej schował się w kiblu i tam przeczekał moment zamknięcia muzeum. Nad ranem zdjął obraz z ramy i jakimś cudem upchnął go pod biały płaszcz, który nosili pracownicy muzeum. Kiedy Vincenzo dotarł do drzwi ze zdziwieniem zauważył, że te są zamknięte! Tego, biedaczek, nie przewidział. Na szczęście na terenie Luwru było jeszcze kilka osób, które mogłyby mu pomóc wydostać się z tej pułapki. I akurat, jakby na zawołanie, korytarzem człapał sobie hydraulik. Widząc mężczyznę desperacko mocującego się z wrotami (Peruggia zdemontował klamkę, ale zabieg ten nie pomógł mu w ucieczce), dobry Samarytanin wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Szczęśliwy Vincenzo serdecznie podziękował i oddalił się ze swoim łupem. Do pokonania była już tylko brama. Trzeba było tylko poczekać, aż strażnik opuści swój posterunek i voila! Droga wolna!


Okazuje się, że motywami złodzieja nie kierowała jedyna chęć wzbogacenia się, ale przede wszystkim – patriotyzm. Peruggia, jako dumny Włoch, uważał, że jedynym słusznym miejscem dla obrazu Leonarda jest muzeum znajdujące się w ojczyźnie tego artysty. Wieść szybko rozniosła się po Włoszech, a podyktowany szczytnymi pobudkami czyn Vincenzo rozgrzał serca jego rodaków. Oczywiście za swój występek przestępca został osądzony, ale kara, którą mu wlepiono była śmiesznie mała – Peruggia opuścił więzienie już po siedmiu miesiącach odsiadki.


Mona Lisa wróciła do Luwru tylko i wyłącznie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Mimo to inspektor Louis Lepine cieszył się, że sprawę można było uznać za zamkniętą i liczył na to, że po odczekaniu paru lat wszyscy zapomną o kompromitacji francuskiej policji.


Lepine nie wiedział jednak o tym, że sprawa ma drugie dno i złapanie włoskiego złodzieja nie powinno być jeszcze powodem do dumy. Pewien trop wskazuje na to, że kradzież obrazu była tylko częścią wielkiego planu, który spokojnie można by dziś uznać za jeden z największych przekrętów ubiegłego wieku. Według pewnej teorii pomysłodawcą okradzenia muzeum był Eduardo de Valfierno – argentyński macher i prawdziwie archetypowy geniusz zła.


Zanim plan zwinięcia Mony Lisy został wprowadzony w życie, de Valfierno miał skontaktować się z niejakim Yvesem Chaudronem – szalenie utalentowanym artystą, który od lat zajmował się podrabianiem dzieł sztuki innych mistrzów pędzla. Dostał on zlecenie wykonania sześciu idealnych kopii obrazu Leonarda. Zimę 1910 roku malarz spędził więc na realizacji tego zlecenia, podczas gdy Eduardo szykował plan zwinięcia oryginału z Luwru.


Argentyński cwaniak wiedział, że w momencie kiedy cała Francja szukać będzie Mony Lisy, podrobione obrazy wzbudzą zainteresowanie stróżów prawa, a już na pewno celników. To dlatego gotowe kopie wywiózł do USA zanim jego człowiek – Vincenzo Peruggia – okradł słynne muzeum. W momencie kiedy francuscy policjanci w popłochu szukali zaginionego dzieła, Eduardo de Valfierno ze swoimi "skarbami" bezpiecznie siedział już za oceanem.


Wieść o kradzieży szybko się rozniosła i już wkrótce tematem zainteresowali się amerykańscy kolekcjonerzy sztuki. Na taki obrót spraw czekał właśnie argentyński szachraj. Nietrudno było wcisnąć kupcom rzekomo oryginalne płótna Leonarda. I tak też de Valfierno upłynnił wszystkie kopie. Za każdą z nich zainkasował po 300 tysięcy dolców.


Prawda, że ma to sens? Czy to jednak na pewno potwierdzone fakty? Trudno powiedzieć. Autorem tej powstałej w 1932 roku teorii jest dziennikarz „Saturday EveningPost” - Karl Decker. Do dziś nie wiadomo, czy wpadł on na pomysł sprzedania czytelnikom tej intrygującej bajeczki, czy faktycznie dotarł do źródeł mogących tę historię potwierdzić.


Są jeszcze dwa małe tropy dotyczące słynnej kradzieży.
Louis Béroud, który to zauważył zniknięcie eksponatu, sam był znanym we Francji specjalistą od kopiowania obrazów. Być może zatem i on maczał palce w tej sprawie, a teatralne zaniepokojenie o losy płótna miało jedynie odciągnąć uwagę od jego udziału w tym spektakularnym szwindlu.
Ach, no i są jeszcze ci kubiści, którzy świetnie bawili się kosztem francuskiej policji. Dwaj młodzi buntowniczy rebelianci walczący przeciw zmurszałym, porośniętym pajęczyną formom przekazu zamierzchłych artystów… Dosłownie miesiąc po aferze z zaginięciem obrazu Guillaume Apollinaire znów trafił do aresztu. Tym razem był on podejrzany o kradzież z Luwru bezcennych egipskich statuetek. Po tygodniu zwrócono mu jednak wolność, a winnym przestępstwa okazał się jego sekretarz...


Źródła: 1, 2, 3, 4
3

Oglądany: 75813x | Komentarzy: 28 | Okejek: 289 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.10

25.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało